10.06.2025, 12:43 ✶
Wróciłem do Exmoor późnym wieczorem, kiedy słońce już dawno zniknęło za horyzontem i ziemia zatonęła w półmroku, cały dzień spędziłem z Geraldine na morzu, ale wreszcie dotarliśmy do domu, i gdy tylko wszedłem do środka, bez chwili zawahania skierowałem się prosto do swojej sypialni. Nie chciałem się rozpraszać ani zwlekać, bo planowałem pojawić się na ognisku, a wyglądać nieprzyzwoicie po całym dniu w terenie, bez choćby minimalnego ogarnięcia się, byłoby po prostu kiepsko. Zsunąłem kurtkę, rzuciłem ją na krzesło i od razu zabrałem się za ogarnianie się z grubsza - szybki prysznic, zmiana ubrań, odświeżenie twarzy i włosów - chciałem zachować jakiś luz, ale wolałem nie przychodzić w stanie, który bardziej przypominał kogoś, kto ledwo co wrócił z frontu.
Wyszedłem na zewnątrz, spokojnym krokiem, przez tylne wyjście na werandę, za którą ogród już zdążył pogrążyć się w chłodzie i ciszy. Powietrze pachniało wilgocią i wczesnym chłodem nocy, który jeszcze nie był ostry, nie przeszywający do szpiku kości, ale wystarczający, by przypomnieć, że lato powoli się kończy. Przeszedłem przez ogród spokojnym, nieśpiesznym krokiem, mijając kępy ciemnych krzewów i kwiatów, które już prawie zamknęły się na noc. Zamiast iść standardową drogą, nogi same mnie poniosły, więc nie wiedzieć, kiedy, postanowiłem ściąć trochę przez wrzosowiska. Lubiłem tamten klimat, ten znajomy zapach dzikich, brytyjskich roślin - mieszanka słodyczy i lekkiej żywiczności - zawsze mnie uspokajał, szczególnie wieczorem, kiedy świat wyciszał się do tych najbardziej subtelnych, przydymionych, poszarzałych barw, zwierzęta zamierały, a owady przestawały latać.
Miałem dotrzeć do miejsca spotkania - południowej części działki, przed zagajnikiem, przynajmniej tak mi powiedziano - gdzie, wedle mojej wiedzy, miało być trochę pola, łąki, kilka drzew i krzewów, i miejsce na ognisko. Zawsze tak było, ale kiedy doszedłem na miejsce, stanąłem jak wryty - tam, gdzie oczekiwałem zwyczajnej łąki, rozciągało się jezioro, zupełnie niespodziewane, ogromne jak na te tereny, zupełnie znikąd. Zbiornik wodny, który wyglądał tak, jakby ktoś w ciągu dnia przerobił tę łąkę na miniaturowy tropikalny raj, był obramowany palemkami, na brzegu stały leżaki i hamaki, rozsiane tak, jakby ktoś chciał urządzić tam wakacyjny kurort. Co to, do cholery, miało być? Mrugnąłem kilkakrotnie, zastanawiając się, czy nie jestem przypadkiem tak półprzytomny, że mam omamy. Zamrugałem - raz, drugi, trzeci - myśląc, że może jestem zmęczony i coś mi się pomieszało, mrugnąłem znowu, ale nie, to nie była fatamorgana - ostatecznie wiedziałem, że byliśmy w Wielkiej Brytanii, i tu nie ma fatamorgan - jeszcze raz spojrzałem na to jezioro, potem rozejrzałem się po reszcie zebranych, ludzi i nie-ludzi, którzy jak gdyby nigdy nic, wciąż siedzieli, stali, rozmawiali, jakby wszystko było w porządku. Cóż, co miałem zrobić? Wzruszyłem ramionami - pewnie coś mi umknęło, jakieś ustalenia - i ruszyłem dalej.
Nie szukałem uwagi, nie chciałem się od razu rzucać na głęboką wodę, więc zgarnąłem butelkę i skierowałem kroki na sam brzeg jeziorka - było to miejsce, gdzie mogłem odsapnąć po dniu pełnym pracy i obserwować z boku, bez angażowania się na siłę, aż do momentu, kiedy uznam za zasadne włączyć się w rozmowę. Wiedziałem, że nie chcę od razu zaczynać żadnej dyskusji, więc bez słowa skierowałem się do jednego z hamaków, które stały niedaleko brzegu tego niespodziewanego jeziora. Jednak, mimo że zamierzałem pozostać w cieniu, po drodze posłałem jedno z tych nie do końca przypadkowych spojrzeń w stronę Prudence, mijając ją i zatrzymując się hamak dalej - na tyle blisko, że moglibyśmy rozmawiać, ale na ten moment jeszcze nie mówiłem do niej nic - zresztą, spodziewałem się, że to Elias będzie próbował ją zaczepić.
Położyłem się, wyciągając nogi i pozwalając sobie na kilka łyków z gwinta, nie chciałem robić z siebie specjalnie widocznego, nie szukałem też towarzystwa na siłę, to miała być chwila oddechu po całym dniu, zanim ognisko faktycznie się rozpali i wieczór się rozkręci. Czułem się względnie spokojny i zrelaksowany, chociaż całkiem nieźle rozbawiony tym całym widokiem jeziora z palmami na łące w Wielkiej Brytanii, jasna sprawa, zastanawiałem się, kto wpadł na taką pomysłową scenografię i jak długo to tu jeszcze zostanie, ale na razie nie miałem zamiaru się tym przejmować. Ognisko miało zacząć się lada moment, czekaliśmy jeszcze na jakieś osoby, nie dostrzegłem wszystkich, ale to była tylko kwestia czasu. Zamknąłem oczy na chwilę, kołysząc się lekko w hamaku, wsłuchując w szum delikatnych, niewysokich fal jeziora i cichy bzyk nocnych owadów.
Wyszedłem na zewnątrz, spokojnym krokiem, przez tylne wyjście na werandę, za którą ogród już zdążył pogrążyć się w chłodzie i ciszy. Powietrze pachniało wilgocią i wczesnym chłodem nocy, który jeszcze nie był ostry, nie przeszywający do szpiku kości, ale wystarczający, by przypomnieć, że lato powoli się kończy. Przeszedłem przez ogród spokojnym, nieśpiesznym krokiem, mijając kępy ciemnych krzewów i kwiatów, które już prawie zamknęły się na noc. Zamiast iść standardową drogą, nogi same mnie poniosły, więc nie wiedzieć, kiedy, postanowiłem ściąć trochę przez wrzosowiska. Lubiłem tamten klimat, ten znajomy zapach dzikich, brytyjskich roślin - mieszanka słodyczy i lekkiej żywiczności - zawsze mnie uspokajał, szczególnie wieczorem, kiedy świat wyciszał się do tych najbardziej subtelnych, przydymionych, poszarzałych barw, zwierzęta zamierały, a owady przestawały latać.
Miałem dotrzeć do miejsca spotkania - południowej części działki, przed zagajnikiem, przynajmniej tak mi powiedziano - gdzie, wedle mojej wiedzy, miało być trochę pola, łąki, kilka drzew i krzewów, i miejsce na ognisko. Zawsze tak było, ale kiedy doszedłem na miejsce, stanąłem jak wryty - tam, gdzie oczekiwałem zwyczajnej łąki, rozciągało się jezioro, zupełnie niespodziewane, ogromne jak na te tereny, zupełnie znikąd. Zbiornik wodny, który wyglądał tak, jakby ktoś w ciągu dnia przerobił tę łąkę na miniaturowy tropikalny raj, był obramowany palemkami, na brzegu stały leżaki i hamaki, rozsiane tak, jakby ktoś chciał urządzić tam wakacyjny kurort. Co to, do cholery, miało być? Mrugnąłem kilkakrotnie, zastanawiając się, czy nie jestem przypadkiem tak półprzytomny, że mam omamy. Zamrugałem - raz, drugi, trzeci - myśląc, że może jestem zmęczony i coś mi się pomieszało, mrugnąłem znowu, ale nie, to nie była fatamorgana - ostatecznie wiedziałem, że byliśmy w Wielkiej Brytanii, i tu nie ma fatamorgan - jeszcze raz spojrzałem na to jezioro, potem rozejrzałem się po reszcie zebranych, ludzi i nie-ludzi, którzy jak gdyby nigdy nic, wciąż siedzieli, stali, rozmawiali, jakby wszystko było w porządku. Cóż, co miałem zrobić? Wzruszyłem ramionami - pewnie coś mi umknęło, jakieś ustalenia - i ruszyłem dalej.
Nie szukałem uwagi, nie chciałem się od razu rzucać na głęboką wodę, więc zgarnąłem butelkę i skierowałem kroki na sam brzeg jeziorka - było to miejsce, gdzie mogłem odsapnąć po dniu pełnym pracy i obserwować z boku, bez angażowania się na siłę, aż do momentu, kiedy uznam za zasadne włączyć się w rozmowę. Wiedziałem, że nie chcę od razu zaczynać żadnej dyskusji, więc bez słowa skierowałem się do jednego z hamaków, które stały niedaleko brzegu tego niespodziewanego jeziora. Jednak, mimo że zamierzałem pozostać w cieniu, po drodze posłałem jedno z tych nie do końca przypadkowych spojrzeń w stronę Prudence, mijając ją i zatrzymując się hamak dalej - na tyle blisko, że moglibyśmy rozmawiać, ale na ten moment jeszcze nie mówiłem do niej nic - zresztą, spodziewałem się, że to Elias będzie próbował ją zaczepić.
Położyłem się, wyciągając nogi i pozwalając sobie na kilka łyków z gwinta, nie chciałem robić z siebie specjalnie widocznego, nie szukałem też towarzystwa na siłę, to miała być chwila oddechu po całym dniu, zanim ognisko faktycznie się rozpali i wieczór się rozkręci. Czułem się względnie spokojny i zrelaksowany, chociaż całkiem nieźle rozbawiony tym całym widokiem jeziora z palmami na łące w Wielkiej Brytanii, jasna sprawa, zastanawiałem się, kto wpadł na taką pomysłową scenografię i jak długo to tu jeszcze zostanie, ale na razie nie miałem zamiaru się tym przejmować. Ognisko miało zacząć się lada moment, czekaliśmy jeszcze na jakieś osoby, nie dostrzegłem wszystkich, ale to była tylko kwestia czasu. Zamknąłem oczy na chwilę, kołysząc się lekko w hamaku, wsłuchując w szum delikatnych, niewysokich fal jeziora i cichy bzyk nocnych owadów.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)