10.06.2025, 18:53 ✶
Stałem na pokładzie, wpatrzony w horyzont. Morze tego ranka rzeczywiście miało w sobie coś niepokojącego, chociaż z zewnątrz wyglądało na idealnie spokojne, ta szkarłatna poświata nie napawała optymizmem, wręcz przeciwnie, według marynarskich przesądów zwiastowała nieszczęście. Marynarze, których znałem, mówili o takich znakach z powagą - dla nich to nie były tylko kolory, ale ostrzeżenia i symbole - ci z tego statku musieli wierzyć w to samo - widziałem ich, ukradkiem spoglądających na morze, z cichym niepokojem skrywanym pod twardymi wyrazami twarzy - pewnie, gdyby mieli wybór, odłożyli by ten rejs na inny dzień, ale to nie zależało od nich.
Zanim zaczęło się robić jasno, byłem już przy wyjściu z domu na wsi, w którym zatrzymałem się po pożarach, odebrałem notatkę i po chwili namysłu, postanowiłem pojawić się przy drzwiach prowadzących na zewnątrz. Powietrze było jeszcze chłodne, wilgotne od nocnej rosy, a światło znikającego księżyca ledwie przebijało się przez ciężkie chmury, tworząc na dworzu rozmyte cienie i rozmazane kontury - to była ta pora, kiedy wszystko wydaje się jeszcze wstrzymane w bezruchu, pogrążone w ciszy i śnie.
Byłem przygotowany - dokładnie tak, jak na większość trudniejszych, mniej zwyczajnych zleceń - ze standardowym, umiarkowanie ciężkim torbo-plecakiem u boku, spoczywającym na ramieniu, o kieszeniach wypchanych różnorodnym wyposażeniem, z którym nie rozstawałem się... Cóż... Nigdy. Miałem moje noże, małe i większe, schowane w różnych zakamarkach ubrania i torby - zawsze na wyciągnięcie ręki. Sztylet schowany za kostką w moich solidnych, skórzanych butach - gotowy do użytku. Skórzana kurtka dopasowywała się do ciała, chroniąc mnie przed chłodem poranka, a przez drugie ramię, to bez torby, przerzuciłem kuszę - dość ciężką, ale dobrze wyważoną, wyposażoną w pasek, dzięki któremu nie musiałem jej trzymać w rękach.
Po wyjściu odczekałem tylko chwilę, zanim Geraldine, z którą miałem współpracować, pojawiła się obok mnie. Nie traciliśmy czasu na zbędne rozmowy, po krótkiej wymianie zdań, która była raczej suchym dialogiem na temat treści listu od jej ojca i nakreśleniem mojej roli w tym wszystkim niż pogawędką, uzupełniłem dźwigany ciężar o kilka fantów od Yaxley - zwłaszcza o dodatkowe bełty do kuszy, zdecydowanie lepsze, niż moje własne. Niechętnie przyjąłem ten umowny podarunek, nie lubiłem wymuszonych rozliczeń finansowych, w typie barteru: „Przysługa za przysługę, nic mi nie wisisz, najwyżej kiedyś się odwdzięczysz.”, angażowania się w zbędne długi, ale tym razem nie miałem wyjścia. Nie byłem zwolennikiem prezentów, uważałem je za formę pożyczania na kredyt, zwłaszcza w sytuacjach takich jak ta, ale wiedziałem, że na statku może się to przydać, a ona brała harpun, więc mogła zrobić mi tę - wątpliwą - przyjemność i uszczuplić coś ze swoich zapasów. Planowałem oddać jej forsę za te rzeczy, gdy tylko wrócimy na ląd, jak najszybciej, żeby się rozliczyć i mieć święty spokój. Nie lubiłem zostawać dłużnym, zawsze nie cierpiałem brać czegoś za darmo, ale byłem świadom, że bez tego moglibyśmy mieć poważny problem.
Weszliśmy na statek w milczeniu, teleportując się w pobliże miejsca zbiórki - podróż do była szybka, a gdy znaleźliśmy się na pokładzie statku, atmosfera zrobiła się jeszcze bardziej napięta. Cała ta akcja odbyła się bez ani jednego zbędnego słowa - cisza towarzyszyła nam od momentu wyjścia z domu aż do chwili, gdy weszliśmy na pokład statku, a potem dalej. Milczenie było nam bardzo na rękę - ani ja, ani Geraldine nie mieliśmy ochoty na rozmowy ze sobą, nawet jeśli nie dało się ukryć, że pojawiliśmy się razem, tym bardziej, że oboje rzucaliśmy się w oczy, w związku z niestandardowym, wysokim wzrostem. Gdyby nie „zupełnie inna czcionka, w której zostaliśmy napisani”, pewnie dla wielu osób byłoby odruchem założyć, że byliśmy naprawdę niedaleko spokrewnieni, i oboje na pewno grywamy w magiczną wersję siatkówki. Na całe szczęście, dla mnie i dla niej, bo to byłaby obraza na każdej linii - dokumenty mówiły inaczej, a spokrewnieni byliśmy, ale w zupełnie innym, przeszłym życiu - już nieaktualnym. Teraz byliśmy znajomymi z konieczności - trzymałem się jej tylko dlatego, że tak było rozsądnie, przynajmniej na tę chwilę, byłem tu z jej inicjatywy i pamiętałem o tym.
Już na pokładzie, zanim stanąłem na uboczu, spojrzałem w stronę ludzi, którzy mieli za chwilę stać się moimi towarzyszami, przesunąłem wzrokiem po reszcie ekipy, kiwając lekko głową, lecz nie mówiąc nic na powitanie. Nie byłem tu, żeby się zaprzyjaźniać, nie musieliśmy wymieniać żadnych uprzejmości czy uśmiechów, mogliśmy sobie darować ściskanie ręki - nie przedstawiłem się, zostawiłem to Yaxley, jeśli czuła taką potrzebę, ja nie miałem ochoty na towarzyskie rozmowy, a oni - przynajmniej na pierwszy rzut oka - nie wyglądali na takich, z którymi chciałbym się spoufalać. Do tego momentu nie odzywałem się do nikogo, jedynie przelotnie kiwałem głową, gdy ktoś na mnie spojrzał po raz pierwszy, ale nie miałem ochoty na pogawędki, nie w tym momencie.
Mój wyraz twarzy pewnie nie pozostawiał złudzeń - byłem nieprzystępny, zacięty, gotowy na cios, który mógł nadejść z głębin - miałem minę dokładnie taką, jaką trzeba przyjmować w obliczu niepewności i zagrożenia. Chociaż jeszcze nie czułem szczególnego stresu, byłem w pełnej gotowości, czujny na każdy najmniejszy sygnał. Moja twarz była kamienna, pozbawiona uśmiechu, bo takie było moje nastawienie - nie po to tu byłem, by rozmawiać, śmiać się czy szukać towarzystwa, skupiałem się na zadaniu, na morzu i na tym, co mogło się wydarzyć.
Oddychałem głęboko, wdychając słone, wilgotne powietrze, które przywoływało wspomnienia wielu poprzednich wypraw. Wiatr lekko poruszał moje włosy, a ja nadal stałem nieruchomo przy burcie, wpatrzony w horyzont - miejmy nadzieję - gotowy na to, co miało nadejść. Patrzyłem w przestrzeń między niebem a wodą, zastanawiając się, co kryje się pod powierzchnią, ale nie uciekając myślami w wyobrażenia na ten temat, nie mogłem pozwolić sobie na rozproszenie. Morze było spokojne, ale w powietrzu unosiła się cisza, która w każdej chwili mogła zostać przerwana przez coś złowieszczego.
Nie chodziło o bycie na morzu, statki nigdy mnie nie stresowały - wręcz przeciwnie, lubiłem je, chociaż wiązały się z wieloma wspomnieniami, które nie zawsze były przyjemne - były mi znane, ten zapach soli, skrzypienie lin, turkot żagli na wietrze... Przyzwyczaiłem się do nich, a nawet polubiłem ten surowy, morski klimat, tę mieszankę soli, wilgoci i drewna, ale dziś to wszystko miało jeszcze gorzkawy smak obowiązku, nie byłem tu dla przyjemności, nawet nie do końca z własnej, nieprzymuszonej woli. Jasne - mogłem odmówić, nie chcieć mieć związku z klubem łowieckim, ale wtedy wyszłoby na to, że to ja nie chciałem się godzić, więc dałem się wrobić. Miałem nadzieję, że nie będę tego żałować...
Zanim zaczęło się robić jasno, byłem już przy wyjściu z domu na wsi, w którym zatrzymałem się po pożarach, odebrałem notatkę i po chwili namysłu, postanowiłem pojawić się przy drzwiach prowadzących na zewnątrz. Powietrze było jeszcze chłodne, wilgotne od nocnej rosy, a światło znikającego księżyca ledwie przebijało się przez ciężkie chmury, tworząc na dworzu rozmyte cienie i rozmazane kontury - to była ta pora, kiedy wszystko wydaje się jeszcze wstrzymane w bezruchu, pogrążone w ciszy i śnie.
Byłem przygotowany - dokładnie tak, jak na większość trudniejszych, mniej zwyczajnych zleceń - ze standardowym, umiarkowanie ciężkim torbo-plecakiem u boku, spoczywającym na ramieniu, o kieszeniach wypchanych różnorodnym wyposażeniem, z którym nie rozstawałem się... Cóż... Nigdy. Miałem moje noże, małe i większe, schowane w różnych zakamarkach ubrania i torby - zawsze na wyciągnięcie ręki. Sztylet schowany za kostką w moich solidnych, skórzanych butach - gotowy do użytku. Skórzana kurtka dopasowywała się do ciała, chroniąc mnie przed chłodem poranka, a przez drugie ramię, to bez torby, przerzuciłem kuszę - dość ciężką, ale dobrze wyważoną, wyposażoną w pasek, dzięki któremu nie musiałem jej trzymać w rękach.
Po wyjściu odczekałem tylko chwilę, zanim Geraldine, z którą miałem współpracować, pojawiła się obok mnie. Nie traciliśmy czasu na zbędne rozmowy, po krótkiej wymianie zdań, która była raczej suchym dialogiem na temat treści listu od jej ojca i nakreśleniem mojej roli w tym wszystkim niż pogawędką, uzupełniłem dźwigany ciężar o kilka fantów od Yaxley - zwłaszcza o dodatkowe bełty do kuszy, zdecydowanie lepsze, niż moje własne. Niechętnie przyjąłem ten umowny podarunek, nie lubiłem wymuszonych rozliczeń finansowych, w typie barteru: „Przysługa za przysługę, nic mi nie wisisz, najwyżej kiedyś się odwdzięczysz.”, angażowania się w zbędne długi, ale tym razem nie miałem wyjścia. Nie byłem zwolennikiem prezentów, uważałem je za formę pożyczania na kredyt, zwłaszcza w sytuacjach takich jak ta, ale wiedziałem, że na statku może się to przydać, a ona brała harpun, więc mogła zrobić mi tę - wątpliwą - przyjemność i uszczuplić coś ze swoich zapasów. Planowałem oddać jej forsę za te rzeczy, gdy tylko wrócimy na ląd, jak najszybciej, żeby się rozliczyć i mieć święty spokój. Nie lubiłem zostawać dłużnym, zawsze nie cierpiałem brać czegoś za darmo, ale byłem świadom, że bez tego moglibyśmy mieć poważny problem.
Weszliśmy na statek w milczeniu, teleportując się w pobliże miejsca zbiórki - podróż do była szybka, a gdy znaleźliśmy się na pokładzie statku, atmosfera zrobiła się jeszcze bardziej napięta. Cała ta akcja odbyła się bez ani jednego zbędnego słowa - cisza towarzyszyła nam od momentu wyjścia z domu aż do chwili, gdy weszliśmy na pokład statku, a potem dalej. Milczenie było nam bardzo na rękę - ani ja, ani Geraldine nie mieliśmy ochoty na rozmowy ze sobą, nawet jeśli nie dało się ukryć, że pojawiliśmy się razem, tym bardziej, że oboje rzucaliśmy się w oczy, w związku z niestandardowym, wysokim wzrostem. Gdyby nie „zupełnie inna czcionka, w której zostaliśmy napisani”, pewnie dla wielu osób byłoby odruchem założyć, że byliśmy naprawdę niedaleko spokrewnieni, i oboje na pewno grywamy w magiczną wersję siatkówki. Na całe szczęście, dla mnie i dla niej, bo to byłaby obraza na każdej linii - dokumenty mówiły inaczej, a spokrewnieni byliśmy, ale w zupełnie innym, przeszłym życiu - już nieaktualnym. Teraz byliśmy znajomymi z konieczności - trzymałem się jej tylko dlatego, że tak było rozsądnie, przynajmniej na tę chwilę, byłem tu z jej inicjatywy i pamiętałem o tym.
Już na pokładzie, zanim stanąłem na uboczu, spojrzałem w stronę ludzi, którzy mieli za chwilę stać się moimi towarzyszami, przesunąłem wzrokiem po reszcie ekipy, kiwając lekko głową, lecz nie mówiąc nic na powitanie. Nie byłem tu, żeby się zaprzyjaźniać, nie musieliśmy wymieniać żadnych uprzejmości czy uśmiechów, mogliśmy sobie darować ściskanie ręki - nie przedstawiłem się, zostawiłem to Yaxley, jeśli czuła taką potrzebę, ja nie miałem ochoty na towarzyskie rozmowy, a oni - przynajmniej na pierwszy rzut oka - nie wyglądali na takich, z którymi chciałbym się spoufalać. Do tego momentu nie odzywałem się do nikogo, jedynie przelotnie kiwałem głową, gdy ktoś na mnie spojrzał po raz pierwszy, ale nie miałem ochoty na pogawędki, nie w tym momencie.
Mój wyraz twarzy pewnie nie pozostawiał złudzeń - byłem nieprzystępny, zacięty, gotowy na cios, który mógł nadejść z głębin - miałem minę dokładnie taką, jaką trzeba przyjmować w obliczu niepewności i zagrożenia. Chociaż jeszcze nie czułem szczególnego stresu, byłem w pełnej gotowości, czujny na każdy najmniejszy sygnał. Moja twarz była kamienna, pozbawiona uśmiechu, bo takie było moje nastawienie - nie po to tu byłem, by rozmawiać, śmiać się czy szukać towarzystwa, skupiałem się na zadaniu, na morzu i na tym, co mogło się wydarzyć.
Oddychałem głęboko, wdychając słone, wilgotne powietrze, które przywoływało wspomnienia wielu poprzednich wypraw. Wiatr lekko poruszał moje włosy, a ja nadal stałem nieruchomo przy burcie, wpatrzony w horyzont - miejmy nadzieję - gotowy na to, co miało nadejść. Patrzyłem w przestrzeń między niebem a wodą, zastanawiając się, co kryje się pod powierzchnią, ale nie uciekając myślami w wyobrażenia na ten temat, nie mogłem pozwolić sobie na rozproszenie. Morze było spokojne, ale w powietrzu unosiła się cisza, która w każdej chwili mogła zostać przerwana przez coś złowieszczego.
Nie chodziło o bycie na morzu, statki nigdy mnie nie stresowały - wręcz przeciwnie, lubiłem je, chociaż wiązały się z wieloma wspomnieniami, które nie zawsze były przyjemne - były mi znane, ten zapach soli, skrzypienie lin, turkot żagli na wietrze... Przyzwyczaiłem się do nich, a nawet polubiłem ten surowy, morski klimat, tę mieszankę soli, wilgoci i drewna, ale dziś to wszystko miało jeszcze gorzkawy smak obowiązku, nie byłem tu dla przyjemności, nawet nie do końca z własnej, nieprzymuszonej woli. Jasne - mogłem odmówić, nie chcieć mieć związku z klubem łowieckim, ale wtedy wyszłoby na to, że to ja nie chciałem się godzić, więc dałem się wrobić. Miałem nadzieję, że nie będę tego żałować...
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)