Dysocjacja to sztuczka, którą psychika płata samej sobie. Pozwala żyć dalej, dzieląc nieznośne doświadczenie i rozprowadzając je do różnych przedziałów umysłu i ciała. Samo doświadczenie staje się nieciągłe, porozrywane, a wyobrażenia mentalne mogą być oddzielone od świadomej wiedzy. Pojawiają się wspomnienia doznań pozornie oderwanych. Nienawidził tego, co działo się w tym momencie z jego umysłem.
W jednym momencie gasił ogień, a w drugim zatrzymywał trzęsącą się rękę, podchodząc zbyt blisko ognia, jakby próbował ogrzać wewnętrzny chłód o jego ogień. Swój własny ogień, powinien płonąć, płonąć, tak mówiły gwiazdy jego urodzenia, ale pierwszy raz w życiu w nie zwątpił. Słońce wyjdzie, jeszcze wyjdzie, znów będzie pięknie. Musiał czymś zająć głowę. Na chwilę patrzył na wodę, kapiącą z ugaszonego przez Jonathana budynku, wpatrywał się w krople zmieniające się w toksyczną parę. Coś w nim zostało usunięte, a coś innego zajęło jego miejsce. Coś, co nie jest jeszcze całkiem złe. Zalążek czegoś złego. Jeszcze jedna tortura, jeszcze jedno uderzenie serca, a potem już nic. Grób się otwiera, ciało wpada do środka, a chwasty zapomnienia, które wkrótce ukryją grób, rosną wiecznie wokół jego próżności.
— Długo pan fotografuje? Dzisiaj, nie w ogóle — zapytał Morpheus ochrypłym głosem, podchodząc do Lockharta. Bez względu na to, jaki układ miał z nim Anthony, Longbottom miał swoją ukrytą agendę, chociaż pewnie nie tak bardzo ukrytą. Był bardzo świadom tego, że widział więcej niż inni. W powietrzu, w przestrzeni. W ogniu. Zmęczenie dawało się we znaki ciału, słowa nie chciały układać się tak, jak powinny. — Będę potrzebował odbitek do dokumentacji, może to pomoże znaleźć antidotum na zaklęcia tego typu.
Oczywiście nie mówił teraz o wodzie, o powietrzu, o przemocy, a tym, co ją wywołało, pyle padającym z nieba, klątwach, które pełzły w ich stronę, wyciągając w ich stronę swoje paskudne, czarne paluchy.
Znów spojrzał w górę, na ciemną, ciemną noc, a później dalej, wypatrując kolejnych świateł płomienia. Dobrze, że nie byli jedynymi, którzy działali na tym polu, bo Morpheus czuł ogromne poczucie nieprzygotowania. Mogli tyle zrobić, ale nie mieli żadnych sensownych planów, które by ich zorganizowały. Na szczęście znali się dostatecznie dobrze, aby skonstruować na kolanie cokolwiek, co działało, co prawda na ślinę i modlitwę, ale działało.
— Tam! — wskazał na kolejne miejsce i ruszył ku niemu, aż znalazło się w zasięgu jego zaklęcia.
Płonął sklep z Kartami Tarota. Sklep płonął tak, jakby sam ogień szukał zemsty, nie tylko na drewnianych regałach pełnych kadzideł i oprawnych w skórę tomów, ale na samej idei, że coś tak efemerycznego jak przeznaczenie można było zamknąć w obrazkach i symbolach. Sufit zapadł się częściowo, odsłaniając niebo zadymione jak w proroczym śnie, z tym, że to nie był sen. To był koniec tego miejsca.
Zawieszone pod sufitem miedziane dzwonki topniały w żarze, wydając pojedyncze, spazmatyczne tony, jakby same nie mogły się zdecydować, czy umierają, czy wciąż chcą śnić. Talie kart, limitowane, często jedyne na świecie, spalały się powoli, tusz spływał po popękanych kartonikach, a twarze Wielkich Arkanów skręcały się w parodiach grymasów. Cesarz bez twarzy, Wieża bez podstawy, Głupiec lecący w ogień z uśmiechem, jakby tylko tego chciał.
Morpheus powtórzył swoje zaklęcie. Niech przestanie płonąć, Hefajstosie, zabierz ten ogień! Bogowie Wiatru, zabierzcie powietrze.
Translokacja ◉◉◉○○: Próba ugaszenia płomieni sklepu z kartami tarota przez wyrzucenie tlenu z otoczenia ognia
Sukces!