10.06.2025, 21:32 ✶
Prawdę powiedziawszy, list od ojca niewiele wnosił do całego tematu. Z tego co dało się zrozumieć, rzeczonych węży morskich nie widziano w tych okolicach od ponad dekady - ich przesiedleniem natomiast szybko ukracając wyniszczające ekosystem działania, ale też darując sobie dokładniejsze zbadanie przyczyny, która doprowadziła do ich pojawienia się.
Morze było spokojne i faktycznie, gdyby nie towarzyszące im okoliczności, można było to wziąć za kolejny przyjemny rejs Cutty Sark, który miał zapewnić uczestnikom przede wszystkim rozrywkę i możliwość zwiedzania świata, dokładnie tak jak obiecywały pamflety. Coś jednak wisiało w powietrzu - świadomość, jakaś bardziej ostra i uwydatniona tym razem, że pod migotliwą taflą wody czai się zupełnie inny świat i niebezpieczeństwo.
Rowle stał oparty o barierkę, patrząc na wodę, jakby była to najlepsza możliwa rozrywka na całym statku. Rozważał - jeśli jakimś sposobem były to dokładnie te same osobniki, które przesiedlano tyle lat temu, a wcale nie było to niemożliwe, najprawdopodobniej będzie o wiele ciężej sobie z nimi poradzić. Były o wiele bardziej doświadczone no i przede wszystkim o wiele większe. Czy martwiło go to? Trochę, ale przynajmniej mieli na pokładzie łowcę i wysłanników ministerstwa magii. Szkoda tylko, że wśród tych drugich nie krył się nikt z departamentu kontroli nad magicznymi stworzeniami, chociaż specjalistów od zwierząt mieli tutaj więcej jak jednego. On, Geraldine i Laurent - na tego ostatniego mimowolnie zerknął, kolejny już raz kontrolnie przyglądając mu się z czymś, co przy odrobinie dobrej woli można było nazwać troską. Wstrzymywaną, bo znajdowali się w towarzystwie ludzi i mieli zadanie do wykonania, ale niemniej jednak było to ciepłe uczucie. Słyszał o śmierci jednej z Bulstrode'ów i nawet jeśli sama w sobie ta wieść w ogóle go nie ruszyła, to szybko uświadomił sobie że była to krewna Prewetta. Poszły więc za tym wyrazy współczucia, zawarte w krótkim liście, a potem znowu, dzisiejszego dnia zanim weszli na statek.
Morze było spokojne i faktycznie, gdyby nie towarzyszące im okoliczności, można było to wziąć za kolejny przyjemny rejs Cutty Sark, który miał zapewnić uczestnikom przede wszystkim rozrywkę i możliwość zwiedzania świata, dokładnie tak jak obiecywały pamflety. Coś jednak wisiało w powietrzu - świadomość, jakaś bardziej ostra i uwydatniona tym razem, że pod migotliwą taflą wody czai się zupełnie inny świat i niebezpieczeństwo.
Rowle stał oparty o barierkę, patrząc na wodę, jakby była to najlepsza możliwa rozrywka na całym statku. Rozważał - jeśli jakimś sposobem były to dokładnie te same osobniki, które przesiedlano tyle lat temu, a wcale nie było to niemożliwe, najprawdopodobniej będzie o wiele ciężej sobie z nimi poradzić. Były o wiele bardziej doświadczone no i przede wszystkim o wiele większe. Czy martwiło go to? Trochę, ale przynajmniej mieli na pokładzie łowcę i wysłanników ministerstwa magii. Szkoda tylko, że wśród tych drugich nie krył się nikt z departamentu kontroli nad magicznymi stworzeniami, chociaż specjalistów od zwierząt mieli tutaj więcej jak jednego. On, Geraldine i Laurent - na tego ostatniego mimowolnie zerknął, kolejny już raz kontrolnie przyglądając mu się z czymś, co przy odrobinie dobrej woli można było nazwać troską. Wstrzymywaną, bo znajdowali się w towarzystwie ludzi i mieli zadanie do wykonania, ale niemniej jednak było to ciepłe uczucie. Słyszał o śmierci jednej z Bulstrode'ów i nawet jeśli sama w sobie ta wieść w ogóle go nie ruszyła, to szybko uświadomił sobie że była to krewna Prewetta. Poszły więc za tym wyrazy współczucia, zawarte w krótkim liście, a potem znowu, dzisiejszego dnia zanim weszli na statek.
We said we're going to conquer new frontiers
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast