11.06.2025, 11:39 ✶
– Głupie imię – powiedział, wciąż z kamiennym wyrazem twarzy, a jego myśli odpłynęły na moment ku staroceltyckiemu. Cath, bitwa. Val, władać. A potem ku liście królów, którzy nosili to imię, i w większości władali zaledwie kawałkiem ziemi, i jeden po drugim w bezsensownych bitwach. Przez chwilę nie odpowiadał, zawieszony, kiedy w jego głowie przewijały się kolejne nazwiska, przydomki i daty śmierci. Otrząsnął się wreszcie, chyba bardziej pod wpływem deszczu niż czegokolwiek jednego.
Nie lubił, kiedy padało. W deszczowe dni bywało, że zaczynał tęsknić za Egiptem i zastanawiać się, dlaczego w ogóle wrócił na mokre i szare Wyspy Brytyjskie.
Nie żeby w lecie, w największe upały w Afryce nie zastanawiał się, dlaczego w ogóle opuścił Anglię.
Co go bolało? Gdyby zaczął teraz wymieniać, brzmiały pewnie jak osiemdziesięcioletni mugol w poczekali u doktora, rywalizujący w liście swoich dolegliwości z sąsiadem z krzesła obok. Poobijał się bardzo solidnie, chociaż jednocześnie, na ile mógł to ocenić, nic nie zagrazało życiu, a najbardziej ucierpiała jego duma. Całą resztę dało się doprowadzić do porządku względnie szybko.
– Tylko nos – zapewnił twardo, ani myśląc pozwalać, aby Guinevere oglądała jego kość ogonową i to jeszcze tutaj, gdzie pewnie zaraz na brzegach dziury stanęłaby cała masa ich współpracowników, aby podziwiać to niewątpliwe upokorzenie. – A ty kim jesteś? Znamy się? – dorzucił jeszcze, a jego spojrzenie przez chwilę skupiało się na niej, zanim powędrowało do miejsca, w którym znajdowała się runiczna pułapka. Najwyraźniej jednak jego lot ostatecznie wyczerpał jej moc, bo teraz nic tam nie błyszczało, a Shafiq uznał, że ten jeden raz odpuści i obejrzy to sobie później.
Dźwignął się z ziemi, w typowym dla siebie uporze. Wiedział, że McGonagall by to odradzała, a Nell już na niego wrzeszczała, ale nie zamierzał siedzieć dalej w błocie i tak sobie moknąć, zwłaszcza, że oczywiście, że nie dolegało mu nic poważnego.
Nie lubił, kiedy padało. W deszczowe dni bywało, że zaczynał tęsknić za Egiptem i zastanawiać się, dlaczego w ogóle wrócił na mokre i szare Wyspy Brytyjskie.
Nie żeby w lecie, w największe upały w Afryce nie zastanawiał się, dlaczego w ogóle opuścił Anglię.
Co go bolało? Gdyby zaczął teraz wymieniać, brzmiały pewnie jak osiemdziesięcioletni mugol w poczekali u doktora, rywalizujący w liście swoich dolegliwości z sąsiadem z krzesła obok. Poobijał się bardzo solidnie, chociaż jednocześnie, na ile mógł to ocenić, nic nie zagrazało życiu, a najbardziej ucierpiała jego duma. Całą resztę dało się doprowadzić do porządku względnie szybko.
– Tylko nos – zapewnił twardo, ani myśląc pozwalać, aby Guinevere oglądała jego kość ogonową i to jeszcze tutaj, gdzie pewnie zaraz na brzegach dziury stanęłaby cała masa ich współpracowników, aby podziwiać to niewątpliwe upokorzenie. – A ty kim jesteś? Znamy się? – dorzucił jeszcze, a jego spojrzenie przez chwilę skupiało się na niej, zanim powędrowało do miejsca, w którym znajdowała się runiczna pułapka. Najwyraźniej jednak jego lot ostatecznie wyczerpał jej moc, bo teraz nic tam nie błyszczało, a Shafiq uznał, że ten jeden raz odpuści i obejrzy to sobie później.
Dźwignął się z ziemi, w typowym dla siebie uporze. Wiedział, że McGonagall by to odradzała, a Nell już na niego wrzeszczała, ale nie zamierzał siedzieć dalej w błocie i tak sobie moknąć, zwłaszcza, że oczywiście, że nie dolegało mu nic poważnego.