11.06.2025, 18:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.06.2025, 18:56 przez Benjy Fenwick.)
Lekko bujałem się na hamaku, pozwalając sobie na tę rzadką chwilę chłonięcia ciszy, chociaż nie była to cisza w absolutnym znaczeniu - do moich uszu dobiegały odgłosy rozmów, czyjeś prychnięcie gdzieś dalej, trzask drewna w ognisku, które płonęło kawałek ode mnie. Łańcuch skrzypiał cicho z każdym moim ruchem, a nad moją głową rozpościerała się absurdalna korona palmowych liści - szeroka, soczyście zielona, sztucznie idealna - wyczarowana, bez wątpienia, i do tego kompletnie niepasująca do wrzosowiska, na którym - byłem tego pewien - jeszcze rano nie było ani jeziora, ani piachu, ani tym bardziej leżaków i hamaków.
Spojrzałem w górę, przez liście rośliny, która nie miała prawa wyrosnąć na łące, bo nie pasowała do tej szerokości geograficznej, na niebo. Nie było na nim nic, ani jednej gwiazdy, prócz chmur - małe punkciki nie odbijały się w tafli tego znikąd powstałego jeziora, która odbijała światła ogniska, jakby to była francuska riwiera, a nie zarośnięta łąka gdzieś w Devon w Wielkiej Brytanii. Tyle, że chłód nadal był brytyjski.
Nie dołączyłem do rozmowy Eliasa i Prudence, chociaż znajdowali się tuż obok mnie. Może nie chciałem żadnych interakcji, może tylko udawałem, że mi to zwisa, bo tak było lepiej - przecież istniało ryzyko, iż bym coś palnął, i znów bym to musiał potem odkręcać albo udawać, że nic się nie stało, a tak, przynajmniej miałem spokój. Zamiast tego patrzyłem dalej w górę - liście palmy poruszały się nierealnie płynnie, jakby były zanurzone w wodzie, a nie powietrzu, to był pewnie na nie do końca zamierzony skutek kształtowania ich jednocześnie z jeziorem - wszystko było przesadzone, trochę groteskowe, ale w jakiś dziwny sposób zabawne. Sięgnąłem po butelkę, która leżała przy hamaku, częściowo zatopiona w piasku, którego przecież też nie powinno tu być. Pociągnąłem łyk, nie spiesząc się i odstawiając butelkę dokładnie wtedy, kiedy minął mnie wysoki, znajomy kształt - Astaroth - nie powiedział ani słowa, tylko przeszedł obok, jak duch, który nie miał ochoty ani nikogo nawiedzać, ani wracać do świata żywych. Przysiadł w najbardziej oddalonym miejscu, z dala od wszystkich, jakby wybrał nie tylko przestrzeń, ale też sposób, w jaki chce istnieć... Albo raczej - nie istnieć, to było właściwsze.
Zsunąłem nogi z hamaka, nie planowałem tego ruchu, ale po prostu wstałem, jakby moje ciało zrobiło to za mnie, zanim zdążyłem pomyśleć o tym, co robię. Przeciągnąłem się, sięgnąłem po papierosa, który miałem za uchem - trochę pognieciony, ale nadal cały - i ruszyłem powoli za przygaszonym wampirem. Nie od razu dołączyłem do Yaxleya, najpierw zatrzymałem się przy ognisku, pochyliłem się, żeby sprawdzić, jak się pali, przy czym dorzuciłem kilka suchszych patyków, przestawiłem jeden większy, mokry, przez który ogień się dławił, i dopiero wtedy się wyprostowałem. Odpaliłem szluga od płomienia, zaciągnąłem się głęboko i pozwoliłem dymowi wypłynąć spomiędzy warg - powoli, bez pośpiechu - a potem bez pytania przysiadłem obok Astarotha, również tak po prostu. Nie potrzebowałem zaproszenia, nie oczekiwałem też, że mnie przyjmie powitaniem, po prostu usiadłem w ciszy - blisko, ale nie nachalnie, tak, żeby mógł zwrócić uwagę moją obecność i odezwać się, jeśli chciał, ale też żeby mógł ją całkowicie zignorować, jeśli tak było lepiej. Nie spojrzałem na niego od razu, z tego samego powodu, zamiast tego patrzyłem w ten sam punkt co on - w ogień. Niewiele się w nim działo, ale palił się równo, konsekwentnie. Zaciągnąłem się jeszcze raz i bez patrzenia na niego powiedziałem cicho, bez nacisku:
- Dobsze, sze pszyszedłeś.
!Strach przed imieniem
Spojrzałem w górę, przez liście rośliny, która nie miała prawa wyrosnąć na łące, bo nie pasowała do tej szerokości geograficznej, na niebo. Nie było na nim nic, ani jednej gwiazdy, prócz chmur - małe punkciki nie odbijały się w tafli tego znikąd powstałego jeziora, która odbijała światła ogniska, jakby to była francuska riwiera, a nie zarośnięta łąka gdzieś w Devon w Wielkiej Brytanii. Tyle, że chłód nadal był brytyjski.
Nie dołączyłem do rozmowy Eliasa i Prudence, chociaż znajdowali się tuż obok mnie. Może nie chciałem żadnych interakcji, może tylko udawałem, że mi to zwisa, bo tak było lepiej - przecież istniało ryzyko, iż bym coś palnął, i znów bym to musiał potem odkręcać albo udawać, że nic się nie stało, a tak, przynajmniej miałem spokój. Zamiast tego patrzyłem dalej w górę - liście palmy poruszały się nierealnie płynnie, jakby były zanurzone w wodzie, a nie powietrzu, to był pewnie na nie do końca zamierzony skutek kształtowania ich jednocześnie z jeziorem - wszystko było przesadzone, trochę groteskowe, ale w jakiś dziwny sposób zabawne. Sięgnąłem po butelkę, która leżała przy hamaku, częściowo zatopiona w piasku, którego przecież też nie powinno tu być. Pociągnąłem łyk, nie spiesząc się i odstawiając butelkę dokładnie wtedy, kiedy minął mnie wysoki, znajomy kształt - Astaroth - nie powiedział ani słowa, tylko przeszedł obok, jak duch, który nie miał ochoty ani nikogo nawiedzać, ani wracać do świata żywych. Przysiadł w najbardziej oddalonym miejscu, z dala od wszystkich, jakby wybrał nie tylko przestrzeń, ale też sposób, w jaki chce istnieć... Albo raczej - nie istnieć, to było właściwsze.
Zsunąłem nogi z hamaka, nie planowałem tego ruchu, ale po prostu wstałem, jakby moje ciało zrobiło to za mnie, zanim zdążyłem pomyśleć o tym, co robię. Przeciągnąłem się, sięgnąłem po papierosa, który miałem za uchem - trochę pognieciony, ale nadal cały - i ruszyłem powoli za przygaszonym wampirem. Nie od razu dołączyłem do Yaxleya, najpierw zatrzymałem się przy ognisku, pochyliłem się, żeby sprawdzić, jak się pali, przy czym dorzuciłem kilka suchszych patyków, przestawiłem jeden większy, mokry, przez który ogień się dławił, i dopiero wtedy się wyprostowałem. Odpaliłem szluga od płomienia, zaciągnąłem się głęboko i pozwoliłem dymowi wypłynąć spomiędzy warg - powoli, bez pośpiechu - a potem bez pytania przysiadłem obok Astarotha, również tak po prostu. Nie potrzebowałem zaproszenia, nie oczekiwałem też, że mnie przyjmie powitaniem, po prostu usiadłem w ciszy - blisko, ale nie nachalnie, tak, żeby mógł zwrócić uwagę moją obecność i odezwać się, jeśli chciał, ale też żeby mógł ją całkowicie zignorować, jeśli tak było lepiej. Nie spojrzałem na niego od razu, z tego samego powodu, zamiast tego patrzyłem w ten sam punkt co on - w ogień. Niewiele się w nim działo, ale palił się równo, konsekwentnie. Zaciągnąłem się jeszcze raz i bez patrzenia na niego powiedziałem cicho, bez nacisku:
- Dobsze, sze pszyszedłeś.
!Strach przed imieniem
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)