19.06.2025, 00:31 ✶
Przekonać... ha. Sęk w tym, że w oczach Dolohova nie trzeba było go do niczego przekonywać – on to wszystko rozumiał zbyt głęboko i zbyt dobrze, już sobie to wszystko policzył, już wykonał wszystkie stosowne i niestosowne kalkulacje prowadzące go do niezbyt zaskakującej konkluzji – że to była kpina z jego cierpienia. Coś, czego nie potrafił tak po prostu odpuścić. Nie to, żeby miał nastrój na zemstę – wręcz przeciwnie, ciężko mu było patrzeć na człowieka niosącego w sobie podobny ból, ale... nie potrafił zapanować nad emocjami rozsadzającymi go od środka z coraz większą mocą.
– Wiem, że nie miało. I cóż mam z tym zrobić? Jestem na ciebie tak wkurwiony, że na weselu Blacków miałem ochotę wbić ci dekorację stołową w oko. Pisałeś mi już przepraszam, mówisz mi to przepraszam... Wiesz, jak ono smakuje? Jak coś, co musiałem wyrwać ci z gardła. – Jak słowa wyskrobane na poszarpanym pergaminie, wymemłane i wyplute przez jakiegoś kundla. Nie miał w zwyczaju prosić w swoim dorosłym życiu o cudzy szacunek. Kiedy był dzieckiem – prosił, ale tylko o szacunek swojego ojca. Nie doczekał się go nigdy. – Złamałeś mi serce. Byłeś jedynym przyjacielem, jakiego kiedykolwiek miałem i zostawiłeś mnie, a później potraktowałeś przypadkowo wysłany fragment sennika jak zaproszenie do tego, żeby rozmawiać ze mną jakby... Jakby to nie miało żadnego znaczenia.
Wydmuchał z siebie to powietrze, jakby się gotował, ale Longbottom mógł doszukać się w tym dokładnie tych samych gestów, jakie pamiętał z czasów młodzieńczych. Jego ciało było zimne. Dłonie rzucające okulary na stół były lodowate. Jego ramiona zadrżały, dokładnie w tym momencie, kiedy Vasilij zawahał się przed dokończeniem zdania – czyli wtedy, kiedy docierała do niego siła własnych emocji. I zupełnie tak jak kiedyś (chociaż teraz o wiele szybciej niż tych dwadzieścia lat temu), wraz ze zorientowaniem się, jaki ciężar wypluwał z siebie, momentalnie nabrał spokoju. Zrozumienie przyniosło mu opanowanie – zupełnie jakby potrzebował tej wiedzy, żeby ukoić rozedrgane nerwy.
Wyprostował się, pomasował swoje lewe ramię i usiadł przy krześle prosto, znów sięgając po kieliszek.
– Nawet nie umiem cię wyśmiać, you fucking old hag. Ciśnie mi się na usta tylko tyle, że to kara boska. – Brzmiał swobodniej, jak na przemówieniach, w wywiadach udzielanych Czarownicy i Prorokowi. Przeklinał, ale zawsze miał cięty język i bywał dumny ze sposobów, w jaki przychodziło mu odbijać wszelkie obelgi i żarty. Rzadko dawał się przegadywać, bo potrafił zawtórować nawet najbardziej bezczelnym tekstom w dowolny sposób. Którym Dolohovem miał dzisiaj być? Panem Profesorem numerologii, wesołym celebrytą, okrutnym paniczem z bogatego domu, kochającym mężem, zdradzonym kochankiem, wrednym skrzatem, znużonym filantropem z kieliszkiem wina...? – Nie schlebiaj sobie, Morpheusie. Mulciberówna zrobiła to na długo przed tobą i żeby ją spłacić musiałem sprzedać dwa mieszkania. – Miał tak wiele twarzy, ale ta najbardziej toksyczna, wylewająca gorzkie żale i uderzająca z siłą pioruna wydawała się najprawdziwszą z nich. Tą najbardziej pożądaną.
Ukochanym kolorem Dolohova był niebieski – intensywny i żywy, kompletnie nienaturalny, kojarzony z pokojem duchowością i transcendencją. Jego niebieski przybierał gwałtownych i niemal apokaliptycznych znaczeń. Jego niebieski był gniewem boskim, za którym znajdowała się sfera ducha oddzielona od świata materii, której to człowiek mógł sięgnąć wyłącznie w ekstazie. Ciął więc teraz słowami, żartował i mówił i mówił i mówił i wzdychał i mówił. Miał tak wiele twarzy, można było doszukiwać się w tym wszystkim tak wielu znaczeń, ale najważniejszym wydawało się to, że nie wybierał twarzy boga, który milczy. Bo w ciszy drzemała najgorsza przemoc – obojętność, w jakiej szło utopić się jak w głębi oceanu.
– Wiem, że nie miało. I cóż mam z tym zrobić? Jestem na ciebie tak wkurwiony, że na weselu Blacków miałem ochotę wbić ci dekorację stołową w oko. Pisałeś mi już przepraszam, mówisz mi to przepraszam... Wiesz, jak ono smakuje? Jak coś, co musiałem wyrwać ci z gardła. – Jak słowa wyskrobane na poszarpanym pergaminie, wymemłane i wyplute przez jakiegoś kundla. Nie miał w zwyczaju prosić w swoim dorosłym życiu o cudzy szacunek. Kiedy był dzieckiem – prosił, ale tylko o szacunek swojego ojca. Nie doczekał się go nigdy. – Złamałeś mi serce. Byłeś jedynym przyjacielem, jakiego kiedykolwiek miałem i zostawiłeś mnie, a później potraktowałeś przypadkowo wysłany fragment sennika jak zaproszenie do tego, żeby rozmawiać ze mną jakby... Jakby to nie miało żadnego znaczenia.
Wydmuchał z siebie to powietrze, jakby się gotował, ale Longbottom mógł doszukać się w tym dokładnie tych samych gestów, jakie pamiętał z czasów młodzieńczych. Jego ciało było zimne. Dłonie rzucające okulary na stół były lodowate. Jego ramiona zadrżały, dokładnie w tym momencie, kiedy Vasilij zawahał się przed dokończeniem zdania – czyli wtedy, kiedy docierała do niego siła własnych emocji. I zupełnie tak jak kiedyś (chociaż teraz o wiele szybciej niż tych dwadzieścia lat temu), wraz ze zorientowaniem się, jaki ciężar wypluwał z siebie, momentalnie nabrał spokoju. Zrozumienie przyniosło mu opanowanie – zupełnie jakby potrzebował tej wiedzy, żeby ukoić rozedrgane nerwy.
Wyprostował się, pomasował swoje lewe ramię i usiadł przy krześle prosto, znów sięgając po kieliszek.
– Nawet nie umiem cię wyśmiać, you fucking old hag. Ciśnie mi się na usta tylko tyle, że to kara boska. – Brzmiał swobodniej, jak na przemówieniach, w wywiadach udzielanych Czarownicy i Prorokowi. Przeklinał, ale zawsze miał cięty język i bywał dumny ze sposobów, w jaki przychodziło mu odbijać wszelkie obelgi i żarty. Rzadko dawał się przegadywać, bo potrafił zawtórować nawet najbardziej bezczelnym tekstom w dowolny sposób. Którym Dolohovem miał dzisiaj być? Panem Profesorem numerologii, wesołym celebrytą, okrutnym paniczem z bogatego domu, kochającym mężem, zdradzonym kochankiem, wrednym skrzatem, znużonym filantropem z kieliszkiem wina...? – Nie schlebiaj sobie, Morpheusie. Mulciberówna zrobiła to na długo przed tobą i żeby ją spłacić musiałem sprzedać dwa mieszkania. – Miał tak wiele twarzy, ale ta najbardziej toksyczna, wylewająca gorzkie żale i uderzająca z siłą pioruna wydawała się najprawdziwszą z nich. Tą najbardziej pożądaną.
Ukochanym kolorem Dolohova był niebieski – intensywny i żywy, kompletnie nienaturalny, kojarzony z pokojem duchowością i transcendencją. Jego niebieski przybierał gwałtownych i niemal apokaliptycznych znaczeń. Jego niebieski był gniewem boskim, za którym znajdowała się sfera ducha oddzielona od świata materii, której to człowiek mógł sięgnąć wyłącznie w ekstazie. Ciął więc teraz słowami, żartował i mówił i mówił i mówił i wzdychał i mówił. Miał tak wiele twarzy, można było doszukiwać się w tym wszystkim tak wielu znaczeń, ale najważniejszym wydawało się to, że nie wybierał twarzy boga, który milczy. Bo w ciszy drzemała najgorsza przemoc – obojętność, w jakiej szło utopić się jak w głębi oceanu.
with all due respect, which is none