Nora Nory. Znała to miejsce. Nie dlatego, że tam uczęszczała, a od kilku lat znała się z Thomasem, utrzymywali kontakt listowny, gdy wrócił do Anglii, a ona ciągle jeszcze siedziała w Egipcie, zaś w zeszłym miesiącu w końcu poznała jego młodszą siostrę, cukierniczkę, z której był tak bardzo dumny. Razem szukali zaginionych w Dolinie Godryka kotów… Dlatego na słowa Morpheusa, rzucone pośpiesznie, nawet nie miała czasu się zdziwić. Że dlaczego tam? Nie, nie było tych myśli. Jedyne co zrobiła, to kiwnęła głową, już skupiona na czymś zupełnie innym. Jak przez mgłę usłyszała to wytłumaczenie i dalszą część zdania – w tej chwili nie miało to większego znaczenia.
Guinevere instynktownie podtrzymała wyjącą z bólu kobietę. Usłyszała jeszcze tylko jak Morpheus mówi, by nie wyciągała haka – i mówił dobrze. Poczuła za plecami obecność Hannibala, rzuciła na niego szybko wzrokiem, ale zaraz jej uwaga ponownie skupiła się na kobiecie.
– Spokojnie, proszę oddychać, jestem uzdrowicielem. Zaraz pani pomogę – starała się brzmieć spokojnie, ale po prawdzie to wiedziała, że muszą się stąd odsunąć, bo zaraz jeszcze coś wybuchnie… Może kawałek stąd. A może faktycznie powinni się udać do Nory Nory… Nie. Nawet jeśli to było blisko, to w tej chwili i w tej sytuacji… Nie było takiej możliwości. Rozejrzała się pospiesznie po otoczeniu, wciąż trzymając dłonie na ramionach rannej kobiety. Ciągle kręcili się wokół ludzie, mnóstwo było dymu i ognia, aż musiała mrużyć oczy. Morpheus pobiegł przodem, Hann chyba próbował czarować… Chyba ktoś próbował pomóc z gaszeniem pożaru. A potem usłyszała kolejny krzyk… Tyle że nic się nie działo.
Dostrzegła jeszcze drugą z rannych kobiet, której ktoś pomagał. Sama chciałaby to zrobić, ale do cholery, może i potrafiła zmieniać swoja formę w zwierzę, ale rozdwoić się nie potrafiła.
– Han. Han! Pomóż – rzuciła do swojego towarzysza, który był obok, nie zwracając uwagi na to, że teraz gdzieś tu pomiędzy nimi bruk nie był mokry od wody, a od… czegoś dziwnego co wyciekło z jego różdżki. – Musimy pomóc pani przenieść się o tam – wskazała palcem drugą stronę ulicy, byle dalej od płonącej piekarni, która w każdej chwili mogła wystrzelić znowu, i byle nie na środku drogi, gdzie mogli ich stratować. Nie odważyłaby się ją zabrać teraz gdziekolwiek indziej, nie gdy miała hak w nodze. – I tam zrobię tak, że nic pani nie będzie, zgoda? – tu zwróciła się już do jęczącej, trzęsącej się ze strachu, bólu i adrenaliny kobiety. – Niech pani wytrzyma jeszcze chwileczkę, zaraz będzie po wszystkim – musiała mieć choć kawałek, by rozłożyć swoje narzędzia, eliksiry i zrobić uzdrowicielskie czary-mary. – Zaraz będzie dobrze, jeszcze tylko chwileczkę – mamrotała. – Proszę oddychać razem ze mną. Raz – wdech, dwa – wydech. I jeszcze raz – jedyne co to dawało, to próbowała ją uspokoić.
// Przewaga Leczenie