12.06.2025, 00:21 ✶
Woodstock. Rok ’69. Byłem tam wtedy - pewnie pamiętałem to zupełnie inaczej niż on, co nie znaczyło, że czyjeś wspomnienia były mniej prawdziwe. Po prostu nasze wersje tamtego lata biegły równolegle - czasem się przecinały, wtedy było super. Ja pamiętałem nie Janis, tylko tłum. Nie Kim, tylko dziewczynę z włosami w kolorze różu, która zniknęła, zostawiając po sobie tylko ciastko z haszyszem w papierze po gumie balonowej. To były dobre czasy.
Wciągnąłem dym z papierosa, zerkając ukradkiem na sylwetkę Astarotha w świetle ognia - w tym oświetleniu niby wyglądał tak samo, jak kiedyś, a jednak coś się zmieniło... Nie - zmieniło się wszystko, ale nie przeszkadzało mi to. Przycupnął tuż przy ognisku, wpatrując się w płomienie z niemal nieludzką, mroczną intensywnością. Owszem, nie wyglądał najlepiej - coś w jego ruchach było zbyt ostrożne, jakby sam siebie nie poznawał, ale ja go znałem - może nie od zawsze, lecz teraz, gdy miałem świadomość, że był synem Gerarda Yaxleya, dochodziłem do wniosku, iż znałem go wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że był równym gościem. Zdecydowanie bardziej niż jego siostra i reszta rodziny. Do dupy było widzieć go w tym stanie - nie, nie chodziło o wampiryzm.
- Nie musisz. - Mruknąłem w końcu, z taką samą obojętnością, jak gdybym komentował to, że nie chciał jeść brukselki. Przesunąłem dłonią po karku. - Czuś tego, znaczy.
Nie patrzyłem na niego - wpatrywałem się w ogień, nie potrzebowałem widzieć jego reakcji, żeby wiedzieć, że coś się w nim spięło jeszcze bardziej, jakby się nie spodziewał, że odpowiem, albo że odpowiem tak, ale ja naprawdę nie miałem z tym problemu... Z nim - z tym, czym się stał, dopóki nic nie odpierdalał, nie pił z dzieci ani nie rzucał się na ludzi na jarmarku, miał moje błogosławieństwo, żeby być. Kiedyś byłbym bardziej uprzedzony, tak. Kiedyś - czyli zanim życie rozjebało mi wszystko w taki sposób, że przestałem wierzyć w jednoznaczne granice między dobrem a złem. Przeciągnąłem się, nonszalancko, aż mi w kręgosłupie coś przeskoczyło.
- Po plawdzie... - Dodałem po chwili, stawiając na bezpośredniość, po tym wszystkim, co usłyszałem i wiedziałem, i przy tym, jakie sprawiał wrażenie. - Bywa, sze ja tesz tego nie czuję. Czasem siedzę i myślę, sze wszyscy dookoła to duchy, a to ja nim jesztem, pszynajmniej tutaj. Mosze mam początki schizofrenii, ty pszynajmniej masz powód... No, niewaszne. - Wzruszyłem ramionami. Nie wyjaśniałem, nie miałem potrzeby się tłumaczyć, nie jemu. Zresztą, coś mi mówiło, że zrozumiał przekaz. Nie musiałem być dla niego lustrem, ale jeśli przez chwilę miał poczuć się mniej obcy, mniej przeklęty - mogłem sobie pobyć cieniem na peryferiach jego wzroku.
Zaciągnąłem się papierosem. Tytoń był kiepski, lokalny, skręcany na kolanie, ale spełniał swoje zadanie - wypełniał mi płuca czymś innym niż powietrze. Wyciągnąłem papierośnicę z kieszeni i przesunąłem ją do Yaxleya, chociaż nie byłem pewien, czy w ogóle jeszcze pali. W sumie nie miało to znaczenia - chyba? - liczył się gest i to, że nie zamierzałem traktować go inaczej niż wcześniej, wtedy, przed laty. Obok mnie znajdował się nie człowiek, nie potwór, tylko Astaroth, z którym w każdym innym momencie podzieliłbym się szlugiem, więc teraz też mu go zaoferowałem - i naprawdę nie miałem ochoty tego rozkładać na kawałki, pytać o to, czy nadal jara, albo zastanawiać się, jak to odbierze. Wolałem nie komentować, bo po co? Nie potrzebował litości, ale nie potrzebował też, żebym się bał oddychać i powstrzymywał moje odruchy. Zresztą - było we mnie coś… Zbyt zmęczonego, żeby się jeszcze czegoś takiego bać, za doświadczonego, może nawet starego, mimo że moje ciało wciąż jakoś nie do końca chciało się zestarzeć w tym samym tempie, co umysł. A może po prostu zbyt przyzwyczajonego do obecności potworów - tych wewnętrznych, jak i tych, które chodziły po świecie na dwóch nogach - ludzi jak on, albo już nie ludzi, ale ciągle zbyt ludzkich, żeby ich zignorować.
Jasne, siedziałem obok wampira, ale akurat w tej chwili zupełnie nie przeszkadzało mi, w co się zmienił, wychodziłem z założenia, iż dopóki nie odwali czegoś głupiego, jego natura nie powinna być dla mnie problemem. Usiadłem obok niego bez zbędnego ceremoniału, nie spinałem się, bo w sumie - co to miało zmienić? Astaroth był wampirem, to fakt, ale jakoś nie siedziałem i nie zastanawiałem się, czy za chwilę zacznie ssać moją krew albo odpierdalać jakieś dramaty rodem z horroru klasy B. Dopóki trzymał się względnej formy, nie miałem powodu, by się odsuwać.
W końcu na niego spojrzałem - nie za długo, nie głęboko - ot, wystarczająco, by upewnić się, że to wciąż on, te oczy, chociaż ciemniejsze, nie straciły do końca światła, może też trochę, że nie błyszczą jak u zwierzęcia przed skokiem. Nie wyglądał niepokojąco - był po prostu gościem, którego znałem kiedyś i którego teraz spotkałem znowu. Zmienił się - no i co z tego? Każdy się zmienia - niektórzy wolniej, niektórzy szybciej, niektórzy umierają i wracają w trochę innej wersji - zdarza się.
- Mówią, sze ogień oczyszcza. - Dodałem po chwili, ni stąd, ni zowąd. Pociągnąłem jeszcze jeden dymek i wróciłem wzrokiem do ognia. Przeszedłem przez zbyt wiele nocy, podczas których gorsze rzeczy siedziały mi na barkach. Znałem ludzi, którzy umarli za życia i takich, którzy po śmierci w końcu zaczęli oddychać. Astaroth... No, cóż, w moich oczach to nadal był Astaroth. Ten sam, z którym włóczyliśmy się po polach nie trawy, a udeptanej ziemi i błota w ’69, próbując nie zgubić się między kilkoma punktami rozrywkowymi, z dziewczynami, w tym tą jego blondyną - chyba już byłą, ale nie pytałem - które śmiały się tak głośno, że można było zapomnieć, że świat nie zawsze jest taki kolorowy. Jeśli miałby mnie ugryźć, zrobiłby to już dawno.
- Ale my chyba jesteśmy tlochę za baldzo zasyfiali, szeby coś nam wypalił, co nie? Więs nie gapmy szię za długo, bo zamiast szię oczyszczaś, będziemy szczaś, tak co pięś minut, i pszegapimy całą zabawę, a oni tu chyba zamieszają odstawiś dojebany wcześniejszy sabat. - Nie patrzyłem na niego, gdy to mówiłem, ale czułem jego obecność - gęstą i namacalną, jakby powietrze się lekko zagęściło, ale nie tak, żeby mnie to ruszało. Widziałem już gorsze rzeczy... Ba, piłem i paliłem z gorszymi ludźmi. Pewnie bywało, że sam byłem mniej ludzki. To, że Astaroth był wampirem, nie robiło na mnie większego wrażenia. No i co z tego? Każdy się z czymś zmaga - każdy coś z siebie zrzuca. Jak nie gryziesz, to siedź, pal i patrz w ogień, stary, tylko nie za długo... Nie za długo... Bo się zeszczasz. Wiem, co mówię.
Wciągnąłem dym z papierosa, zerkając ukradkiem na sylwetkę Astarotha w świetle ognia - w tym oświetleniu niby wyglądał tak samo, jak kiedyś, a jednak coś się zmieniło... Nie - zmieniło się wszystko, ale nie przeszkadzało mi to. Przycupnął tuż przy ognisku, wpatrując się w płomienie z niemal nieludzką, mroczną intensywnością. Owszem, nie wyglądał najlepiej - coś w jego ruchach było zbyt ostrożne, jakby sam siebie nie poznawał, ale ja go znałem - może nie od zawsze, lecz teraz, gdy miałem świadomość, że był synem Gerarda Yaxleya, dochodziłem do wniosku, iż znałem go wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że był równym gościem. Zdecydowanie bardziej niż jego siostra i reszta rodziny. Do dupy było widzieć go w tym stanie - nie, nie chodziło o wampiryzm.
- Nie musisz. - Mruknąłem w końcu, z taką samą obojętnością, jak gdybym komentował to, że nie chciał jeść brukselki. Przesunąłem dłonią po karku. - Czuś tego, znaczy.
Nie patrzyłem na niego - wpatrywałem się w ogień, nie potrzebowałem widzieć jego reakcji, żeby wiedzieć, że coś się w nim spięło jeszcze bardziej, jakby się nie spodziewał, że odpowiem, albo że odpowiem tak, ale ja naprawdę nie miałem z tym problemu... Z nim - z tym, czym się stał, dopóki nic nie odpierdalał, nie pił z dzieci ani nie rzucał się na ludzi na jarmarku, miał moje błogosławieństwo, żeby być. Kiedyś byłbym bardziej uprzedzony, tak. Kiedyś - czyli zanim życie rozjebało mi wszystko w taki sposób, że przestałem wierzyć w jednoznaczne granice między dobrem a złem. Przeciągnąłem się, nonszalancko, aż mi w kręgosłupie coś przeskoczyło.
- Po plawdzie... - Dodałem po chwili, stawiając na bezpośredniość, po tym wszystkim, co usłyszałem i wiedziałem, i przy tym, jakie sprawiał wrażenie. - Bywa, sze ja tesz tego nie czuję. Czasem siedzę i myślę, sze wszyscy dookoła to duchy, a to ja nim jesztem, pszynajmniej tutaj. Mosze mam początki schizofrenii, ty pszynajmniej masz powód... No, niewaszne. - Wzruszyłem ramionami. Nie wyjaśniałem, nie miałem potrzeby się tłumaczyć, nie jemu. Zresztą, coś mi mówiło, że zrozumiał przekaz. Nie musiałem być dla niego lustrem, ale jeśli przez chwilę miał poczuć się mniej obcy, mniej przeklęty - mogłem sobie pobyć cieniem na peryferiach jego wzroku.
Zaciągnąłem się papierosem. Tytoń był kiepski, lokalny, skręcany na kolanie, ale spełniał swoje zadanie - wypełniał mi płuca czymś innym niż powietrze. Wyciągnąłem papierośnicę z kieszeni i przesunąłem ją do Yaxleya, chociaż nie byłem pewien, czy w ogóle jeszcze pali. W sumie nie miało to znaczenia - chyba? - liczył się gest i to, że nie zamierzałem traktować go inaczej niż wcześniej, wtedy, przed laty. Obok mnie znajdował się nie człowiek, nie potwór, tylko Astaroth, z którym w każdym innym momencie podzieliłbym się szlugiem, więc teraz też mu go zaoferowałem - i naprawdę nie miałem ochoty tego rozkładać na kawałki, pytać o to, czy nadal jara, albo zastanawiać się, jak to odbierze. Wolałem nie komentować, bo po co? Nie potrzebował litości, ale nie potrzebował też, żebym się bał oddychać i powstrzymywał moje odruchy. Zresztą - było we mnie coś… Zbyt zmęczonego, żeby się jeszcze czegoś takiego bać, za doświadczonego, może nawet starego, mimo że moje ciało wciąż jakoś nie do końca chciało się zestarzeć w tym samym tempie, co umysł. A może po prostu zbyt przyzwyczajonego do obecności potworów - tych wewnętrznych, jak i tych, które chodziły po świecie na dwóch nogach - ludzi jak on, albo już nie ludzi, ale ciągle zbyt ludzkich, żeby ich zignorować.
Jasne, siedziałem obok wampira, ale akurat w tej chwili zupełnie nie przeszkadzało mi, w co się zmienił, wychodziłem z założenia, iż dopóki nie odwali czegoś głupiego, jego natura nie powinna być dla mnie problemem. Usiadłem obok niego bez zbędnego ceremoniału, nie spinałem się, bo w sumie - co to miało zmienić? Astaroth był wampirem, to fakt, ale jakoś nie siedziałem i nie zastanawiałem się, czy za chwilę zacznie ssać moją krew albo odpierdalać jakieś dramaty rodem z horroru klasy B. Dopóki trzymał się względnej formy, nie miałem powodu, by się odsuwać.
W końcu na niego spojrzałem - nie za długo, nie głęboko - ot, wystarczająco, by upewnić się, że to wciąż on, te oczy, chociaż ciemniejsze, nie straciły do końca światła, może też trochę, że nie błyszczą jak u zwierzęcia przed skokiem. Nie wyglądał niepokojąco - był po prostu gościem, którego znałem kiedyś i którego teraz spotkałem znowu. Zmienił się - no i co z tego? Każdy się zmienia - niektórzy wolniej, niektórzy szybciej, niektórzy umierają i wracają w trochę innej wersji - zdarza się.
- Mówią, sze ogień oczyszcza. - Dodałem po chwili, ni stąd, ni zowąd. Pociągnąłem jeszcze jeden dymek i wróciłem wzrokiem do ognia. Przeszedłem przez zbyt wiele nocy, podczas których gorsze rzeczy siedziały mi na barkach. Znałem ludzi, którzy umarli za życia i takich, którzy po śmierci w końcu zaczęli oddychać. Astaroth... No, cóż, w moich oczach to nadal był Astaroth. Ten sam, z którym włóczyliśmy się po polach nie trawy, a udeptanej ziemi i błota w ’69, próbując nie zgubić się między kilkoma punktami rozrywkowymi, z dziewczynami, w tym tą jego blondyną - chyba już byłą, ale nie pytałem - które śmiały się tak głośno, że można było zapomnieć, że świat nie zawsze jest taki kolorowy. Jeśli miałby mnie ugryźć, zrobiłby to już dawno.
- Ale my chyba jesteśmy tlochę za baldzo zasyfiali, szeby coś nam wypalił, co nie? Więs nie gapmy szię za długo, bo zamiast szię oczyszczaś, będziemy szczaś, tak co pięś minut, i pszegapimy całą zabawę, a oni tu chyba zamieszają odstawiś dojebany wcześniejszy sabat. - Nie patrzyłem na niego, gdy to mówiłem, ale czułem jego obecność - gęstą i namacalną, jakby powietrze się lekko zagęściło, ale nie tak, żeby mnie to ruszało. Widziałem już gorsze rzeczy... Ba, piłem i paliłem z gorszymi ludźmi. Pewnie bywało, że sam byłem mniej ludzki. To, że Astaroth był wampirem, nie robiło na mnie większego wrażenia. No i co z tego? Każdy się z czymś zmaga - każdy coś z siebie zrzuca. Jak nie gryziesz, to siedź, pal i patrz w ogień, stary, tylko nie za długo... Nie za długo... Bo się zeszczasz. Wiem, co mówię.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)