Cóż, całkiem naturalnie odnaleźli się w tej nowo - starej sytuacji. Nie wracali do tego, co było dla nich nieprzyjemne, po prostu weszli w to, jakby wcale nie zaliczyli tego półtora roku przerwy. Zresztą, czy był sens się na tym skupiać? Ledwie do siebie wrócili, a znowu zostali postawieni w bardzo trudnej sytuacji, Londyn spłonął, najważniejsze, że nic się im nie stało, im i ich bliskim i znowu mogli się cieszyć swoją obecnością. Świat sam dawał im wiele złego, nie było więc sensu, aby sobie sami dokładali kolejne sprawy. Zamiast tego postanowili się upić, czy tam świętować, jak zwał tak zwał.
Po co właściwie znaleźli się w miasteczku? Kto to właściwie wiedział. Na pewno mieli jakiś istotny cel, który gdzieś zgubili, ale teraz znajdowali się przed tym budynkiem, w którym najwyraźniej byli również wszyscy mieszkańcy. Cóż, to mówiło samo za siebie, powinni również się tam znaleźć, bo dlaczego by nie?
- Tak? - Uniosła pytająco brwi, wzrok nieco się jej rozjeżdżał, przez co musiała wyglądać dosyć zabawnie. Naprawdę było inne wyjście? Tak, czy siak, ona znalazłaby się w środku i podejrzewała, że nie zostawiłby jej tam samej. Nie było innego wyjścia, mimo, że mówił inaczej. Była tego pewna. Nie było jednak sensu aktualnie się na tym skupiać, podjęli przecież wspólną decyzję o tym, że zobaczą, co się dzieje, co to za potupaja, czy inne wydarzenie.
- Mamy zbieżność. - Ostatnio osiągali ją bardzo często. Wszystko wróciło do normy. Wiele razy zdarzało im się podejmować podobne, spontaniczne decyzje, zawsze mieli w sobie coś z dzieciaków, które nie przejmowały się konsekwencjami, które mogły wyniknąć z takich nie do końca przemyślanych zachowań. Zresztą nie mieli zamiaru nikogo krzywdzić, tylko zobaczyć, co to właściwie za impreza, i czy mogą się do niej dołączyć. Nic wielkiego. Na pewno nikt nawet nie zauważy ewentualnego alkoholu, który zniknie przez to, że go wypiją. Wiedziała, że na takich wydarzeniach zazwyczaj był go nadmiar, żeby nie daj Merlinie nie zabrakło, to by była dopiero prawdziwa tragedia.
- Ależ oczywiście, że musisz sobie przypisywać najważniejszą funkcję w zespole, powinnam się tego spodziewać. - Nie mogło być inaczej, czyż nie? Roise, jak zawsze znał swoją wartość, nie miała zamiaru z nim na ten temat polemizować, bo niczego by to nie wniosło, a czas uciekał. Noc robiła się coraz ciemniejsza, a może to jej wzrok robił się coraz bardziej zamglony? Obie wersje były bardzo prawdopodobne. Yaxleyówna miała lekki problem z utrzymaniem równowagi, nawet gdy stała niby prosto, to chwiała się to do przodu, to do tyłu. Alkohol zdecydowanie przejął nad nią kontrolę, ale wyjątkowo dobrze się przy tym bawiła. Nie miała już tych swoich autodestrukcyjnych myśli, które nawiedzały ją w podobnych sytuacjach jeszcze ledwie kilka tygodni wcześniej.
- W sumie zawsze byliśmy wyjątkowi, to prawda. - Zawsze traktowali to jako atut, no prawie zawsze. Były momenty, gdy ta ich wyjątkowość była bardziej przywarą, ale do tego wolała nie wracać. W tej sytuacji? Na pewno zwracali na siebie uwagę, nawet ich wzrost był ponadprzeciętny przez co nie mogli chować się w tłumie, ale na szczęście biesiadnicy byli zajęci zabawą. Tak jak się spodziewała część z nich była równie nawalona, co oni, to wróżyło raczej sukces ich tajnej misji.
Znaleźli się przy barze. Geraldine rozglądała się na wszystkie strony w poszukiwaniu kogoś, kto uraczyłby ich jakimkolwiek trunkiem. Barman, chyba jednak zapadł się pod ziemią. Oparła się o blat, przez głowę przeszła jej myśl, że mogłaby przez niego przeskoczyć, aby znaleźć się po drugiej stronie. Odsunęła się nawet o krok, by oszacować jego wysokość, zmrużyła przy tym oczy.
Ambroise ją ubiegł, właściwie okazał się być dużo sprytniejszy, wystarczyło bowiem jedynie popchnąć drzwiczki, aby znaleźć się w miejscu, które miało być ich wodopojem. Pokiwała nawet głową z aprobatą, ależ był niesamowity. BOHATER.
- To takie proste... - Powiedziała jeszcze cicho. Obserwowała swojego chłopaka, kiedy bez żadnego momentu zawahania plądrował bar, w sumie to tylko wziął jedną flaszkę, więc nikt nie powinien zauważyć tej drobnej kradzieży, w sumie jakiej kradzieży? Nie uciekali stąd, chcieli dołączyć do zabawy, po prostu sięgnęli po to, co było na wyciągnięcie ręki. Nikt nie powinien im mieć tego za złe.
- Skąd wiesz, że trzydzieści minut? - Na jej twarzy pojawiła się konsternacja. Roise nie był jasnowidzem, chyba? Czy jako widmowidz też miał jakieś specjalne umiejętności? O co chodziło. Wydawał się być bardzo pewien tego zakresu czasu, o którym wspomniał. Nachyliła się nad nim i szepnęła cicho, konspiracyjnie, tak, aby nie daj Morgano nikt ich nie usłyszał, chociaż nie było to możliwe, bo obok nich nie znajdował się nikt inny, wszyscy byli zajęci zabawą. - Umiesz przewidywać przyszłość? To trzecie oko tak działa? - Była śmiertelnie poważna w tej swojej wypowiedzi.
- Dlaczego mam coś zdemolować? Mam dobry humor, może się zdarzyć tak, że zrobię to przypadkiem, ale ogólnie? Raczej nie mam tego w planach. - Jasne, jakby kiedykolwiek planowała rozpierdol, to czasem się po prostu działo. W tym wypadku jednak większym prawdopodobieństwem było to, że wpadnie w coś lub kogoś i przypadkiem to zniszczy. Miała lekkie problemy z koordynacją swoich ruchów, a w przypadku jej wzrostu... było to dość niebezpieczne.
Geraldine wyprostowała się gwałtownie, nazbyt gwałtownie, gdy ktoś się do nich odezwał. Spanikowała, co widać było po tym, jak szeroko otworzyła oczy. Już ich przyłapali? Mieli mieć trzydzieści minut, trzecie oko Roisa nie zadziałało?
Odetchnęła z ulgą, kiedy typ się oddalił. Jednak nic im nie groziło.
- Chodźmy się napić, jestem zbyt trzeźwa. - Ta, jasne, wcale nie otrzeźwiała, kiedy pojawiło się zagrożenie, ale musiała jakoś poradzić sobie z tym chwilowym stresem. Teraz jednak nie powinni chyba czuć się intruzami, skoro tamten stwierdził, że na nich czekał, może jednak byli mile widziani?