12.06.2025, 12:48 ✶
Efekt końcowy aranżacji terenu był co najmniej imponujący, nawet jak na oko Greengrassa, który przecież działał z Potterem przez większość dnia, starając się dopiąć wszystko... ...cóż, najwyraźniej niedostatecznie na tip top, skoro w czasie, w którym wyszedł ogarnąć się i dopilnować rzeczy w kuchni, Romulus postanowił dodać tu wiele więcej od siebie. Na przykład te palemki, które wcześniej zdecydowanie nie wyglądały w ten sposób. Teraz mogłoby się zdawać, że ich liście poruszały się zupełnie samoistnie, znacznie bardziej subtelnie niż powinny, ale też bardziej regularnie, nie do końca zgodnie z prawdziwymi podmuchami wiatru. Zupełnie tak, jakby ktoś zaklął je w taki sposób, aby poruszały się równo co kilkanaście sekund, imitując zachowanie w swoim naturalnym środowisku. Na jakiejś tropikalnej riwierze albo w oazie.
Tak po prawdzie, właśnie tego im tu brakowało. Tej ciepłej tropikalnej bryzy. Delikatnego, przyjemnego wietrzyku, nie wieczornego chłodu bijącego od strony wrzosowisk, gdzie nie znajdowały się żadne większe skupiska drzew ani głazów. Co prawda, od południa osłaniała ich linia niewielkiego zagajnika, zbyt małego, żeby móc go nazwać pełnoprawnym lasem. Porośniętego tak uwielbianymi przez Romulusa jeżynami, których ostatecznie ani nie przenieśli, ani nie wykarczowali, za to raczej dosyć skutecznie odgrodzili je od siebie jeziorem. Mimo to, stojąc trochę dalej od ognia, wciąż dało się odczuć chłód pasujący do nadchodzącej jesieni.
Do Mabon zostały im jeszcze niecałe dwa tygodnie, później dni miały zrobić się zdecydowanie krótsze i zimniejsze, zaś noce stopniowo się wydłużać. Wedle wszelkich prognoz, lato już nie miało powrócić. Prawdę mówiąc, mieli wyjątkowe szczęście, że tego wieczoru nie padało, ponieważ przez pewien czas wszystko wskazywało na to, że pogoda może spróbować pokrzyżować im plany.
Było jednak wyłącznie dosyć chłodno, wyjątkowo rześko, ale nie deszczowo. Jedyna wilgoć biła od strony nowopowstałej tafli wody, która poruszała się subtelnie, lekko falując. Chyba na tym samym sztucznym wietrze, na którym szumiały liście palm. Zdecydowanie musiał spytać Romka, kto za to odpowiadał. Czy był to sam Potter, czy może skrzaty maczały w tym swoje palce, bowiem na pierwszy rzut oka, szczególnie dla kogoś, kto nie miał pierdolca na punkcie natury, ta iluzja wyglądała wprost idealnie.
Zupełnie tak jak wszystko inne. Mieli hamaczki i leżaczki, mieli ławeczki, mieli przepastne stoły z jedzeniem, mieli naprawdę duże ilości alkoholu, jakimi Roise już się raczył. Miał mocną głowę, co w pewnych sytuacjach bywało naprawdę zbawienne, jednak równocześnie oznaczało, że musiał wcześniej zacząć pić, żeby nie siedzieć jak kołek pośród grona już nietrzeźwych ludzi.
Zaczął jednak stosunkowo lekko, sącząc coś w rodzaju ponczu i leniwie obserwując resztę towarzystwa. Od czasu do czasu dolewał sobie kolejny kubeczek napoju, opierając się o brzeg blatu i czekając na oficjalne rozpoczęcie ogniska. To nie on miał je zacząć. Stawiał na to, że zrobi to albo Potter, albo Lestrange. Któryś z nich, zresztą teraz prowadzących ze sobą dialog.
On sam, choć miał swoje plany na ten wieczór, nie kontrolował sytuacji, bo tak po prawdzie, w jego oczach tak naprawdę nie było, czego kontrolować. Wszyscy tutaj już dawno przekroczyli pewien konkretny wiek. Byli na tyle odpowiedzialni, na ile byli. Czyli często gęsto praktycznie wcale, ale byli dorośli, tak? Mieli zadbać sami o siebie. Być na czas, spóźnić się, przyjść, nie przyjść. Droga wolna.
Być może po sytuacji z zaginięciem Prudence i Romulusa, które zauważyli zdecydowanie dosyć późno, powinni przykładać znacznie większą uwagę do tego, żeby kontrolować otoczenie, jednak nie. W dalszym ciągu tego nie robili.
No, przynajmniej Ambroise nie odczuwał takiej potrzeby. Ktokolwiek chciał zjawić się na ognisku, miał się na nim pojawić. Pod żadnym pozorem, nie była to obowiązkowa część wieczoru. Ot, towarzyskie spotkanie, jakaś tam trochę luźniejsza forma wspólnego spędzenia czasu, być może w pewnym sensie ucieczki od rzeczywistości, wyluzowania po wszystkim, co ostatnio miało miejsce w ich świecie.
Roise raczej spodziewał się, że z tego względu miał tu zobaczyć wszystkich, ale nie zamierzał robić listy zebranych i pilnować tego, czy nikt się nie spóźni. Czekali wyłącznie do konkretnej godziny (choć jeszcze ani razu nie spojrzał na zegarek) może jakieś piętnaście, góra dwadzieścia minut dłużej, zanim pewnie zaczną zbierać się w większą grupę.
Ognisko było już zresztą rozpalone, ogień całkiem nieźle zajął suchą stertę przygotowaną przez skrzaty, dodatkowe gałęzie leżały obok. Na tyle blisko, żeby w razie potrzeby można było łatwo dorzucić je do żaru, ale jednocześnie na tyle daleko, żeby płomienie nie były w stanie samoistnie ich zająć. W końcu jeszcze tego brakowało, by po wszechobecnych pożarach Londynu, zaprószyli jeszcze ogień na podlondyńskich terenach wiejskich.
Mocno powiedziane, bo w żadnym wypadku nie byli pod stolicą, ale przez teleportację różnica w odległości między blisko miasta a względnie w zasięgu szybkiej podróży nie była aż tak odczuwalna, więc byli pod Londynem i zdecydowanie nie chcieli wywołać kolejnych pożarów. Zwłaszcza (jeszcze) na trzeźwo, choć co poniektórzy wpatrywali się w ognisko, jakby mieli ci najmniej zadatek na piromanów.
Tak czy inaczej, wszystko było już mniej więcej gotowe, skrzaty właśnie skończyły dopinać ostatnie detale, wieczór był jeszcze młody. Brakowało jedynie kilku osób, jednak Ambroise nie zwrócił uwagi na to, kogo dokładnie. Zarejestrował wyłącznie nieobecność Geraldine, ale nie miał ani krzty wątpliwości, że jego dziewczyna zaraz pojawi się w zasięgu wzroku, bowiem miał już okazję przelotnie ją zobaczyć.
I rzeczywiście. Nie minęło kilka minut, kiedy dostrzegł jej charakterystyczną sylwetkę zmierzającą w kierunku polany. Nie pomachał do niej ręką, bo akurat dolewał sobie ponczu do kubka, ze zdziwieniem dochodząc do wniosku, że samodzielnie opróżnił już co najmniej jedną trzecią zawartości misy. Nie rzucił też nic głośno, żeby zwrócić na siebie uwagę dziewczyny. Całkiem słusznie założył, że priorytety Geraldine miały być dokładnie takie same jak jego. Ona również postanowiła nalać sobie czegoś do picia, tyle tylko, że zaczęła od razu od mocniejszego alkoholu stojącego na drugim stole.
On w tym czasie nie ruszył się z miejsca (chyba podświadomie zamierzał pilnować swojego ponczu i podejść zadaniowo do wypicia go w całości) unosząc za to kubeczek w toaście, kiedy Yaxleyówna zbliżyła się do jego części stołu. Otworzył usta, żeby powiedzieć coś średnio odkrywczego, może rzucić jakiś komentarz albo stwierdzić, że mogli już niedługo zacząć ognisko, jednak zamiast tego zmarszczył brwi, mrużąc oczy na widok tego, w jaki sposób nawiedził ich Astaroth.
Nie skomentował, zamiast tego rzucił pytające spojrzenie w kierunku Geraldine, po czym upił jeszcze trochę napitku. To była jego wersja zadania pytania o to, jak trzyma się Roth, szczególnie, że nie mieli możliwości wcześniejszego przegadania tego, jak poszły im poszukiwania w lesie. Nie, gdy Yaxleyówna zniknęła z samego rana, wypływając na morze. O to zresztą Roise też jeszcze nie pytał. Jeden temat na raz, nie?
Tak po prawdzie, właśnie tego im tu brakowało. Tej ciepłej tropikalnej bryzy. Delikatnego, przyjemnego wietrzyku, nie wieczornego chłodu bijącego od strony wrzosowisk, gdzie nie znajdowały się żadne większe skupiska drzew ani głazów. Co prawda, od południa osłaniała ich linia niewielkiego zagajnika, zbyt małego, żeby móc go nazwać pełnoprawnym lasem. Porośniętego tak uwielbianymi przez Romulusa jeżynami, których ostatecznie ani nie przenieśli, ani nie wykarczowali, za to raczej dosyć skutecznie odgrodzili je od siebie jeziorem. Mimo to, stojąc trochę dalej od ognia, wciąż dało się odczuć chłód pasujący do nadchodzącej jesieni.
Do Mabon zostały im jeszcze niecałe dwa tygodnie, później dni miały zrobić się zdecydowanie krótsze i zimniejsze, zaś noce stopniowo się wydłużać. Wedle wszelkich prognoz, lato już nie miało powrócić. Prawdę mówiąc, mieli wyjątkowe szczęście, że tego wieczoru nie padało, ponieważ przez pewien czas wszystko wskazywało na to, że pogoda może spróbować pokrzyżować im plany.
Było jednak wyłącznie dosyć chłodno, wyjątkowo rześko, ale nie deszczowo. Jedyna wilgoć biła od strony nowopowstałej tafli wody, która poruszała się subtelnie, lekko falując. Chyba na tym samym sztucznym wietrze, na którym szumiały liście palm. Zdecydowanie musiał spytać Romka, kto za to odpowiadał. Czy był to sam Potter, czy może skrzaty maczały w tym swoje palce, bowiem na pierwszy rzut oka, szczególnie dla kogoś, kto nie miał pierdolca na punkcie natury, ta iluzja wyglądała wprost idealnie.
Zupełnie tak jak wszystko inne. Mieli hamaczki i leżaczki, mieli ławeczki, mieli przepastne stoły z jedzeniem, mieli naprawdę duże ilości alkoholu, jakimi Roise już się raczył. Miał mocną głowę, co w pewnych sytuacjach bywało naprawdę zbawienne, jednak równocześnie oznaczało, że musiał wcześniej zacząć pić, żeby nie siedzieć jak kołek pośród grona już nietrzeźwych ludzi.
Zaczął jednak stosunkowo lekko, sącząc coś w rodzaju ponczu i leniwie obserwując resztę towarzystwa. Od czasu do czasu dolewał sobie kolejny kubeczek napoju, opierając się o brzeg blatu i czekając na oficjalne rozpoczęcie ogniska. To nie on miał je zacząć. Stawiał na to, że zrobi to albo Potter, albo Lestrange. Któryś z nich, zresztą teraz prowadzących ze sobą dialog.
On sam, choć miał swoje plany na ten wieczór, nie kontrolował sytuacji, bo tak po prawdzie, w jego oczach tak naprawdę nie było, czego kontrolować. Wszyscy tutaj już dawno przekroczyli pewien konkretny wiek. Byli na tyle odpowiedzialni, na ile byli. Czyli często gęsto praktycznie wcale, ale byli dorośli, tak? Mieli zadbać sami o siebie. Być na czas, spóźnić się, przyjść, nie przyjść. Droga wolna.
Być może po sytuacji z zaginięciem Prudence i Romulusa, które zauważyli zdecydowanie dosyć późno, powinni przykładać znacznie większą uwagę do tego, żeby kontrolować otoczenie, jednak nie. W dalszym ciągu tego nie robili.
No, przynajmniej Ambroise nie odczuwał takiej potrzeby. Ktokolwiek chciał zjawić się na ognisku, miał się na nim pojawić. Pod żadnym pozorem, nie była to obowiązkowa część wieczoru. Ot, towarzyskie spotkanie, jakaś tam trochę luźniejsza forma wspólnego spędzenia czasu, być może w pewnym sensie ucieczki od rzeczywistości, wyluzowania po wszystkim, co ostatnio miało miejsce w ich świecie.
Roise raczej spodziewał się, że z tego względu miał tu zobaczyć wszystkich, ale nie zamierzał robić listy zebranych i pilnować tego, czy nikt się nie spóźni. Czekali wyłącznie do konkretnej godziny (choć jeszcze ani razu nie spojrzał na zegarek) może jakieś piętnaście, góra dwadzieścia minut dłużej, zanim pewnie zaczną zbierać się w większą grupę.
Ognisko było już zresztą rozpalone, ogień całkiem nieźle zajął suchą stertę przygotowaną przez skrzaty, dodatkowe gałęzie leżały obok. Na tyle blisko, żeby w razie potrzeby można było łatwo dorzucić je do żaru, ale jednocześnie na tyle daleko, żeby płomienie nie były w stanie samoistnie ich zająć. W końcu jeszcze tego brakowało, by po wszechobecnych pożarach Londynu, zaprószyli jeszcze ogień na podlondyńskich terenach wiejskich.
Mocno powiedziane, bo w żadnym wypadku nie byli pod stolicą, ale przez teleportację różnica w odległości między blisko miasta a względnie w zasięgu szybkiej podróży nie była aż tak odczuwalna, więc byli pod Londynem i zdecydowanie nie chcieli wywołać kolejnych pożarów. Zwłaszcza (jeszcze) na trzeźwo, choć co poniektórzy wpatrywali się w ognisko, jakby mieli ci najmniej zadatek na piromanów.
Tak czy inaczej, wszystko było już mniej więcej gotowe, skrzaty właśnie skończyły dopinać ostatnie detale, wieczór był jeszcze młody. Brakowało jedynie kilku osób, jednak Ambroise nie zwrócił uwagi na to, kogo dokładnie. Zarejestrował wyłącznie nieobecność Geraldine, ale nie miał ani krzty wątpliwości, że jego dziewczyna zaraz pojawi się w zasięgu wzroku, bowiem miał już okazję przelotnie ją zobaczyć.
I rzeczywiście. Nie minęło kilka minut, kiedy dostrzegł jej charakterystyczną sylwetkę zmierzającą w kierunku polany. Nie pomachał do niej ręką, bo akurat dolewał sobie ponczu do kubka, ze zdziwieniem dochodząc do wniosku, że samodzielnie opróżnił już co najmniej jedną trzecią zawartości misy. Nie rzucił też nic głośno, żeby zwrócić na siebie uwagę dziewczyny. Całkiem słusznie założył, że priorytety Geraldine miały być dokładnie takie same jak jego. Ona również postanowiła nalać sobie czegoś do picia, tyle tylko, że zaczęła od razu od mocniejszego alkoholu stojącego na drugim stole.
On w tym czasie nie ruszył się z miejsca (chyba podświadomie zamierzał pilnować swojego ponczu i podejść zadaniowo do wypicia go w całości) unosząc za to kubeczek w toaście, kiedy Yaxleyówna zbliżyła się do jego części stołu. Otworzył usta, żeby powiedzieć coś średnio odkrywczego, może rzucić jakiś komentarz albo stwierdzić, że mogli już niedługo zacząć ognisko, jednak zamiast tego zmarszczył brwi, mrużąc oczy na widok tego, w jaki sposób nawiedził ich Astaroth.
Nie skomentował, zamiast tego rzucił pytające spojrzenie w kierunku Geraldine, po czym upił jeszcze trochę napitku. To była jego wersja zadania pytania o to, jak trzyma się Roth, szczególnie, że nie mieli możliwości wcześniejszego przegadania tego, jak poszły im poszukiwania w lesie. Nie, gdy Yaxleyówna zniknęła z samego rana, wypływając na morze. O to zresztą Roise też jeszcze nie pytał. Jeden temat na raz, nie?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down