08.02.2023, 20:04 ✶
Nie spodziewała się, że tego dnia zjawi się tutaj Sauriel, choć kłamstwem byłoby powiedzenie, że po cichu na to nie liczyła. Nie chciała między nimi takiej atmosfery – takiej, czyli napiętej. Takiej, czyli z poczuciem urazy i bólu, bo ten zdecydowanie wczoraj wystąpił. I była o to na siebie zła, że w ogóle wzięła to do siebie, że przejmuje się gadaniem takiego chama (i prostaka). Ale czyim gadaniem miała się przejmować jak nie akurat jego? Mężczyzny, który – o ile nic się nagle nie zmieni (i śmierć ich nagle nie rozłączy, heh) – miał być jej codziennością? Może mogliby prowadzić dwa różne życia, będąc małżeństwem tylko na papierze, ale Victoria czegoś takiego dla siebie po prostu nie chciała. Skoro już miała w to wszystko wejść, nawet jeśli z przymusu, to mogli chociaż być dla siebie dobrzy, a nie tylko pogłębiać to uczucie beznadziei i samotności. Tym niemniej ona przejęła się jego pijackim gadaniem, obrażaniem jej, tylko trochę mniej pijanej i po słusznej złości, która poprowadziła jej rękę do jego policzka bynajmniej nie w czułym geście, kiedy złość się wypaliła, poczuła dojmujący smutek. Że jest jakimś… obiektem. Klaczą rozpłodową, jak to ujął Sauriel w pierwszym zdaniu, jakie do niej kiedykolwiek będąc sam na sam wypowiedział.
Przyszły narzeczony czy nie… należał jej się jednak szacunek, jakkolwiek sprawa by nie wyglądała i jakie były fakty i oczekiwania w stosunku do niej, do nich. Mało brakowało a by się popłakała po cichym powrocie do domu – a to był już z pewnością wpływ zbyt dużej ilości alkoholu.
Dzisiaj zaś, by zająć czymś swoje rozedrgane myśli, zaszyła się w piwnicy, chcąc zrobić dla siebie zapas eliksiru, by jakiś radzić sobie z uderzająca bezsennością. Zwłaszcza po tak kiepskim tygodniu jak ten, który właśnie mijał. To i chciała też zrobić kilka innych eliksirów, tak na wszelki wypadek. Aurorom zawsze mogło się przydać posiadać kilka z nich w zanadrzu. Zresztą… naprawdę miała też na myśli to, o czym mimochodem rozmawiała jakiś czas temu z Saurielem i czekając pomiędzy kolejnymi etapami warzenia eliksirów, przeglądała księgi wypożyczone z biblioteki, szukając czegokolwiek na… taki ból. Dla niego. Czy bardziej dla niej…?
Więc nie spodziewała się, choć miała nadzieję… jednak zaskoczona, kiedy matka jej przeszkodziła i powiedziała w czym rzecz, wyszła na górę, na parter, żeby dostać się do małego salonu – znanego już zresztą Saurielowi. Zdążyła mu się tylko bardzo pobieżnie przyjrzeć (i zauważyć, że bardzo mu pasował ten strój, mimo wszystko), kiedy mężczyzna wstał i zaczął gadać, jakby chciał to zrobić, zanim się rozmyśli. Urwał, ona chciała mu odpowiedzieć chociaż "cześć", ale wtedy wyciągnął zza pleców…
Coś czego spodziewała się chyba najmniej.
KWIATY.
Dostawała od niego bukiety, a raczej z jego rąk, ale nie od niego – podobały jej się, ale były po prostu gestem grzecznościowym. Ale to… TO. Wiedziała na pierwszy rzut oka, że kwiatki zebrał sam. Że zadał sobie trud. Że w jakiś tam sposób się starał, a nie poszedł na łatwiznę. I wiedziała, że to było coś na czym mu zależało. Zupełnie oniemiała, zapomniawszy języka w gębie, wyciągnęła do niego ręce, żeby odebrać ten bukiet – daleko mu było do idealnego, nawet do dobrego, ale… znaczył bardzo wiele. Nawet jeśli ilość kwiatów się nie zgadzała. Victoria przyjęła go i po prostu się w bukiet zapatrzyła, zupełnie nie kontrolując już teraz mimiki twarzy, a uśmiechnęła się leciutko, jej chłodny wyraz twarzy zdecydowanie się ocieplił. I wtedy Sauriel zaczął paplać dalej, żeby nie robiła mu wykładu, bla bla bla… i kiedy ona po prostu uśmiechała się do kwiatów i nawet je powąchała, gadał dalej.
Dopiero teraz uniosła znad chabrów spojrzenie i spojrzała na Sauriela. Ważąc w głowie jego słowa. Miłe, tak, ale… Smutne. Tak po prostu smutne. Znaczące ni mniej, ni więcej, że to ich życie będzie jeszcze trudniejsze, niż to się już zapowiadało. Ewentualnie mówił tak, bo nie wiedział jak inaczej jej powiedzieć, że mu się nie podoba.
- Dziękuję za kwiaty, dla mnie są piękne – powiedziała w końcu, mocniej ścisnąwszy dłoń na kwiatach. - Przeprosiny przyjęte… – dodała też i spróbowała się już kontrolowanie uśmiechnąć, ale ten uśmiech był już… wyraźnie smutniejszy. Jakiekolwiek intencje miał – nie zmieniało faktu, że było to dla niej smutne, albo po prostu przykre. Na tyle, że jakaś kolejna myśl zawitała do jej głowy, mówiąc znowu, że po co ten ślub, skoro i tak nigdy nie będą mieć ze sobą dzieci. Co to zmienia, co ma na celu i… nie podziękowała więc za ten komplement. Bo jak? "Dzięki, szkoda że cię nie pociągam". Albo "dzięki, taki mi przykro że raz umarłeś"? Ten smutny uśmiech musiał więc… wystarczyć. - Próbujesz mnie przekupić czekoladkami? – zapytała jednak, odkładając na później rozmyślania o tym, co dopiero jej powiedział.
Przyszły narzeczony czy nie… należał jej się jednak szacunek, jakkolwiek sprawa by nie wyglądała i jakie były fakty i oczekiwania w stosunku do niej, do nich. Mało brakowało a by się popłakała po cichym powrocie do domu – a to był już z pewnością wpływ zbyt dużej ilości alkoholu.
Dzisiaj zaś, by zająć czymś swoje rozedrgane myśli, zaszyła się w piwnicy, chcąc zrobić dla siebie zapas eliksiru, by jakiś radzić sobie z uderzająca bezsennością. Zwłaszcza po tak kiepskim tygodniu jak ten, który właśnie mijał. To i chciała też zrobić kilka innych eliksirów, tak na wszelki wypadek. Aurorom zawsze mogło się przydać posiadać kilka z nich w zanadrzu. Zresztą… naprawdę miała też na myśli to, o czym mimochodem rozmawiała jakiś czas temu z Saurielem i czekając pomiędzy kolejnymi etapami warzenia eliksirów, przeglądała księgi wypożyczone z biblioteki, szukając czegokolwiek na… taki ból. Dla niego. Czy bardziej dla niej…?
Więc nie spodziewała się, choć miała nadzieję… jednak zaskoczona, kiedy matka jej przeszkodziła i powiedziała w czym rzecz, wyszła na górę, na parter, żeby dostać się do małego salonu – znanego już zresztą Saurielowi. Zdążyła mu się tylko bardzo pobieżnie przyjrzeć (i zauważyć, że bardzo mu pasował ten strój, mimo wszystko), kiedy mężczyzna wstał i zaczął gadać, jakby chciał to zrobić, zanim się rozmyśli. Urwał, ona chciała mu odpowiedzieć chociaż "cześć", ale wtedy wyciągnął zza pleców…
Coś czego spodziewała się chyba najmniej.
KWIATY.
Dostawała od niego bukiety, a raczej z jego rąk, ale nie od niego – podobały jej się, ale były po prostu gestem grzecznościowym. Ale to… TO. Wiedziała na pierwszy rzut oka, że kwiatki zebrał sam. Że zadał sobie trud. Że w jakiś tam sposób się starał, a nie poszedł na łatwiznę. I wiedziała, że to było coś na czym mu zależało. Zupełnie oniemiała, zapomniawszy języka w gębie, wyciągnęła do niego ręce, żeby odebrać ten bukiet – daleko mu było do idealnego, nawet do dobrego, ale… znaczył bardzo wiele. Nawet jeśli ilość kwiatów się nie zgadzała. Victoria przyjęła go i po prostu się w bukiet zapatrzyła, zupełnie nie kontrolując już teraz mimiki twarzy, a uśmiechnęła się leciutko, jej chłodny wyraz twarzy zdecydowanie się ocieplił. I wtedy Sauriel zaczął paplać dalej, żeby nie robiła mu wykładu, bla bla bla… i kiedy ona po prostu uśmiechała się do kwiatów i nawet je powąchała, gadał dalej.
Dopiero teraz uniosła znad chabrów spojrzenie i spojrzała na Sauriela. Ważąc w głowie jego słowa. Miłe, tak, ale… Smutne. Tak po prostu smutne. Znaczące ni mniej, ni więcej, że to ich życie będzie jeszcze trudniejsze, niż to się już zapowiadało. Ewentualnie mówił tak, bo nie wiedział jak inaczej jej powiedzieć, że mu się nie podoba.
- Dziękuję za kwiaty, dla mnie są piękne – powiedziała w końcu, mocniej ścisnąwszy dłoń na kwiatach. - Przeprosiny przyjęte… – dodała też i spróbowała się już kontrolowanie uśmiechnąć, ale ten uśmiech był już… wyraźnie smutniejszy. Jakiekolwiek intencje miał – nie zmieniało faktu, że było to dla niej smutne, albo po prostu przykre. Na tyle, że jakaś kolejna myśl zawitała do jej głowy, mówiąc znowu, że po co ten ślub, skoro i tak nigdy nie będą mieć ze sobą dzieci. Co to zmienia, co ma na celu i… nie podziękowała więc za ten komplement. Bo jak? "Dzięki, szkoda że cię nie pociągam". Albo "dzięki, taki mi przykro że raz umarłeś"? Ten smutny uśmiech musiał więc… wystarczyć. - Próbujesz mnie przekupić czekoladkami? – zapytała jednak, odkładając na później rozmyślania o tym, co dopiero jej powiedział.