12.06.2025, 17:53 ✶
Henry już miał dosyć. Nie liczył już godzin, które spędził na tych przeklętych ulicach, narażając swoje życie. Zdjęcia robił z jakąś dozą automatyzmu. Emocje potrzebowały chwili, żeby się pojawić. Najbardziej uderzyły, gdy, jak gdyby nigdy nic, zaczął robić zdjęcia otoczonego płomieniami Płomyczka. Ot ciekawostka, kolejny ciekawy moment do "Prorokowych kronik spalonej nocy", czy tam pod jakim tytułem sprzedadzą ten temat. Dopiero po chwili opuścił aparat i przypomniał sobie, że go samego swego czasu dziadkowie posłali właśnie tutaj. Że tam bawił się magiczną ciuchcią i leżakował, a choć wspomnienia tego faktu były mgliste, to powróciły właśnie w tej chwili. Ogień nie dotykał Płomyczka. Co to za różnica? Dzieciaki i tak już dawno wyszły z przedszkola. Henry wolał nie myśleć, co działo się z nimi i z ich rodzinami.
Przechodził dalej ulicą i było coraz gorzej. Już nawet nie czuł, jak dym gryzł go w oczy. Smak i zapach spalenizny przestawały mu tak dokuczać. Chłopak był brudny, wykończony i chciał już po prostu znaleźć się we własnym domu. Odpocząć, umyć się, napić się i zjeść. Przespać ze dwanaście godzin, w dupie mając tą przeklętą robotę. Za te zdjęcia, które im miał dostarczyć i całe łażenie po tym jebanym mieście, powinni byli dać mu trzy tygodnie płatnego urlopu i to najlepiej z pokryciem wycieczki na Wyspy Kanaryjskie.
Tak, myśl o sączeniu drinków na plaży pomagała. Mimo, że było to marzenie ściętej głowy.
— Co za jebane piekło... — powiedział do siebie, po czym przeczyścił rękawem obiektyw aparatu. Cały czas pokrywał go czarny pył. — No już, przyjacielu. W domu zafunduję ci porządniejsze czyszczenie.
Gadał do aparatu. Czyli nie było z nim najlepiej. Świadczyło o tym też to, że zobaczył nagle zmierzającego w swoją stronę cholernego Anthony'ego Shafiqa uwalonego krwią. A może była to czerwona farba? Jakieś barwy wojenne ministerialnych ważniaków?
Na pewno zwariował.
— Ja... słucham? — na początku trochę nie dotarło do niego, że Shafiq mówił akurat do niego. — Em... Nie wiem, jak mógłbym pomóc. Proszę wybaczyć, ale czarodziej ze mnie raczej dość nijaki, mam tylko... — spojrzał na wiszący na swojej szyi aparat fotograficzny i zrozumiał. A przynajmniej tak mu się wydawało.
Propaganda. Miał robić cholerną propagandę. Problem tkwił w tym, że jego finansowe położenie nie pozwalało mu odmówić.
— Proszę mnie tam zaprowadzić i zajmę się tym — powiedział, starając się, by zrezygnowanie za bardzo nie wybrzmiało w jego głosie.
Przechodził dalej ulicą i było coraz gorzej. Już nawet nie czuł, jak dym gryzł go w oczy. Smak i zapach spalenizny przestawały mu tak dokuczać. Chłopak był brudny, wykończony i chciał już po prostu znaleźć się we własnym domu. Odpocząć, umyć się, napić się i zjeść. Przespać ze dwanaście godzin, w dupie mając tą przeklętą robotę. Za te zdjęcia, które im miał dostarczyć i całe łażenie po tym jebanym mieście, powinni byli dać mu trzy tygodnie płatnego urlopu i to najlepiej z pokryciem wycieczki na Wyspy Kanaryjskie.
Tak, myśl o sączeniu drinków na plaży pomagała. Mimo, że było to marzenie ściętej głowy.
— Co za jebane piekło... — powiedział do siebie, po czym przeczyścił rękawem obiektyw aparatu. Cały czas pokrywał go czarny pył. — No już, przyjacielu. W domu zafunduję ci porządniejsze czyszczenie.
Gadał do aparatu. Czyli nie było z nim najlepiej. Świadczyło o tym też to, że zobaczył nagle zmierzającego w swoją stronę cholernego Anthony'ego Shafiqa uwalonego krwią. A może była to czerwona farba? Jakieś barwy wojenne ministerialnych ważniaków?
Na pewno zwariował.
— Ja... słucham? — na początku trochę nie dotarło do niego, że Shafiq mówił akurat do niego. — Em... Nie wiem, jak mógłbym pomóc. Proszę wybaczyć, ale czarodziej ze mnie raczej dość nijaki, mam tylko... — spojrzał na wiszący na swojej szyi aparat fotograficzny i zrozumiał. A przynajmniej tak mu się wydawało.
Propaganda. Miał robić cholerną propagandę. Problem tkwił w tym, że jego finansowe położenie nie pozwalało mu odmówić.
— Proszę mnie tam zaprowadzić i zajmę się tym — powiedział, starając się, by zrezygnowanie za bardzo nie wybrzmiało w jego głosie.