12.06.2025, 21:24 ✶
Ogień – zamarłem na jego widok. Usłyszałem te szepty. A może bardziej je sobie wyobraziłem? Ale... Rozejrzałem się wokół, przelękniony, czy ten ogień, czy ten dym, czy to wszystko... Czy nie płonie dom? Podwórko? Krzaki jeżyn? Wszystko wydawało się być na swoim miejscu, normalne, jak zwykle, ale miałem przeczucie, taki lęk. Już nie pierwszy raz. Jakby zaraz miało się wydarzyć coś strasznego. Coś bardzo przypominającego płonący nocą Londyn.
Zawiało. Przeszedł mnie dreszcz. Wciąż nic się nie działo. Ognisko było normalne. Jak zwykle. Benjy coś tam poprawiał przy drwach. W porządku. Wszystko było w porządku. Popadałem w paranoję. Przez ten cholerny pożar, przez głosy, które mnie wtedy prześladowały... A pewnie i wczorajszy dzień dorzucił swoje. Potrzebowałem odetchnąć. Potrzebowałem odpocząć.
Tylko że to nie było możliwe, kiedy bywało się wśród innych członków Zakonu Penisa.
Pokręciłem głową, chcąc wyrzucić te negatywne myśli. To nie wieczór na rozterki. Poza tym... Wydało mi się, że woła mnie Corio. Biorąc pod uwagę, jak wygodnie się usadowił, zapewne podziwiał nasze dzieło. Wypchnąłem z głowy lęki. Albo przynajmniej odsunąłem je na bok. Przynajmniej na razie. Wstałem i podskoczyłem do niego. Klapnąłem tuż obok, nie przejmując się swoimi jasnymi spodniami. Pewnie i tak dzisiejszej nocy miały przejść przez znacznie więcej. Jak to w naszym życiu bywało.
– I jak ci się podoba jezioro, Corneliusie?! Hmm? – zapytałem z ekscytacją godną Orderu Tego Genialniejszego. Bo tak bywało w naszej relacji – każdy uważał się za mądrzejszego, ale kiedy trzeba było, chowaliśmy urazy i współpracowaliśmy. To między innymi dlatego Cornelius zamieszkał w mojej szafie. I był poniekąd odpowiedzialny za moje zerwanie z Bettany... Ale to wcale nie wynikało z tego, że miał mocniejsze przebicie! Po prostu szanowałem jego gust, zarówno w kwestii garderoby, jak i kobiet na dłuższe pożycie.
– Wpadliśmy z Roisem na ten pomysł, kiedy mi mówił – nachyliłem się konspiracyjnie i ściszyłem głos – że zamierza się dziś oświadczyć... Wiesz, Geraldine – wskazałem z dumą na nasze dzieło. Jezioro. Stało. Nie wylewało się. Nie wsiąkało w teren. Pełen profesjonalizm. Przemyśleliśmy to dobrze.
– Ale to nie wszystko, haha, tylko przysięgnij, że nikomu nie wypaplasz – dodałem z zadziornym uśmiechem, jakbym już wcześniej nie zdradził najważniejszego punktu całego planu. – W sypialni Roise’a są bobry, hahahaha. Prawdziwe, kurwa, bobry. Pewnie jedzą mu łóżko – zachichotałem. Cornelius pobladł czy jednak miał przejąć ode mnie głupawkową beztroskę?
Cóż, z pewnością mój ojciec nie będzie pocieszony, kiedy dotrą do niego faktury zaadresowane na moje nazwisko, elegancko rozpisane przez Corneliusa Lestrange. Jego pismo było już doskonale znane u naszych księgowych. Długo nie trzeba będzie szukać winnych.
Unoszę rękę, dając Kornelkowi znak, by się jeszcze nie odzywał, bo przypomniało mi się coś arcyważnego.
– ZNAJOMCZAKU, GDZIE JEST ŚWINIAK NA ROŻNIE?! UWIJAJ SIĘ, UWIJAJ! – wrzasnąłem, nie widząc nigdzie mojego skrzaciego pomocnika. Po tylu imprezach powinien być już ekspertem w dziedzinie zoologii i organizacji przyjęć.
Odwróciłem się z powrotem do Kornelka i rzuciłem mu zachętę spojrzeniem. Teraz chciałem jego opinii. Była przecież… NAJWAŻNIEJSZA.
Zawiało. Przeszedł mnie dreszcz. Wciąż nic się nie działo. Ognisko było normalne. Jak zwykle. Benjy coś tam poprawiał przy drwach. W porządku. Wszystko było w porządku. Popadałem w paranoję. Przez ten cholerny pożar, przez głosy, które mnie wtedy prześladowały... A pewnie i wczorajszy dzień dorzucił swoje. Potrzebowałem odetchnąć. Potrzebowałem odpocząć.
Tylko że to nie było możliwe, kiedy bywało się wśród innych członków Zakonu Penisa.
Pokręciłem głową, chcąc wyrzucić te negatywne myśli. To nie wieczór na rozterki. Poza tym... Wydało mi się, że woła mnie Corio. Biorąc pod uwagę, jak wygodnie się usadowił, zapewne podziwiał nasze dzieło. Wypchnąłem z głowy lęki. Albo przynajmniej odsunąłem je na bok. Przynajmniej na razie. Wstałem i podskoczyłem do niego. Klapnąłem tuż obok, nie przejmując się swoimi jasnymi spodniami. Pewnie i tak dzisiejszej nocy miały przejść przez znacznie więcej. Jak to w naszym życiu bywało.
– I jak ci się podoba jezioro, Corneliusie?! Hmm? – zapytałem z ekscytacją godną Orderu Tego Genialniejszego. Bo tak bywało w naszej relacji – każdy uważał się za mądrzejszego, ale kiedy trzeba było, chowaliśmy urazy i współpracowaliśmy. To między innymi dlatego Cornelius zamieszkał w mojej szafie. I był poniekąd odpowiedzialny za moje zerwanie z Bettany... Ale to wcale nie wynikało z tego, że miał mocniejsze przebicie! Po prostu szanowałem jego gust, zarówno w kwestii garderoby, jak i kobiet na dłuższe pożycie.
– Wpadliśmy z Roisem na ten pomysł, kiedy mi mówił – nachyliłem się konspiracyjnie i ściszyłem głos – że zamierza się dziś oświadczyć... Wiesz, Geraldine – wskazałem z dumą na nasze dzieło. Jezioro. Stało. Nie wylewało się. Nie wsiąkało w teren. Pełen profesjonalizm. Przemyśleliśmy to dobrze.
– Ale to nie wszystko, haha, tylko przysięgnij, że nikomu nie wypaplasz – dodałem z zadziornym uśmiechem, jakbym już wcześniej nie zdradził najważniejszego punktu całego planu. – W sypialni Roise’a są bobry, hahahaha. Prawdziwe, kurwa, bobry. Pewnie jedzą mu łóżko – zachichotałem. Cornelius pobladł czy jednak miał przejąć ode mnie głupawkową beztroskę?
Cóż, z pewnością mój ojciec nie będzie pocieszony, kiedy dotrą do niego faktury zaadresowane na moje nazwisko, elegancko rozpisane przez Corneliusa Lestrange. Jego pismo było już doskonale znane u naszych księgowych. Długo nie trzeba będzie szukać winnych.
Unoszę rękę, dając Kornelkowi znak, by się jeszcze nie odzywał, bo przypomniało mi się coś arcyważnego.
– ZNAJOMCZAKU, GDZIE JEST ŚWINIAK NA ROŻNIE?! UWIJAJ SIĘ, UWIJAJ! – wrzasnąłem, nie widząc nigdzie mojego skrzaciego pomocnika. Po tylu imprezach powinien być już ekspertem w dziedzinie zoologii i organizacji przyjęć.
Odwróciłem się z powrotem do Kornelka i rzuciłem mu zachętę spojrzeniem. Teraz chciałem jego opinii. Była przecież… NAJWAŻNIEJSZA.