12.06.2025, 22:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.06.2025, 01:34 przez Eden Lestrange.)
Popiół sypiący się z nieba mógłby być piękny; mogłoby być coś poetyckiego w tańcu na środku ulicy, gdy szarobure płaty opadają swawolnie z nieba. Mógłby, gdyby nie był tak cholernie podejrzany.
Eden nie wiedziała, czy to kwestia alkoholu, potańcówki, czy może faktu, że Alastor właśnie usiłował przywołać sowę, która najwyraźniej miała lepsze rzeczy do roboty niż krążenie nad dachem knajpy, ale przez chwilę naprawdę miała ochotę zaśmiać się na głos. Oczywiście, że nie mogło być spokojnie. Oczywiście, że kiedy raz na ruski rok wpakowała się w zwiewną sukienkę i pozwoliła sobie nie myśleć o ojcu, Ministerstwie, trupach i tych wszystkich niewidzialnych granicach, które przestali zauważać - niebo postanowiło się sypać im na głowę.
Przesunęła dłonią po włosach, zerkając na Alastora, który - klasycznie - wyglądał przy tym dokładnie jak zawsze, kiedy coś wisiało w powietrzu: ramiona spięte, spojrzenie jak cięciwa łuku. Gotowy.
I to było zarazem pocieszające i irytujące do granic absurdu.
- No, tośmy popili - zawtórowała zgodnie, ze zmęczoną rezygnacją w głosie. Tą, którą zakładała jak stary płaszcz, kiedy musiała robić coś wbrew własnej woli - znoszony, ciężki od wilgoci i wspomnień, ale zawsze gotowy do akcji.
Eden uniosła brew i spojrzała w górę. Czarne chmury nie wyglądały jak burzowe - były zbyt statyczne. Zbyt... celowe? Wyraźnie nieuformowane przez pogodę. Albo przez przypadek. Miała szczerą nadzieję, że to jedynie czyjś niesmaczny żart, może jakiś okoliczny happening. Niemniej ciężko było jej wyrzucić wspomnienia z Polany, gdzie zastało ich coś, co ma wiele wspólnego z popiołem - ogień.
- Daj jej spokój - mruknęła gwoli sowy, przeciągając sylaby z tym charakterystycznym zniecierpliwieniem i krzywiąc się, gdy gwizdał jej przy uchu. - Jak widzisz, są ciężkie warunki atmosferyczne. Może wpadła w poślizg. - Spojrzała na Alka z uniesionymi brwiami, nie wiedząc już, czy pieprzy od rzeczy z powodu upojenia alkoholem, czy w ramach żałosnej próby rozładowania atmosfery, która progresywnie się zagęszczała. Śmiechy, które jeszcze chwilę temu wypełniały lokal, cichły z każdą minutą. Muzyka, jeszcze grająca, wydawała się oderwana od rzeczywistości, jakby ktoś zapomniał powiedzieć gramofonowi, że świat się kończy. Eden czuła, jak napięcie sączy się w ludzi. Takie ciche, nieoczywiste - to, które poprzedzało krzyk. Albo ucieczkę.
A może jedno i drugie.
Zerknęła na dłoń Alastora, nadal lekko uniesioną, jakby spodziewał się, że sowa jednak przyleci. Nie przyleciała. Na końcu języka miała ironiczną sugestię, że pewnie są otoczeni przez snajperów na dachu, którzy zestrzeliwują ptactwo pocztowe, ale połknęła własne słowa, uznając, że zostaną odebrane dosłownie jako faktyczna możliwość.
- Powinniśmy dostać się na dach - oświadczyła, spoglądając mu prosto w oczy. Obydwoje doskonale znali drogę, choć tym razem u jej końca nie spotkają ich przyjemności. - Może stamtąd dojrzymy twoją sowę. A może nawet, w przypływie szczęścia w nieszczęściu, źródło tych niecodziennych opadów - zasugerowała, odciągając go sugestywnie, acz nie stanowczo, w kierunku schodów na górę. Tak podpowiadała jej logika, stare, raz wyrobione nawyki.
Poczuła, jak coś chłodnego ścieka jej po kręgosłupie. Nie popiół. Przeczucie. Tego się nie dało pomylić.
Zbliżało się coś złego. Może nie tu, nie teraz, ale już w ruchu, już w drodze.
I była prawie pewna, że to nie był przypadek.
Eden nie wiedziała, czy to kwestia alkoholu, potańcówki, czy może faktu, że Alastor właśnie usiłował przywołać sowę, która najwyraźniej miała lepsze rzeczy do roboty niż krążenie nad dachem knajpy, ale przez chwilę naprawdę miała ochotę zaśmiać się na głos. Oczywiście, że nie mogło być spokojnie. Oczywiście, że kiedy raz na ruski rok wpakowała się w zwiewną sukienkę i pozwoliła sobie nie myśleć o ojcu, Ministerstwie, trupach i tych wszystkich niewidzialnych granicach, które przestali zauważać - niebo postanowiło się sypać im na głowę.
Przesunęła dłonią po włosach, zerkając na Alastora, który - klasycznie - wyglądał przy tym dokładnie jak zawsze, kiedy coś wisiało w powietrzu: ramiona spięte, spojrzenie jak cięciwa łuku. Gotowy.
I to było zarazem pocieszające i irytujące do granic absurdu.
- No, tośmy popili - zawtórowała zgodnie, ze zmęczoną rezygnacją w głosie. Tą, którą zakładała jak stary płaszcz, kiedy musiała robić coś wbrew własnej woli - znoszony, ciężki od wilgoci i wspomnień, ale zawsze gotowy do akcji.
Eden uniosła brew i spojrzała w górę. Czarne chmury nie wyglądały jak burzowe - były zbyt statyczne. Zbyt... celowe? Wyraźnie nieuformowane przez pogodę. Albo przez przypadek. Miała szczerą nadzieję, że to jedynie czyjś niesmaczny żart, może jakiś okoliczny happening. Niemniej ciężko było jej wyrzucić wspomnienia z Polany, gdzie zastało ich coś, co ma wiele wspólnego z popiołem - ogień.
- Daj jej spokój - mruknęła gwoli sowy, przeciągając sylaby z tym charakterystycznym zniecierpliwieniem i krzywiąc się, gdy gwizdał jej przy uchu. - Jak widzisz, są ciężkie warunki atmosferyczne. Może wpadła w poślizg. - Spojrzała na Alka z uniesionymi brwiami, nie wiedząc już, czy pieprzy od rzeczy z powodu upojenia alkoholem, czy w ramach żałosnej próby rozładowania atmosfery, która progresywnie się zagęszczała. Śmiechy, które jeszcze chwilę temu wypełniały lokal, cichły z każdą minutą. Muzyka, jeszcze grająca, wydawała się oderwana od rzeczywistości, jakby ktoś zapomniał powiedzieć gramofonowi, że świat się kończy. Eden czuła, jak napięcie sączy się w ludzi. Takie ciche, nieoczywiste - to, które poprzedzało krzyk. Albo ucieczkę.
A może jedno i drugie.
Zerknęła na dłoń Alastora, nadal lekko uniesioną, jakby spodziewał się, że sowa jednak przyleci. Nie przyleciała. Na końcu języka miała ironiczną sugestię, że pewnie są otoczeni przez snajperów na dachu, którzy zestrzeliwują ptactwo pocztowe, ale połknęła własne słowa, uznając, że zostaną odebrane dosłownie jako faktyczna możliwość.
- Powinniśmy dostać się na dach - oświadczyła, spoglądając mu prosto w oczy. Obydwoje doskonale znali drogę, choć tym razem u jej końca nie spotkają ich przyjemności. - Może stamtąd dojrzymy twoją sowę. A może nawet, w przypływie szczęścia w nieszczęściu, źródło tych niecodziennych opadów - zasugerowała, odciągając go sugestywnie, acz nie stanowczo, w kierunku schodów na górę. Tak podpowiadała jej logika, stare, raz wyrobione nawyki.
Poczuła, jak coś chłodnego ścieka jej po kręgosłupie. Nie popiół. Przeczucie. Tego się nie dało pomylić.
Zbliżało się coś złego. Może nie tu, nie teraz, ale już w ruchu, już w drodze.
I była prawie pewna, że to nie był przypadek.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~