13.06.2025, 02:29 ✶
Tak. Oczywiście, że to dostrzegał. Rzecz jasna, nie mógł tego nie widzieć. Nie zamierzał też tego ignorować. Nie był aż tak nieczuły. Mogli nie być z Rothem swoimi największymi fanami, jednak nie zmieniało to faktu, że Roise pamiętał tego dzieciaka z przeszłości. Jeszcze zanim pojawił się między nimi konflikt. Wtedy naprawdę go lubił. Poza tym mieli zostać rodziną. Tym razem dosłownie. A rodzinę należało chronić. Nawet przed samym sobą.
- Dopiero co zaczął odstawiać eliksiry. To może być kwestia najbliższych dwóch tygodni - stwierdził po chwili, również dosyć cichym głosem.
Nie, nie uważał tego za pocieszające. Nie usiłował pokrzepiać tym ani Geraldine, ani siebie. Tak po prawdzie, powiedział to wyłącznie po to, żeby nie pozostawić słów Yaxleyówny w próżni. Odpowiedział, bo potrzebował to zrobić. Zaraz potem wciągnął jednak powietrze w płuca, bardzo powoli kręcąc głową.
- Chwilowo raczej niewiele możemy zrobić - nie dodawał, że poza oczywistym, czyli po prostu znajdowaniem się w okolicy, byciem na miejscu i tak dalej.
Rina z pewnością doskonale wiedziała, że to także miał przy tym na myśli. Ani razu nie zasugerował, że mogliby zostawić Astarotha. Nie zamierzał tego robić. Tyle tylko, że zupełnie nie wiedział, co mógłby na poradzić na to wszystko, co działo się w głowie wampira. Co mogliby na to poradzić. Razem, bowiem to nie był już jednoosobowy problem. Czy tam wyzwanie. Nie. W tym momencie problemy nieżyciowe Astarotha dotyczyły już ich obojga.
Pikuś w tym, że Ambroise nigdy za cholerę nie miał do czynienia z próbami wychowywania jakiegokolwiek nastolatka, co dopiero mówić o takim, który przy okazji mierzył się z wampiryzmem. Nie był dobry w odczytywaniu ludzkiej psychiki. Nie miał zadatków na mentora w innym zakresie niż ten naukowy, jako wykładowca. Już nawet nie myślał o możliwości zakładania własnej rodziny, odłożył rozważania o byciu ojcem, nie widział się w tej roli w momencie, w którym jego własne życie było dosyć mocno chaotyczne. Na niektórych płaszczyznach wręcz całkowicie rozpierdolone.
Nie. W przypadku Greengrassa, najbliższym, o czym Roise mógłby mówić, było mierzenie się z humorami jego własnej przyrodniej siostry, z którą dzieliła ich prawie dekada różnicy wieku. Tyle tylko, że Roselyn nie przechodziła przez żadne zbyt gwałtowne fazy rozwojowe. Praktycznie przez całe życie zachowywała się dokładnie tak samo. Przynajmniej w stosunku do niego. Nie mógł zatem powiedzieć, że zbyt wiele się przy niej nauczył.
Nie, nawet jeśli nie zamierzał tego mówić na głos, był praktycznie tak samo zagubiony i bezradny, jak Geraldine. To, że o tym tak nie rozmawiali, ewidentnie nie zamierzając traktować tego jak swojej faktycznej słabości i braku kompetencji, nie oznaczało, że nie znaleźli się na tym samym wózku. I że ten wózek nie był już zdecydowanie zbyt rozpędzony, aby można było zatrzymać go bez większego wysiłku.
O nie. Zdecydowanie nie. Problemy Rotha z eliksirami nasennymi zapewne miały okazać się wyłącznie wierzchołkiem góry lodowej. Jej najbardziej widoczną częścią. Pod spodem zdecydowanie kryło się znacznie więcej kwestii, którymi musieli zająć się jak najszybciej. Tyle tylko, że może niekoniecznie tego wieczoru.
Nie po to tu byli, czyż nie? Nie to było częścią jego planów. Nie z tego powodu naprawdę starał się, żeby ten wieczór był dopięty niemal na każdej płaszczyźnie. Tak, aby nie mógł okazać się zupełną klapą. Nie przewidział jedynie jednego. Paradoksalnie: tego, co siedziało mu w podświadomości, odkąd zaczęło być również częścią jego nowo-starej rzeczywistości.
Astaroth. No właśnie. Astaroth i jego stany. To nie tyle mogło popsuć cały wieczór, co zdecydowanie cholernie wiele zmienić w nastrojach zgromadzonych tu osób. I nie, nie uważał zaproszenia brata Geraldine za słabe posunięcie. Nie był aż tak zeskurwysyniały, żeby uważać, że Yaxley powinien pozostać zamknięty w piwnicy. Roth zdecydowanie powinien socjalizować się z innymi, wychodzić na zewnątrz i tak dalej.
Po prostu całkowicie wypadło mu to z głowy. Zaaferowany i (będąc zupełnie szczerym) dosyć mocno ujarany przez znaczną większość dnia, po prostu nie uwzględnił żadnego planu na okoliczność potrzeby kontroli nad nastrojem młodego wampira. A przecież powinien założyć, że Astaroth nie pojawi się tu cały rozanielony. Nie dołączy do nich w podskokach, tylko raczej wręcz przeciwnie: gdy pojawił się na ognisku, niemal dosłownie powiało chłodem.
Co gorsza, Roise mógł być o to zły wyłącznie na siebie, choć nic nie przeszkadzało mu przy okazji złapać głębokiego wdechu, tłumiąc chęć zgrzytnięcia zębami. Nie myślał. Tyle planował. Wykształtował jezioro. Namówił Romulusa na bobry. Wysłał Eliasa po mięsne ciasto do Nory Nory. Zajął się niemal wszystkim, czym powinien się zająć. No właśnie. Niemal wszystkim. Tylko nie Rothem.
Ale nie wszystko było jeszcze stracone, prawda? Nie wszystko było stracone. Wieczór był jeszcze młody. Wystarczyło pomyśleć nad tym, co dało się zrobić i wdrożyć te pośpieszne plany w życie. Więc, po prawdzie mówiąc, o ile nie był aktualnie zbyt zadowolony ze sposobu, w jaki ich rozmowa przeszła z toastu do dosyć posępnego zerkania w kierunku ogniska i Astarotha, o tyle może to był odpowiedni moment?
Zawahał się jednak przez chwilę, nie mając zielonego pojęcia, czy powinien zaoferować Geraldine, że może spróbować swoich sił, zrzucając z niej część odpowiedzialności i próbując usiąść obok Rotha. Raczej milcząc, nie usiłując zagadywać go na siłę, ale patrząc, co z tego wyniknie...
...ale niemal w tym samym momencie, gdy już otwierał usta, zauważył ruch w peryferiach wzroku, a gdy przeniósł tam spojrzenie, nie bez początkowego zdziwienia, dostrzegł, że ktoś inny postanowił się tym zająć. Tak właściwie...
...może to miało więcej sensu niż początkowo założył?
- Znają się, nie? - Spytał powoli, powracając spojrzeniem do Geraldine i upijając trochę ponczu, żeby zabić nagłą suchość w gardle, jaka pojawiła się tam cholera wie, skąd.
Może po niedawnym jaraniu. Bo przecież nie z powodu niepokoju. W żadnym wypadku. Po prostu potrzebował jeszcze trochę wypić, żeby osiągnąć ten idealny stan rozluźnienia. Zupełnie jak przed dwoma dniami. Wtedy było świetnie. Teraz też miało być. Nic nie mogło tego zepsuć.
No, chyba że...
...ROMAN, O TY PLOTKARSKI KURWIU.
Prawie zadławił się napojem, tylko cudem nie obdarzając Yaxleyówny zbyt jawnie zszokowanym spojrzeniem, żeby upewnić się, że tego nie słyszała.
ROMULUS?! NO CHYBA BRUTUS, KURWA.
Niech no on tylko...
...tam...
...tak...
...i wtedy ten rożen od świniaka...
...tak...
...i jabłko...
...zdecydowanie...
...jabłko też...
...na sam koniec tego różna...
...tak, żeby znalazło się w japie...
Nim się obejrzał, całkiem dyskretnie wysunął różdżkę z rękawa, machając nią tuż przy udzie i usiłując wycelować wprost w Pottera. Co prawda, świniaka nigdzie nie było, ale może tak dyskretny, niewerbalny Levicorpus? Subtelny, tak na minutę bądź dwie, żeby zawiesić go za kostkę na palmie i pomóc mu przemyśleć swoje zachowanie? W końcu Romek siedział we względnie miękkim miejscu, więc nie miał zbyt mocno jebnąć, gdy ktoś postanowi go zdjąć...
Translokacja (I) - zawieszenie Romulusa na palmie, do góry kostkami, żeby krew mu spłynęła do mózgu i przestał paplać
- Dopiero co zaczął odstawiać eliksiry. To może być kwestia najbliższych dwóch tygodni - stwierdził po chwili, również dosyć cichym głosem.
Nie, nie uważał tego za pocieszające. Nie usiłował pokrzepiać tym ani Geraldine, ani siebie. Tak po prawdzie, powiedział to wyłącznie po to, żeby nie pozostawić słów Yaxleyówny w próżni. Odpowiedział, bo potrzebował to zrobić. Zaraz potem wciągnął jednak powietrze w płuca, bardzo powoli kręcąc głową.
- Chwilowo raczej niewiele możemy zrobić - nie dodawał, że poza oczywistym, czyli po prostu znajdowaniem się w okolicy, byciem na miejscu i tak dalej.
Rina z pewnością doskonale wiedziała, że to także miał przy tym na myśli. Ani razu nie zasugerował, że mogliby zostawić Astarotha. Nie zamierzał tego robić. Tyle tylko, że zupełnie nie wiedział, co mógłby na poradzić na to wszystko, co działo się w głowie wampira. Co mogliby na to poradzić. Razem, bowiem to nie był już jednoosobowy problem. Czy tam wyzwanie. Nie. W tym momencie problemy nieżyciowe Astarotha dotyczyły już ich obojga.
Pikuś w tym, że Ambroise nigdy za cholerę nie miał do czynienia z próbami wychowywania jakiegokolwiek nastolatka, co dopiero mówić o takim, który przy okazji mierzył się z wampiryzmem. Nie był dobry w odczytywaniu ludzkiej psychiki. Nie miał zadatków na mentora w innym zakresie niż ten naukowy, jako wykładowca. Już nawet nie myślał o możliwości zakładania własnej rodziny, odłożył rozważania o byciu ojcem, nie widział się w tej roli w momencie, w którym jego własne życie było dosyć mocno chaotyczne. Na niektórych płaszczyznach wręcz całkowicie rozpierdolone.
Nie. W przypadku Greengrassa, najbliższym, o czym Roise mógłby mówić, było mierzenie się z humorami jego własnej przyrodniej siostry, z którą dzieliła ich prawie dekada różnicy wieku. Tyle tylko, że Roselyn nie przechodziła przez żadne zbyt gwałtowne fazy rozwojowe. Praktycznie przez całe życie zachowywała się dokładnie tak samo. Przynajmniej w stosunku do niego. Nie mógł zatem powiedzieć, że zbyt wiele się przy niej nauczył.
Nie, nawet jeśli nie zamierzał tego mówić na głos, był praktycznie tak samo zagubiony i bezradny, jak Geraldine. To, że o tym tak nie rozmawiali, ewidentnie nie zamierzając traktować tego jak swojej faktycznej słabości i braku kompetencji, nie oznaczało, że nie znaleźli się na tym samym wózku. I że ten wózek nie był już zdecydowanie zbyt rozpędzony, aby można było zatrzymać go bez większego wysiłku.
O nie. Zdecydowanie nie. Problemy Rotha z eliksirami nasennymi zapewne miały okazać się wyłącznie wierzchołkiem góry lodowej. Jej najbardziej widoczną częścią. Pod spodem zdecydowanie kryło się znacznie więcej kwestii, którymi musieli zająć się jak najszybciej. Tyle tylko, że może niekoniecznie tego wieczoru.
Nie po to tu byli, czyż nie? Nie to było częścią jego planów. Nie z tego powodu naprawdę starał się, żeby ten wieczór był dopięty niemal na każdej płaszczyźnie. Tak, aby nie mógł okazać się zupełną klapą. Nie przewidział jedynie jednego. Paradoksalnie: tego, co siedziało mu w podświadomości, odkąd zaczęło być również częścią jego nowo-starej rzeczywistości.
Astaroth. No właśnie. Astaroth i jego stany. To nie tyle mogło popsuć cały wieczór, co zdecydowanie cholernie wiele zmienić w nastrojach zgromadzonych tu osób. I nie, nie uważał zaproszenia brata Geraldine za słabe posunięcie. Nie był aż tak zeskurwysyniały, żeby uważać, że Yaxley powinien pozostać zamknięty w piwnicy. Roth zdecydowanie powinien socjalizować się z innymi, wychodzić na zewnątrz i tak dalej.
Po prostu całkowicie wypadło mu to z głowy. Zaaferowany i (będąc zupełnie szczerym) dosyć mocno ujarany przez znaczną większość dnia, po prostu nie uwzględnił żadnego planu na okoliczność potrzeby kontroli nad nastrojem młodego wampira. A przecież powinien założyć, że Astaroth nie pojawi się tu cały rozanielony. Nie dołączy do nich w podskokach, tylko raczej wręcz przeciwnie: gdy pojawił się na ognisku, niemal dosłownie powiało chłodem.
Co gorsza, Roise mógł być o to zły wyłącznie na siebie, choć nic nie przeszkadzało mu przy okazji złapać głębokiego wdechu, tłumiąc chęć zgrzytnięcia zębami. Nie myślał. Tyle planował. Wykształtował jezioro. Namówił Romulusa na bobry. Wysłał Eliasa po mięsne ciasto do Nory Nory. Zajął się niemal wszystkim, czym powinien się zająć. No właśnie. Niemal wszystkim. Tylko nie Rothem.
Ale nie wszystko było jeszcze stracone, prawda? Nie wszystko było stracone. Wieczór był jeszcze młody. Wystarczyło pomyśleć nad tym, co dało się zrobić i wdrożyć te pośpieszne plany w życie. Więc, po prawdzie mówiąc, o ile nie był aktualnie zbyt zadowolony ze sposobu, w jaki ich rozmowa przeszła z toastu do dosyć posępnego zerkania w kierunku ogniska i Astarotha, o tyle może to był odpowiedni moment?
Zawahał się jednak przez chwilę, nie mając zielonego pojęcia, czy powinien zaoferować Geraldine, że może spróbować swoich sił, zrzucając z niej część odpowiedzialności i próbując usiąść obok Rotha. Raczej milcząc, nie usiłując zagadywać go na siłę, ale patrząc, co z tego wyniknie...
...ale niemal w tym samym momencie, gdy już otwierał usta, zauważył ruch w peryferiach wzroku, a gdy przeniósł tam spojrzenie, nie bez początkowego zdziwienia, dostrzegł, że ktoś inny postanowił się tym zająć. Tak właściwie...
...może to miało więcej sensu niż początkowo założył?
- Znają się, nie? - Spytał powoli, powracając spojrzeniem do Geraldine i upijając trochę ponczu, żeby zabić nagłą suchość w gardle, jaka pojawiła się tam cholera wie, skąd.
Może po niedawnym jaraniu. Bo przecież nie z powodu niepokoju. W żadnym wypadku. Po prostu potrzebował jeszcze trochę wypić, żeby osiągnąć ten idealny stan rozluźnienia. Zupełnie jak przed dwoma dniami. Wtedy było świetnie. Teraz też miało być. Nic nie mogło tego zepsuć.
No, chyba że...
...ROMAN, O TY PLOTKARSKI KURWIU.
Prawie zadławił się napojem, tylko cudem nie obdarzając Yaxleyówny zbyt jawnie zszokowanym spojrzeniem, żeby upewnić się, że tego nie słyszała.
ROMULUS?! NO CHYBA BRUTUS, KURWA.
Niech no on tylko...
...tam...
...tak...
...i wtedy ten rożen od świniaka...
...tak...
...i jabłko...
...zdecydowanie...
...jabłko też...
...na sam koniec tego różna...
...tak, żeby znalazło się w japie...
Nim się obejrzał, całkiem dyskretnie wysunął różdżkę z rękawa, machając nią tuż przy udzie i usiłując wycelować wprost w Pottera. Co prawda, świniaka nigdzie nie było, ale może tak dyskretny, niewerbalny Levicorpus? Subtelny, tak na minutę bądź dwie, żeby zawiesić go za kostkę na palmie i pomóc mu przemyśleć swoje zachowanie? W końcu Romek siedział we względnie miękkim miejscu, więc nie miał zbyt mocno jebnąć, gdy ktoś postanowi go zdjąć...
Translokacja (I) - zawieszenie Romulusa na palmie, do góry kostkami, żeby krew mu spłynęła do mózgu i przestał paplać
Rzut O 1d100 - 51
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Rzut O 1d100 - 35
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down