08.02.2023, 22:22 ✶
Trudno było zaprzeczyć, że to będzie trudna relacja. Taka, która wymagała mnóstwa wyrzeczeń, ale również która będzie testować granice, przesuwać je, łamać… Uważała się za silną osobę, przynajmniej do tej pory, pogoń za czarnoksiężnikami wymagała w końcu stalowych nerwów, ale to nie był dom ani żadne więzy. One stały teraz przed nią i przepraszały za gówniarskie zachowanie i urazę, którą poczuła, ewakuując się z cmentarza bez słowa. To, że rano wysłuchała kazania niewiele zmieniło, bo tak – nie poszli do restauracji ALE spędzili ten czas razem, więc ostatecznie intencja została nienaruszona.
– Wypełniacz, to niekoniecznie trawa… - powiedziała to odruchowo, ale ugryzła się w język. Po pierwsze dlatego, że prosił bez wykładu, a po drugie – już mu to mówiła. Półtorej miesiąca temu. - Są piękne. Ale lepiej żeby rosły w swoim miejscu, a nie pomiędzy innymi kwiatami – w pewnym sensie były chwastami, bo zabierały witaminy kwiatom, które zostały w konkretnym miejscu posadzone i się nie dziwiła, że Anna je wyrywała. Ale nie znaczyło to, że te „chwasty” nie były urokliwe – bo były. A przede wszystkim zostały zebrane z jak najlepszą intencją i, ha!, od serca – tego samego, którego twierdził, że nie posiada. - Po prostu chcesz mnie utuczyć – to był żart, miał być żart, ale ton jakim to powiedziała… w połączeniu z tym smutnym uśmiechem niezbyt chyba wyszło tak, jak miało. Tak, dotarło do niej… poniekąd. W sensie o tym, że dzieci z tego nie będzie to wiedziała od początku i jakoś pomalutku się z tym godziła. Tyle, że ludzie mieli jakieś tam swoje potrzeby tak czy siak, nie miała pojęcia jak to będzie, ale dopuszczała przecież myśl, że nawet pomimo braku dzieci, to pewnie to małżeństwo będzie wyglądało… może mniej standardowo biorąc pod uwagę łaknienie krwi, ale na tyle normalnie na ile się będzie dało. Na pewno nie chciała być jakąś… kulą u nogi. Niechcianym elementem. Kimś, na kogo patrzenie wywołuje wewnętrzny ból. Chciała być adorowana, oczywiście, że tak. Chciała chcieć wracać do domu. Chciała być w nim chciana, oczekiwana. Chciała się podobać. Chciała tego ciepła, którego tak brakowało przez całe życie. Z pewnością jednak nie chciała małżeństwa na papierze, nazwiska zamiast obecnego, i życia z jeszcze kimś innym.
Znowu nie wiedziała co ma mu powiedzieć. „Nie ma za co”? „Nic nie szkodzi”? To nie była przecież prawda. Tyle, że te przeprosiny nic nie znaczyły – a miała wrażenie, że Sauriel teraz mówi o czymś innym niż wcześniej. Tym bardziej, że już mu powiedziała, że przyjmuje przeprosiny, bardzo więc nie sądziła, że akurat on ciągnąłby dalej temat, który już jest skończony. Nie był tłukiem, to już wiedzieli, a ona nie chciała też obrażać jego inteligencji i walić teraz głupa, i pytać „hihih, ale za co, Sauriel?”. Nie. Zamiast tego westchnęła wyraźnie, spuściła z niego spojrzenie i na dwie sekundy, tylko na tyle, przymknęła oczy. Musiała czymś bardzo obrazić opatrzność, skoro tak ją teraz karała. Najpierw jeden narzeczony, z którym nawet nie mogła wytrzymać. Teraz drugi, którego polubiła, a…
Wszystko szło nie tak jak miało.
Albo to może przez brak dostatecznej ilości snu?
- Potrafię mieć tysiąc myśli na sekundę, ale nie wszystkie nadają się do wypowiedzenia na głos – wiele razy już zastanawiała się o różne kwestie związane z wampiryzmem Sauriela na przykład. Z kompletnie naukowego punktu widzenia – a przecież żadnym naukowcem nie była. Była za to bardzo ciekawa. Sądziła jednak, że nie o tym mówi teraz Sauriel. - Nie wiedziałabym nawet od czago zacząć – uśmiechnęła się leciutko. - Jak nie masz nic lepszego do roboty to możesz posiedzieć ze mną w piwnicy, może mnie przy okazji natchnie – na zadanie jakiegoś pytania oczywiście. Nawet się nie zreflektowała jak dziwnie to musiało brzmieć. - Jestem właśnie w trakcie warzenia eliksirów, powinnam ich przypilnować – nie wyganiała go, wręcz przeciwnie. To była raczej sugestia, że może z nią trochę czasu spędzić… o ile w ogóle chciał. Miała wrażenie, że jak teraz zostanie sama, to naprawdę się rozklei, co będzie poniżej jej godności.
– Wypełniacz, to niekoniecznie trawa… - powiedziała to odruchowo, ale ugryzła się w język. Po pierwsze dlatego, że prosił bez wykładu, a po drugie – już mu to mówiła. Półtorej miesiąca temu. - Są piękne. Ale lepiej żeby rosły w swoim miejscu, a nie pomiędzy innymi kwiatami – w pewnym sensie były chwastami, bo zabierały witaminy kwiatom, które zostały w konkretnym miejscu posadzone i się nie dziwiła, że Anna je wyrywała. Ale nie znaczyło to, że te „chwasty” nie były urokliwe – bo były. A przede wszystkim zostały zebrane z jak najlepszą intencją i, ha!, od serca – tego samego, którego twierdził, że nie posiada. - Po prostu chcesz mnie utuczyć – to był żart, miał być żart, ale ton jakim to powiedziała… w połączeniu z tym smutnym uśmiechem niezbyt chyba wyszło tak, jak miało. Tak, dotarło do niej… poniekąd. W sensie o tym, że dzieci z tego nie będzie to wiedziała od początku i jakoś pomalutku się z tym godziła. Tyle, że ludzie mieli jakieś tam swoje potrzeby tak czy siak, nie miała pojęcia jak to będzie, ale dopuszczała przecież myśl, że nawet pomimo braku dzieci, to pewnie to małżeństwo będzie wyglądało… może mniej standardowo biorąc pod uwagę łaknienie krwi, ale na tyle normalnie na ile się będzie dało. Na pewno nie chciała być jakąś… kulą u nogi. Niechcianym elementem. Kimś, na kogo patrzenie wywołuje wewnętrzny ból. Chciała być adorowana, oczywiście, że tak. Chciała chcieć wracać do domu. Chciała być w nim chciana, oczekiwana. Chciała się podobać. Chciała tego ciepła, którego tak brakowało przez całe życie. Z pewnością jednak nie chciała małżeństwa na papierze, nazwiska zamiast obecnego, i życia z jeszcze kimś innym.
Znowu nie wiedziała co ma mu powiedzieć. „Nie ma za co”? „Nic nie szkodzi”? To nie była przecież prawda. Tyle, że te przeprosiny nic nie znaczyły – a miała wrażenie, że Sauriel teraz mówi o czymś innym niż wcześniej. Tym bardziej, że już mu powiedziała, że przyjmuje przeprosiny, bardzo więc nie sądziła, że akurat on ciągnąłby dalej temat, który już jest skończony. Nie był tłukiem, to już wiedzieli, a ona nie chciała też obrażać jego inteligencji i walić teraz głupa, i pytać „hihih, ale za co, Sauriel?”. Nie. Zamiast tego westchnęła wyraźnie, spuściła z niego spojrzenie i na dwie sekundy, tylko na tyle, przymknęła oczy. Musiała czymś bardzo obrazić opatrzność, skoro tak ją teraz karała. Najpierw jeden narzeczony, z którym nawet nie mogła wytrzymać. Teraz drugi, którego polubiła, a…
Wszystko szło nie tak jak miało.
Albo to może przez brak dostatecznej ilości snu?
- Potrafię mieć tysiąc myśli na sekundę, ale nie wszystkie nadają się do wypowiedzenia na głos – wiele razy już zastanawiała się o różne kwestie związane z wampiryzmem Sauriela na przykład. Z kompletnie naukowego punktu widzenia – a przecież żadnym naukowcem nie była. Była za to bardzo ciekawa. Sądziła jednak, że nie o tym mówi teraz Sauriel. - Nie wiedziałabym nawet od czago zacząć – uśmiechnęła się leciutko. - Jak nie masz nic lepszego do roboty to możesz posiedzieć ze mną w piwnicy, może mnie przy okazji natchnie – na zadanie jakiegoś pytania oczywiście. Nawet się nie zreflektowała jak dziwnie to musiało brzmieć. - Jestem właśnie w trakcie warzenia eliksirów, powinnam ich przypilnować – nie wyganiała go, wręcz przeciwnie. To była raczej sugestia, że może z nią trochę czasu spędzić… o ile w ogóle chciał. Miała wrażenie, że jak teraz zostanie sama, to naprawdę się rozklei, co będzie poniżej jej godności.