13.06.2025, 22:50 ✶
Jak zwykle Lestrange był zazdrosny, że sam nie wpadł na tak genialne pomysły i nie zrealizował ich z nami, stąd zachowywał się jak gbur, liczydupa i ponurak w jednym. Pewnie winne było to jego, hmm, przeświadczenie, że znajduje się wyżej w hierarchii inteligencji niż my, ale nie! Mylił się srogo. Mógłbym się założyć, że gdyby to on zabrał się za robienie jeziora, to by mu wsiąkło. Nasze nie wsiąkało. Było widać, że nie wsiąkało. Stało sobie dumnie jak basen w spa dla smoków. Skrzat nawet dodał takie fajne fale, żeby wyglądało na bardziej żywe, więc... NIE! Nie mogłem sobie pozwolić na to, by ktoś mi wbił do głowy, że to jakaś odklejka albo finansowa katastrofa. To był sukces. Sukces przez wielkie S, migoczący brokatem i spełnieniem.
Zresztą, najważniejsze było, żeby ten świniak nam wjechał, bo zaraz się okaże, że będziemy go mieli dobrze upieczonego dopiero na śniadanie! A tak być nie mogło!!! Co jak co, ale świnia na śniadanie?! ZBRODNIA.
Odwróciłem się do Kornelka. Już zdążyłem zapomnieć, co mówił, ale coś niecoś jednak zostało. Migawki, słowa-klucze, może też to, że wyglądał jakby próbował być rozsądny. I po co? Na co to komu w tak uroczy wieczór?!
– Dzieło – to mi wystarczy, a resztę słów wrzucam do kosza. Wiesz, że szczęścia nie liczy się pieniędzmi, tylkoooo... aaaah... CORIO, RATUUUJ! – zacząłem z werwą i rozmachaną dłonią wywód jakże akademicki, ale nie dane mi było dokończyć wykładu na temat spełniania marzeń i ich wpływu na jednostkę oraz społeczeństwo, bo zaczęło mnie coś porywać. Zdecydowanie magicznego. Moje buty oderwały się od ziemi, powietrze zawirowało jak w kotle eliksirów, a ja poczułem ten nieprzyjemny uczuć w żołądku: ktoś mnie lewitował. Albo przynajmniej próbował.
Mogłem się założyć, że to sprawka Prudencji. Prudencja była... no cóż, pojebana ostro. Psychopatyczna i depresyjna. Tak despersyjna, że wręcz uczuciowo martwa. Jakby wyszła z książki o pogrzebach dla dusz, które się nie narodziły. Nie znała stylu. Nie znała żartu. Nie znała też litości. To było przerażające.
Spróbowałem chwycić się Corneliusa, złapać go za ramię, za pelerynę, za duszę, cokolwiek, byle mnie nie porwało w nieznane. Nie byłem gotowy. Byłem zbyt piękny, by pozbawiać tę planetę mojej urody. Zbyt wspaniały, by kończyć swój występ przed publicznością. Jeszcze nie czas! Jeszcze nie pora! Jeszcze nie dziś, galaktyko!
| Rzucam na AF w celu złapania się Corneliusa albo chociaż jego leżaka.
Zresztą, najważniejsze było, żeby ten świniak nam wjechał, bo zaraz się okaże, że będziemy go mieli dobrze upieczonego dopiero na śniadanie! A tak być nie mogło!!! Co jak co, ale świnia na śniadanie?! ZBRODNIA.
Odwróciłem się do Kornelka. Już zdążyłem zapomnieć, co mówił, ale coś niecoś jednak zostało. Migawki, słowa-klucze, może też to, że wyglądał jakby próbował być rozsądny. I po co? Na co to komu w tak uroczy wieczór?!
– Dzieło – to mi wystarczy, a resztę słów wrzucam do kosza. Wiesz, że szczęścia nie liczy się pieniędzmi, tylkoooo... aaaah... CORIO, RATUUUJ! – zacząłem z werwą i rozmachaną dłonią wywód jakże akademicki, ale nie dane mi było dokończyć wykładu na temat spełniania marzeń i ich wpływu na jednostkę oraz społeczeństwo, bo zaczęło mnie coś porywać. Zdecydowanie magicznego. Moje buty oderwały się od ziemi, powietrze zawirowało jak w kotle eliksirów, a ja poczułem ten nieprzyjemny uczuć w żołądku: ktoś mnie lewitował. Albo przynajmniej próbował.
Mogłem się założyć, że to sprawka Prudencji. Prudencja była... no cóż, pojebana ostro. Psychopatyczna i depresyjna. Tak despersyjna, że wręcz uczuciowo martwa. Jakby wyszła z książki o pogrzebach dla dusz, które się nie narodziły. Nie znała stylu. Nie znała żartu. Nie znała też litości. To było przerażające.
Spróbowałem chwycić się Corneliusa, złapać go za ramię, za pelerynę, za duszę, cokolwiek, byle mnie nie porwało w nieznane. Nie byłem gotowy. Byłem zbyt piękny, by pozbawiać tę planetę mojej urody. Zbyt wspaniały, by kończyć swój występ przed publicznością. Jeszcze nie czas! Jeszcze nie pora! Jeszcze nie dziś, galaktyko!
| Rzucam na AF w celu złapania się Corneliusa albo chociaż jego leżaka.
Rzut N 1d100 - 56
Sukces!
Sukces!
Rzut N 1d100 - 87
Sukces!
Sukces!