14.06.2025, 01:02 ✶
To zdecydowanie nie był idealny moment na prowadzenie takiej rozmowy, jednak czy tak naprawdę kiedykolwiek miała być na to właściwa chwila? No właśnie. Tymczasem problem zrobił się na tyle poważny, że nie dało się go ignorować. Nie można było odwrócić wzroku, zamknąć oczu. To znaczy, może inaczej: to wciąż było dopuszczalne, ale nie dla nich. Oni byli w tym zbyt głęboko, bezpośrednio ich to dotyczyło.
Ich. Razem. Oczywiście, że musieli o tym rozmawiać. Nawet jeśli aktualnie nie mieli zbyt dużego pola do manewru. Zrobili, co mogli zrobić. Reszta tymczasowego planu opierała się głównie na czekaniu. Tym bardziej, jeśli Yaxley raczej nie chciał współpracować w zakresie otrzymania pomocy.
- Pewnie masz rację - odparł zupełnie wprost, nie zamierzając owijać w bawełnę, bowiem nie to przecież obiecywali sobie nawzajem.
Nie mieli się okłamywać. Dosyć jasno ustalili, że będą ze sobą całkowicie szczerzy. Oczywiście, Ambroise nie chciał być w tym brutalny, jednak nie zamierzał też mówić, że do powrotu do pełni szczęścia, zdrowia i spokoju ducha, Astarothowi wystarczy wyłącznie odstawienie eliksirów nasennych.
Nałogi skądś się brały, czyż nie? Skoro Roth był uzależniony, już wcześniej musiał mieć jakieś problemy, które go do tego pchnęły. Mogli pomóc mu w odstawieniu szkodliwych substancji, ale to był wyłącznie wierzchołek góry lodowej. Całą resztę dopiero odkrywali.
- Co? - Spytał w pierwszej chwili, bardzo nieznacznie mrużąc oczy i mrugając powoli, gdy dotarło do niego to, że Geraldine w istocie miała rację.
Być może nie znał się jakoś wybitnie w genealogii czystokrwistych rodów. Jasne, miał pewną wiedzę na temat powiązań między konkretnymi ludźmi. Część wyniósł jeszcze z dzieciństwa, które spędzał w towarzystwie licznych kuzynek i starych ciotek, przez co, rzecz jasna, nie ominęły go towarzyskie plotki. Ten to z tym. Tamten tamto z tamtym. A ten prawdopodobnie jednak nie jest od tego, bo wygląda jak skrzyżowanie tej z tamtym. Później, chcąc nie chcąc, miał okazję dodatkowo uzupełnić mimochodem nabytą wiedzę, stając się oficjalną częścią salonowego towarzystwa tudzież wykonując prywatną część praktyki lekarskiej.
Tak po prawdzie, gdyby dobrze pomyślał, pewnie dysponowałby całkiem szerokim zakresem niejawnych informacji, za które co poniektórzy pewnie dałoby się pokroić. Jednakże Ambroise raczej nie był plotkarzem. Nie wnikał zbyt głęboko w tematy, które nie wydawały mu się ani ciekawe, ani przydatne. Jeżeli już kłopotał się głębszym wnikaniem w cudze sprawy i sekrety, to tylko dlatego, że widział w tym jakąś konkretną korzyść. Na teraz czy na później. To już nie miało aż takiego znaczenia.
Najważniejsze, że musiał faktycznie chcieć zajmować sobie głowę zakatalogowaniem i zarchiwizowaniem danej informacji, żeby później móc ot tak w odpowiednim momencie wyciągnąć ją z głowy. W innym przypadku miewał przebłyski, jak chyba każdy, łączył przypadkowe fakty, od czasu do czasu rzeczywiście robił ach, rzeczywiście. I to był właśnie taki moment.
Bowiem wcześniej nie dokonał tego odkrycia. Nie dodał dwa do dwóch, nie wyszło mu z tego ani pięć, ani tym bardziej cztery. Nawet jeśli zaledwie kilka dni wcześniej prowadził z Yaxleyówną rozmowę o Rookwoodach, za cholerę nie pamiętał, że tych dwoje (no, troje) teoretycznie łączy naprawdę bliskie pokrewieństwo. Cóż. Nie był jednak jakoś specjalnie zdziwiony tym, że ten fakt nie przyszedł mu do głowy zanim Geraldine nie wspomniała o ich rodzinnych koligacjach.
Z tego, co było mu wiadomo (i odnośnie czego nagle go olśniło) matka jego przyjaciela nie chwaliła się swoimi krewniakami. Nie utrzymywali kontaktów, przynajmniej przed laty, więc to nie było coś, co każdy od razu by skojarzył. Ambroise kiwnął głową, jednak mimo to wydał przy tym z siebie coś w rodzaju przelotnego hm, po czym dodał.
- Mimo wszystko, to wciąż ciekawe, że tak łatwo się rozpoznali - szczególnie, że Benjy nie przebywał w Wielkiej Brytanii od prawie piętnastu lat.
A przynajmniej właśnie tak mówił, czego Roise nijak nie kwestionował. Mimo to, ci dwaj ewidentnie zachowywali się tak, jakby mieli całkiem bliską relację. Jakby byli dobrymi kolegami. Przynajmniej z tego, co zdążył dostrzec Greengrass.
Zamierzał zresztą dodać coś w tej materii, ale wtedy do jego uszu dotarły słowa Romulusa, tego zdrajcy.
Niby człowiek wiedział, a jednak trochę się łudził, czyż nie?
Teoretycznie zdawał sobie sprawę z długiego ozora, jakim Matka Natura obdarzyła Pottera. Ewentualnie, jaki wspomniany Romek sam sobie wykształcił na skutek potrzeby dostosowania się do warunków, w których (o ironio) wychował się także Roise. Mogli nie być bezpośrednio spokrewnieni. Mogli nie mieć do czynienia z tymi samymi wzorcami rodowymi. Jednak obu w głównej mierze wychowały guwernantki, kuzynki, ciotki, babki i tak dalej. Całe łoże plotkar i zastępy towarzyskich sępów. Tyle tylko, że osiągnięte efekty tej edukacji były skrajnie przeciwne.
Nie mógł dopuścić do tego, żeby Romulus przez swój długaśny ozor pokrzyżował mu plany. Jakie? Kurwa, chyba jednak nie sprytne, skoro Ambroise uwzględnił w nich kogoś, kto być może był ekspertem od organizacji wydarzeń, ale jednocześnie nie potrafił trzymać języka za zębami, gdy to było niezbędne. Powinien pamiętać, że z Romanem nie należy dzielić się sekretami, nawet w wielokrotnie podkreślanym zaufaniu.
Oczywiście, Roise nie wątpił w to, że Cornelius nie miał pójść w ślady ich wspólnego kumpla i zacząć na prawo i na lewo rozpowiadać o tym, jakie są dalsze wizje dotyczące rozwoju wieczoru. Jednak fakt faktem, skoro Ambroise słyszał wypowiedź Romulusa skierowaną do Corio, Geraldine mogła zwrócić uwagę dokładnie na to samo.
Szczęście w nieszczęściu, chyba tego nie zrobiła, jednak Greengrass nie zamierzał ryzykować, że to jeszcze nie koniec romkowych przechwałek. Skoro zatem jego przyjaciel przyczynił się do tego, aby wytrącić go z równowagi, on zamierzał uczynić dokładnie to samo. Nie wahał się ani przez chwilę. Dyskretnie wyciągnął różdżkę, machnął nią tuż przy nodze, celując w Romka i...
...oto mieli pokaz lewitacji. Nawet jeśli nie do końca taki, jak był przezeń oczekiwany, bowiem zaklęcie nie trafiło w Pottera z całą przewidzianą mocą. Roman nie uniósł się na pełnej pizdzie, nie wzleciał tuż pod same liście palmy. Roślina nie zagilgotała go w kostki. Co gorsza, zaczął chwytać Lestrange'a, pragnąc dzięki temu zostać na ziemi.
Nie, nie mógł wykpić się tak łatwo. Dostrzegając przelotne spojrzenie, jakie Yaxleyówna posłała w kierunku ręki, którą trzymał różdżkę, dyskretnie wzruszył ramionami. Nie zamierzał tego komentować. Miał swoje powody, aby pokazać Romanowi, że nawet na tych magicznych palmach nie rosną ananasy.
I zdecydowanie nie zamierzał tak łatwo odpuścić. Pochylił się lekko, przyjmując trochę wygodniejszą, ale wciąż skrytą pozycję, po czym ponowił próbę. Usiłował wyglądać zupełnie niewinnie, jednak jednocześnie całkowicie skupić się na tym, żeby zaklęcie wyszło mu zdecydowanie lepiej. Mocniej, bardziej porywczo.
Translokacja (I) - dalej to samo: mocniejsze poderwanie Romka do góry kostkami
Ich. Razem. Oczywiście, że musieli o tym rozmawiać. Nawet jeśli aktualnie nie mieli zbyt dużego pola do manewru. Zrobili, co mogli zrobić. Reszta tymczasowego planu opierała się głównie na czekaniu. Tym bardziej, jeśli Yaxley raczej nie chciał współpracować w zakresie otrzymania pomocy.
- Pewnie masz rację - odparł zupełnie wprost, nie zamierzając owijać w bawełnę, bowiem nie to przecież obiecywali sobie nawzajem.
Nie mieli się okłamywać. Dosyć jasno ustalili, że będą ze sobą całkowicie szczerzy. Oczywiście, Ambroise nie chciał być w tym brutalny, jednak nie zamierzał też mówić, że do powrotu do pełni szczęścia, zdrowia i spokoju ducha, Astarothowi wystarczy wyłącznie odstawienie eliksirów nasennych.
Nałogi skądś się brały, czyż nie? Skoro Roth był uzależniony, już wcześniej musiał mieć jakieś problemy, które go do tego pchnęły. Mogli pomóc mu w odstawieniu szkodliwych substancji, ale to był wyłącznie wierzchołek góry lodowej. Całą resztę dopiero odkrywali.
- Co? - Spytał w pierwszej chwili, bardzo nieznacznie mrużąc oczy i mrugając powoli, gdy dotarło do niego to, że Geraldine w istocie miała rację.
Być może nie znał się jakoś wybitnie w genealogii czystokrwistych rodów. Jasne, miał pewną wiedzę na temat powiązań między konkretnymi ludźmi. Część wyniósł jeszcze z dzieciństwa, które spędzał w towarzystwie licznych kuzynek i starych ciotek, przez co, rzecz jasna, nie ominęły go towarzyskie plotki. Ten to z tym. Tamten tamto z tamtym. A ten prawdopodobnie jednak nie jest od tego, bo wygląda jak skrzyżowanie tej z tamtym. Później, chcąc nie chcąc, miał okazję dodatkowo uzupełnić mimochodem nabytą wiedzę, stając się oficjalną częścią salonowego towarzystwa tudzież wykonując prywatną część praktyki lekarskiej.
Tak po prawdzie, gdyby dobrze pomyślał, pewnie dysponowałby całkiem szerokim zakresem niejawnych informacji, za które co poniektórzy pewnie dałoby się pokroić. Jednakże Ambroise raczej nie był plotkarzem. Nie wnikał zbyt głęboko w tematy, które nie wydawały mu się ani ciekawe, ani przydatne. Jeżeli już kłopotał się głębszym wnikaniem w cudze sprawy i sekrety, to tylko dlatego, że widział w tym jakąś konkretną korzyść. Na teraz czy na później. To już nie miało aż takiego znaczenia.
Najważniejsze, że musiał faktycznie chcieć zajmować sobie głowę zakatalogowaniem i zarchiwizowaniem danej informacji, żeby później móc ot tak w odpowiednim momencie wyciągnąć ją z głowy. W innym przypadku miewał przebłyski, jak chyba każdy, łączył przypadkowe fakty, od czasu do czasu rzeczywiście robił ach, rzeczywiście. I to był właśnie taki moment.
Bowiem wcześniej nie dokonał tego odkrycia. Nie dodał dwa do dwóch, nie wyszło mu z tego ani pięć, ani tym bardziej cztery. Nawet jeśli zaledwie kilka dni wcześniej prowadził z Yaxleyówną rozmowę o Rookwoodach, za cholerę nie pamiętał, że tych dwoje (no, troje) teoretycznie łączy naprawdę bliskie pokrewieństwo. Cóż. Nie był jednak jakoś specjalnie zdziwiony tym, że ten fakt nie przyszedł mu do głowy zanim Geraldine nie wspomniała o ich rodzinnych koligacjach.
Z tego, co było mu wiadomo (i odnośnie czego nagle go olśniło) matka jego przyjaciela nie chwaliła się swoimi krewniakami. Nie utrzymywali kontaktów, przynajmniej przed laty, więc to nie było coś, co każdy od razu by skojarzył. Ambroise kiwnął głową, jednak mimo to wydał przy tym z siebie coś w rodzaju przelotnego hm, po czym dodał.
- Mimo wszystko, to wciąż ciekawe, że tak łatwo się rozpoznali - szczególnie, że Benjy nie przebywał w Wielkiej Brytanii od prawie piętnastu lat.
A przynajmniej właśnie tak mówił, czego Roise nijak nie kwestionował. Mimo to, ci dwaj ewidentnie zachowywali się tak, jakby mieli całkiem bliską relację. Jakby byli dobrymi kolegami. Przynajmniej z tego, co zdążył dostrzec Greengrass.
Zamierzał zresztą dodać coś w tej materii, ale wtedy do jego uszu dotarły słowa Romulusa, tego zdrajcy.
Niby człowiek wiedział, a jednak trochę się łudził, czyż nie?
Teoretycznie zdawał sobie sprawę z długiego ozora, jakim Matka Natura obdarzyła Pottera. Ewentualnie, jaki wspomniany Romek sam sobie wykształcił na skutek potrzeby dostosowania się do warunków, w których (o ironio) wychował się także Roise. Mogli nie być bezpośrednio spokrewnieni. Mogli nie mieć do czynienia z tymi samymi wzorcami rodowymi. Jednak obu w głównej mierze wychowały guwernantki, kuzynki, ciotki, babki i tak dalej. Całe łoże plotkar i zastępy towarzyskich sępów. Tyle tylko, że osiągnięte efekty tej edukacji były skrajnie przeciwne.
Nie mógł dopuścić do tego, żeby Romulus przez swój długaśny ozor pokrzyżował mu plany. Jakie? Kurwa, chyba jednak nie sprytne, skoro Ambroise uwzględnił w nich kogoś, kto być może był ekspertem od organizacji wydarzeń, ale jednocześnie nie potrafił trzymać języka za zębami, gdy to było niezbędne. Powinien pamiętać, że z Romanem nie należy dzielić się sekretami, nawet w wielokrotnie podkreślanym zaufaniu.
Oczywiście, Roise nie wątpił w to, że Cornelius nie miał pójść w ślady ich wspólnego kumpla i zacząć na prawo i na lewo rozpowiadać o tym, jakie są dalsze wizje dotyczące rozwoju wieczoru. Jednak fakt faktem, skoro Ambroise słyszał wypowiedź Romulusa skierowaną do Corio, Geraldine mogła zwrócić uwagę dokładnie na to samo.
Szczęście w nieszczęściu, chyba tego nie zrobiła, jednak Greengrass nie zamierzał ryzykować, że to jeszcze nie koniec romkowych przechwałek. Skoro zatem jego przyjaciel przyczynił się do tego, aby wytrącić go z równowagi, on zamierzał uczynić dokładnie to samo. Nie wahał się ani przez chwilę. Dyskretnie wyciągnął różdżkę, machnął nią tuż przy nodze, celując w Romka i...
...oto mieli pokaz lewitacji. Nawet jeśli nie do końca taki, jak był przezeń oczekiwany, bowiem zaklęcie nie trafiło w Pottera z całą przewidzianą mocą. Roman nie uniósł się na pełnej pizdzie, nie wzleciał tuż pod same liście palmy. Roślina nie zagilgotała go w kostki. Co gorsza, zaczął chwytać Lestrange'a, pragnąc dzięki temu zostać na ziemi.
Nie, nie mógł wykpić się tak łatwo. Dostrzegając przelotne spojrzenie, jakie Yaxleyówna posłała w kierunku ręki, którą trzymał różdżkę, dyskretnie wzruszył ramionami. Nie zamierzał tego komentować. Miał swoje powody, aby pokazać Romanowi, że nawet na tych magicznych palmach nie rosną ananasy.
I zdecydowanie nie zamierzał tak łatwo odpuścić. Pochylił się lekko, przyjmując trochę wygodniejszą, ale wciąż skrytą pozycję, po czym ponowił próbę. Usiłował wyglądać zupełnie niewinnie, jednak jednocześnie całkowicie skupić się na tym, żeby zaklęcie wyszło mu zdecydowanie lepiej. Mocniej, bardziej porywczo.
Translokacja (I) - dalej to samo: mocniejsze poderwanie Romka do góry kostkami
Rzut O 1d100 - 36
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut O 1d100 - 100
Krytyczny sukces!
Krytyczny sukces!
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down