15.06.2025, 20:38 ✶
Później. Skinęła głową. Nie było to nic co nie mogło poczekać, a jednak. Zerknęła na swoją dłoń, która wciąż pokryta była sadzą. Obserwowała wewnętrzną część dłoni, rozmyślając nad tym jak upierdliwe było to wszystko. Te wszystkie zmiany, które tak gwałtownie naskoczyły na ich rodzinę.
Słysząc pytanie Richarda, powoli uniosła na niego spojrzenie. Pytania dobierał trafnie, ale nie rozumiał, nie miał jak zrozumieć. Powoli zamknęła swoją dłoń. Nie wiedziała, czy kiedyś będzie w stanie zrozumieć.
Delikatnie potrząsnęła zamkniętą dłonią, jakoby trzymała w niej kości do gry, kości, które zaraz winna rzucić na stół.
-Akurat w kwestii zawodu który obrałam... ludzkie nieszczęścia i tragedie tylko go napędzają, więc mogę liczyć na szybszy rozwój - wyznała, powoli przenosząc wzrok w zadumie na jedną ze ścian. Ludzie będą chcieli sprawiedliwości, pomocy, może zemsty. A gdy ostatni płomień zamieni się w stróżkę dymu, samosądy będą musiały się zakończyć. Odszkodowania, sprawy o pobicie, naruszenie nietykalności, napaści na tle rasowym... zgadywała, że niezwykle owocnie może zakończyć się to dla kancelarii w której stażowała. W dodatku do pracy nie potrzebowała warsztatu czy specjalistycznego sprzętu, który mogły pochłonąć płomienie.
Na powrót spojrzała na ojca, gdy poruszył temat blondyna
-Tu nie chodzi o niego, ale o mnie - wyznała spokojnie, zastanawiając się jak powinna zacząć. A może raczej od czego. Chciała nakreślić sytuację tak, aby ojciec mógł zrozumieć jej punkt widzenia chociaż trochę - Bo chcę, aby w końcu chodziło o mnie. Nie o ciebie, nie o Charliego, nie o Sophii, tylko o mnie. To upierdliwe. I dopóki będę czuć, że chodzi o mnie, tak będzie mi wygodnie, mimo że to co nas łączy na tą chwilę to nie miłość, o czym dobrze wiem - na jej usta wpłynął delikatny, nieco zawadiacki uśmiech, pewny siebie i może nieco rozbawionym - Ja wiem tato, że Baldwin Malfoy może być błędem. Zdaje sobie z tego sprawę od samego początku, ale będzie moim błędem i moją decyzją - wyznała ze stoickim spokojem, a jednak uśmiech nie zniknął z jej ust, zdobiąc jej blade lica. Ona wiedziała w jak ryzykowną grę gra i to w zasadzie bardziej niż ktokolwiek inny. Bo obraz Baldwina Malfoya był oglądany tak jak go namalowali, pełen dziur i niejasności. Ona słuchała jego oddechu, a jej błękitne spojrzenie niczym lustro odbijało szaleństwo, które potrafiło się przewijać w jego oczach. I chociaż sama nie wiedziała wiele to zdawała sobie sprawę po jak kruchym lodzie stąpa. A jednak... a mimo to, to właśnie przy nim czuła spokój, wsparcie i zrozumienie, to oni tworzyli swój mały świat gestów, tak drobnych, a tak ważnych. Bo Baldwin był niczym cała paleta kolorów doprowadzając Mulciber do złości, ale i będąc niczym zimny kompres na rozpalone czoło
- Nie zapominaj, że nazywam się Mulciber i to ja jestem panią moich snów. Widzę jego nici... każdego dnia sprawdzam czy coś nie drgnęło w każdą ze stron, obserwuję co łączy go z każdą poznaną osobą. Bo ja nie słynę z naiwności - jej uśmiech zdawał się poszerzyć. Jeśli ktoś wymieniłby top pięć obsesji Mulciber to bezsprzecznie w czołówce dominowałaby maniakalna wręcz obserwacja. Nici, umiejętność rodowa, która była jej trzeźwym spojrzeniem, logicznym punktem odniesienia i zwierciadłem prawdy. Bo przed nimi nie dało się skryć swych uczuć - Jeśli okaże się błędem to co... obejrzę jak nasze nici zdychają, przybierając żałobne barwy i odejdę... i zacznę od nowa...- wzruszyła ramionami. Nie bała się konsekwencji, zaakceptowała je w momencie ich poznania.
-Poza tym... czy nie tego właśnie chcieliście, huh? Nie taka jest kobieca rola?- mruknęła, krzyżując ręce na piersi - Powinieneś być szczęśliwy. Chłopak czystej krwi z dobrego rodu. Spełnia kryteria. - mruknęła z przekąsem. Temat zamążpójścia był od zawsze niczym gilotyna. Kobieca rola, kobiece powinności. Wyjść za mąż, urodzić dziecko... coś co nawet teraz sprawiało, że jej krew zaczynała wrzeć - Jeśli ma być w przyszłości moim mężem to chcę to sprawdzić, nie odwlekać w czasie, bo szanuje swój czas i nie lubię go marnować... Przecież, gdy świat runie to zawszę mogę do was dołączyć, prawda? - uśmiechnęła się delikatnie. O ile duma na to pozwoli. Chociaż w tym przypadku czy duma miała coś z tym wspólnego? Nikomu oficjalnie nie robiła na złość, nie robiła na przekór, mimo że uparcie szła za swoim wyborem, jak zawsze. A jednak jeśli domek z kart miałby runąć, mimo że byłoby to bolesne to Mulciber nie uznałaby tego za porażki i powodu do wstydu, bo takowy scenariusz brała pod uwagę od samego początku.
Słysząc pytanie Richarda, powoli uniosła na niego spojrzenie. Pytania dobierał trafnie, ale nie rozumiał, nie miał jak zrozumieć. Powoli zamknęła swoją dłoń. Nie wiedziała, czy kiedyś będzie w stanie zrozumieć.
Delikatnie potrząsnęła zamkniętą dłonią, jakoby trzymała w niej kości do gry, kości, które zaraz winna rzucić na stół.
-Akurat w kwestii zawodu który obrałam... ludzkie nieszczęścia i tragedie tylko go napędzają, więc mogę liczyć na szybszy rozwój - wyznała, powoli przenosząc wzrok w zadumie na jedną ze ścian. Ludzie będą chcieli sprawiedliwości, pomocy, może zemsty. A gdy ostatni płomień zamieni się w stróżkę dymu, samosądy będą musiały się zakończyć. Odszkodowania, sprawy o pobicie, naruszenie nietykalności, napaści na tle rasowym... zgadywała, że niezwykle owocnie może zakończyć się to dla kancelarii w której stażowała. W dodatku do pracy nie potrzebowała warsztatu czy specjalistycznego sprzętu, który mogły pochłonąć płomienie.
Na powrót spojrzała na ojca, gdy poruszył temat blondyna
-Tu nie chodzi o niego, ale o mnie - wyznała spokojnie, zastanawiając się jak powinna zacząć. A może raczej od czego. Chciała nakreślić sytuację tak, aby ojciec mógł zrozumieć jej punkt widzenia chociaż trochę - Bo chcę, aby w końcu chodziło o mnie. Nie o ciebie, nie o Charliego, nie o Sophii, tylko o mnie. To upierdliwe. I dopóki będę czuć, że chodzi o mnie, tak będzie mi wygodnie, mimo że to co nas łączy na tą chwilę to nie miłość, o czym dobrze wiem - na jej usta wpłynął delikatny, nieco zawadiacki uśmiech, pewny siebie i może nieco rozbawionym - Ja wiem tato, że Baldwin Malfoy może być błędem. Zdaje sobie z tego sprawę od samego początku, ale będzie moim błędem i moją decyzją - wyznała ze stoickim spokojem, a jednak uśmiech nie zniknął z jej ust, zdobiąc jej blade lica. Ona wiedziała w jak ryzykowną grę gra i to w zasadzie bardziej niż ktokolwiek inny. Bo obraz Baldwina Malfoya był oglądany tak jak go namalowali, pełen dziur i niejasności. Ona słuchała jego oddechu, a jej błękitne spojrzenie niczym lustro odbijało szaleństwo, które potrafiło się przewijać w jego oczach. I chociaż sama nie wiedziała wiele to zdawała sobie sprawę po jak kruchym lodzie stąpa. A jednak... a mimo to, to właśnie przy nim czuła spokój, wsparcie i zrozumienie, to oni tworzyli swój mały świat gestów, tak drobnych, a tak ważnych. Bo Baldwin był niczym cała paleta kolorów doprowadzając Mulciber do złości, ale i będąc niczym zimny kompres na rozpalone czoło
- Nie zapominaj, że nazywam się Mulciber i to ja jestem panią moich snów. Widzę jego nici... każdego dnia sprawdzam czy coś nie drgnęło w każdą ze stron, obserwuję co łączy go z każdą poznaną osobą. Bo ja nie słynę z naiwności - jej uśmiech zdawał się poszerzyć. Jeśli ktoś wymieniłby top pięć obsesji Mulciber to bezsprzecznie w czołówce dominowałaby maniakalna wręcz obserwacja. Nici, umiejętność rodowa, która była jej trzeźwym spojrzeniem, logicznym punktem odniesienia i zwierciadłem prawdy. Bo przed nimi nie dało się skryć swych uczuć - Jeśli okaże się błędem to co... obejrzę jak nasze nici zdychają, przybierając żałobne barwy i odejdę... i zacznę od nowa...- wzruszyła ramionami. Nie bała się konsekwencji, zaakceptowała je w momencie ich poznania.
-Poza tym... czy nie tego właśnie chcieliście, huh? Nie taka jest kobieca rola?- mruknęła, krzyżując ręce na piersi - Powinieneś być szczęśliwy. Chłopak czystej krwi z dobrego rodu. Spełnia kryteria. - mruknęła z przekąsem. Temat zamążpójścia był od zawsze niczym gilotyna. Kobieca rola, kobiece powinności. Wyjść za mąż, urodzić dziecko... coś co nawet teraz sprawiało, że jej krew zaczynała wrzeć - Jeśli ma być w przyszłości moim mężem to chcę to sprawdzić, nie odwlekać w czasie, bo szanuje swój czas i nie lubię go marnować... Przecież, gdy świat runie to zawszę mogę do was dołączyć, prawda? - uśmiechnęła się delikatnie. O ile duma na to pozwoli. Chociaż w tym przypadku czy duma miała coś z tym wspólnego? Nikomu oficjalnie nie robiła na złość, nie robiła na przekór, mimo że uparcie szła za swoim wyborem, jak zawsze. A jednak jeśli domek z kart miałby runąć, mimo że byłoby to bolesne to Mulciber nie uznałaby tego za porażki i powodu do wstydu, bo takowy scenariusz brała pod uwagę od samego początku.