16.06.2025, 18:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.06.2025, 18:30 przez Benjy Fenwick.)
Nie miałem pojęcia, co dokładnie siedziało w głowie Astarothowi - a nawet gdybym miał, pewnie nie wszystko bym zrozumiał - ale czułem ciężar, który znałem aż za dobrze, przynajmniej na tyle dobrze, żeby go nie osądzać. Mówił o tym wszystkim niby lekko, ale jednocześnie z takim podskórnym ciężarem, że czułem uścisk z klatce piersiowej - nie doświadczyłem mojej własnej śmierci, chociaż bywałem blisko, ale tego uczucia, które znałem aż za dobrze - oderwania od siebie, innych, czegokolwiek, co miało sens - tego już tak. Na moment zapomniałem, że siedzę obok kogoś, kto mógłby mnie rozszarpać, gdyby miał gorszy dzień. Może nawet nie dzień - gorszy... Impuls, ale z jakiegoś powodu ta scena, ten papieros, ognisko i jego głos, który zaskakująco naturalnie przechodził od śmierci do pierdolenia o czynnościach fizjologicznych… Wszystko to sprawiło, że bardziej przypominał mi siebie z dawnych czasów, tych trochę przećpanych, ale trochę lżejszych. Może nie do końca ten sam człowiek, co wtedy, na Woodstocku, ale też nie bestia, za jaką sam siebie brał.
Słuchałem go i chciałem się roześmiać. Nie z niego - tego, jak absurdalnie ludzki był ten jego tekst o nie-sraniu i nie-sikaniu. Świat się wali, a my rozmawiamy o tym, że nie musi chodzić na stronę. Jego głos brzmiał gorzko, ale był tam też cień czegoś, co przypominało autoironię. Słowa o gryzieniu ludzi uniosły kąciki moich ust, nawet jeśli żart był podszyty czymś cięższym, nie komentowałem, jeśli sam chciał się nazywać smutnym wampirem, proszę bardzo, ale mnie to nie ruszało. Siedziałem obok niego dokładnie tak samo, jak siadało się obok kumpla po ciężkiej nocy. Naprawdę miałem to gdzieś, kim stał się Astaroth - dopóki nie wpierdalał przypadkowych, niewinnych ludzi - był okej. W gruncie rzeczy - pewnie nawet lepszy od większości tych, którzy udawali porządnych. Wampir, tak? No, dobra - bywało dziwniej.
- Możemy ci to wypaliś nad lanem, zanim wstanie słońce, jak ognisko pszygaśnie. - Mruknąłem, nie patrząc na niego, tylko znów w żar, ale drgnęły mi kąciki ust. - Ale nie obiecuję ładnej kaliglafii, no i ktoś będzie musiał cię tszymaś, bo jeśli będę musiał lobiś obie te szeszy na las, to ja szię zeslam.
I wtedy poleciał krzyk, i... Nie tylko krzyk... Podniosłem wzrok i zobaczyłem jak Romulus frunie w górę, wirując w jakimś idiotycznym pokazie akrobatycznym. Właściwie nie tyle frunął, co dyndał do góry nogami, trzymając się kurczowo Corneliusa, który najwidoczniej nie miał na to ochoty. Ich sylwetki rzucały pokraczne cienie na ziemię. Oni lecieli... W sensie - faktycznie lecieli - powoli, jak balon wypuszczony z rąk podczas letniego festynu w Dolinie Godryka, i może to ta pora, ten moment, zbyt dużo gówna za nami i jeszcze więcej przed nami, ale w pierwszej chwili zamiast spanikować, parsknąłem cicho pod nosem. Poczekałem chwilę, żeby zobaczyć, czy któryś z tych dwóch idiotów spadnie.
- Nie wiem, co wziąłem... - Mruknąłem, bardziej do siebie niż do kogokolwiek, zerkając na papierosa w dłoni. - Ale zioło to nie było... No i chuj, kabalet szię zaczął. - Wyciągnąłem szyję, żeby lepiej widzieć, ale bez pośpiechu. Zaciągnąłem się z lubością i wypuściłem dym przez nos, jakby to był najspokojniejszy wieczór w moim życiu, a nie jakiś tragikomiczny spektakl. Spojrzałem kątem oka na Astarotha, który zamarł, jakby właśnie ktoś wezwał go do tablicy i przypomniał mu, że nie odrobił pracy domowej z bycia częścią towarzystwa. Ja sam uniósłbym rękę, żeby pomachać Romkowi, ale wyglądał, jakby to mogło go ostatecznie dobić. Wystarczyło, że zwisał głową w dół jak wielki nietoperz, który zgubił orientację, ale nadal ciągnął za sobą swoją zdobycz - czy tam ofiarę. Zaciągnąłem się ponownie, przez chmurę dymu, znów zerknąłem na Astarotha - w dalszym ciągu miał ten wyraz twarzy, który zwykle pojawia się u ludzi z Europy Środkowo-Wschodniej, gdy próbują zrozumieć brytyjski humor.
- Spokojnie. - Rzuciłem, przesuwając się trochę, żeby lepiej widzieć całą scenę. - Nikt nie leaguje, bo to chyba... No, standaldowy poziom naszego cylku. Mosesz spokojnie oglądaś, jak dwóch dolosłych facetów lobi z siebie latające popieldółki. - Wzruszyłem ramionami, bo tak po prawdzie... To było śmieszne - ich twarze, te chaotyczne ruchy...
- Ej, Colnelius! - Zawołałem, podsuwając dłoń do czoła, jakbym zasłaniał się przed słońcem. - Jakbyś spadł, to celuj na miękkie, dobla?
Słuchałem go i chciałem się roześmiać. Nie z niego - tego, jak absurdalnie ludzki był ten jego tekst o nie-sraniu i nie-sikaniu. Świat się wali, a my rozmawiamy o tym, że nie musi chodzić na stronę. Jego głos brzmiał gorzko, ale był tam też cień czegoś, co przypominało autoironię. Słowa o gryzieniu ludzi uniosły kąciki moich ust, nawet jeśli żart był podszyty czymś cięższym, nie komentowałem, jeśli sam chciał się nazywać smutnym wampirem, proszę bardzo, ale mnie to nie ruszało. Siedziałem obok niego dokładnie tak samo, jak siadało się obok kumpla po ciężkiej nocy. Naprawdę miałem to gdzieś, kim stał się Astaroth - dopóki nie wpierdalał przypadkowych, niewinnych ludzi - był okej. W gruncie rzeczy - pewnie nawet lepszy od większości tych, którzy udawali porządnych. Wampir, tak? No, dobra - bywało dziwniej.
- Możemy ci to wypaliś nad lanem, zanim wstanie słońce, jak ognisko pszygaśnie. - Mruknąłem, nie patrząc na niego, tylko znów w żar, ale drgnęły mi kąciki ust. - Ale nie obiecuję ładnej kaliglafii, no i ktoś będzie musiał cię tszymaś, bo jeśli będę musiał lobiś obie te szeszy na las, to ja szię zeslam.
I wtedy poleciał krzyk, i... Nie tylko krzyk... Podniosłem wzrok i zobaczyłem jak Romulus frunie w górę, wirując w jakimś idiotycznym pokazie akrobatycznym. Właściwie nie tyle frunął, co dyndał do góry nogami, trzymając się kurczowo Corneliusa, który najwidoczniej nie miał na to ochoty. Ich sylwetki rzucały pokraczne cienie na ziemię. Oni lecieli... W sensie - faktycznie lecieli - powoli, jak balon wypuszczony z rąk podczas letniego festynu w Dolinie Godryka, i może to ta pora, ten moment, zbyt dużo gówna za nami i jeszcze więcej przed nami, ale w pierwszej chwili zamiast spanikować, parsknąłem cicho pod nosem. Poczekałem chwilę, żeby zobaczyć, czy któryś z tych dwóch idiotów spadnie.
- Nie wiem, co wziąłem... - Mruknąłem, bardziej do siebie niż do kogokolwiek, zerkając na papierosa w dłoni. - Ale zioło to nie było... No i chuj, kabalet szię zaczął. - Wyciągnąłem szyję, żeby lepiej widzieć, ale bez pośpiechu. Zaciągnąłem się z lubością i wypuściłem dym przez nos, jakby to był najspokojniejszy wieczór w moim życiu, a nie jakiś tragikomiczny spektakl. Spojrzałem kątem oka na Astarotha, który zamarł, jakby właśnie ktoś wezwał go do tablicy i przypomniał mu, że nie odrobił pracy domowej z bycia częścią towarzystwa. Ja sam uniósłbym rękę, żeby pomachać Romkowi, ale wyglądał, jakby to mogło go ostatecznie dobić. Wystarczyło, że zwisał głową w dół jak wielki nietoperz, który zgubił orientację, ale nadal ciągnął za sobą swoją zdobycz - czy tam ofiarę. Zaciągnąłem się ponownie, przez chmurę dymu, znów zerknąłem na Astarotha - w dalszym ciągu miał ten wyraz twarzy, który zwykle pojawia się u ludzi z Europy Środkowo-Wschodniej, gdy próbują zrozumieć brytyjski humor.
- Spokojnie. - Rzuciłem, przesuwając się trochę, żeby lepiej widzieć całą scenę. - Nikt nie leaguje, bo to chyba... No, standaldowy poziom naszego cylku. Mosesz spokojnie oglądaś, jak dwóch dolosłych facetów lobi z siebie latające popieldółki. - Wzruszyłem ramionami, bo tak po prawdzie... To było śmieszne - ich twarze, te chaotyczne ruchy...
- Ej, Colnelius! - Zawołałem, podsuwając dłoń do czoła, jakbym zasłaniał się przed słońcem. - Jakbyś spadł, to celuj na miękkie, dobla?
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)