16.06.2025, 19:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.06.2025, 21:50 przez Hannibal Selwyn.)
To był długi dzień - pomiędzy upierdliwie porannym (o 10.30!) spotkaniem w sprawie promocji “Ekstazy Merlina”, na którym kierownik artystyczny koniecznie życzył sobie obecności Hannibala, treningiem tanecznym (Salvatore z radością zgodził się udzielić mu kilku lekcji tanga argentyńskiego), próbą i wreszcie wieczornym spektaklem - i Hannibal zaczynał odczuwać zmęczenie. A jaki mógł być lepszy sposób na zmęczenie całym tygodniem ciężkiej artystycznej pracy, niż wyjście do klubu?
Przyszedł tu z założeniem, że wypije drinka albo dwa i potańczy, i teraz, gdy dochodziła północ, gdy wypił te dwa drinki i nasycił się bliskością anonimowego tłumu na parkiecie, zaczął rozważać powrót do domu, a co ważniejsze - osobę, z którą mógłby do tego domu wrócić. Odszukał wzrokiem dziewczynę, która przetańczyła z nim kilka kawałków w uścisku graniczącym ze skandalicznym, mimo, że mgliście kojarzył, że nie wchodziła tu sama, wymownym spojrzeniem wskazał wyjście - niezobowiązująca propozycja - i opuścił lokal.
Na zewnątrz oparł się plecami o ceglaną ścianę i wyciągnął papierosa. Rzadko pozwalał sobie na palenie - podobno czyniło spustoszenie w głosie - ale dzisiaj uznał, że należy mu się ten drobny luksus. W nagrodę za perfekcyjnie zagraną rolę. Sięgnął po zapalniczkę - różdżka spoczywała bezpiecznie ukryta w ukrytej przemyślnie kieszeni czarnych spodni, nie niepokojąc żadnych mugoli - i otulił dolną część twarzy dłońmi, starając się zapalić ogień. Jeden papieros - tyle da tej ślicznotce na decyzję, czy skorzystać z okazji i porzucić swego dotychczasowego towarzysza na rzecz Hannibala, przystojniejszego, sprawniejszego na parkiecie i lepiej ubranego, skoro już o tym mowa. Na dzisiejsze wyjście wybrał czerwoną jedwabną koszulę, która, kiedy wychodził z domu, miała rozpięte dwa górne guziki, ale teraz, po kilku godzinach na parkiecie, była zapięta jedynie na dwa dolne, nie z jego własnej inicjatywy zresztą. Selwyn, lekko opalony, ciemnowłosy i brązowooki, dobrze wyglądał niemal we wszystkim, ale czerwień, kolor jego aury, wyjątkowo z nim rezonowała tego wieczoru.
Chłód sierpniowej nocy był przyjemną odmianą po dusznym, wypełnionym zapachem potu i dymem papierosowym wnętrzu klubu. Hannibal zaciągnął się dymem, ostrożnie, bo przy całej swojej nonszalancji, nie miał wielkiej wprawy w paleniu, a nie chciał się wygłupić zanosząc się kaszlem. Rozejrzał się po - dziwnym trafem pustej - ulicy. Zza ściany ledwo było słychać dudnienie muzyki. W zamyśleniu spojrzał w gwiazdy, palcami wolnej ręki głaszcząc się po brzuchu w miejscu, gdzie materiał rozchełstanej koszuli odsłaniał wyrzeźbione mięśnie.
Zamiast jednak spodziewanej kobiety, drzwi klubu wypluły z siebie mężczyznę - sporo starszego od Hannibala i zapewne od większości bywalców dyskoteki, przystojnego nawet w świetle neonów, które przydawało jego skórze niesamowitego, bladego odcienia. Selwyn spojrzał na niego, oceniając melancholijne spojrzenie, pozorną swobodę ruchów, nieco niezdarny początek rozmowy. Uśmiechnął się kokieteryjnie, uciekł spojrzeniem, odgarniając z czoła zmierzwione włosy.
- Przyznaję się do winy - spojrzał ponownie w oczy nieznajomego - niebieskie? W tym świetle trudno było to określić - Rozumiem, że miał pan okazję mnie oglądać w “Upiorze”, panie?...- zawiesił wyczekująco głos. Dłoń z rąbka koszuli przesunęła się do kieszeni, wydobywając zapalniczkę - rozmówca wyraźnie oczekiwał na ogień i choć najwyraźniej był czarodziejem (skoro znał go z The Globe) to nie było bezpieczne miejsce na używanie magii. Hannibal zbliżył się jeszcze o krok, by sięgnąć do jego papierosa - przez chwilę stali na tyle blisko, że mógł poczuć zapach perfum drugiego mężczyzny, a kiedy sięgnął drugą dłonią, by osłonić płomień i musnął nią rękę obcego, dało się to uznać za całkowicie przypadkowy kontakt.