16.06.2025, 22:11 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.06.2025, 22:17 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
- Wiem - kiwnął głową, zachowując poważny wyraz twarzy.
Nie próbował wymuszać uśmiechu. Nie robił pocieszającej miny. Nie tego teraz potrzebowali. Próby udawania, że sytuacja jest mniej poważna niż w rzeczywistości byłyby co najmniej zbyteczne. O kant dupy potłuc. Może nawet tej samej, na której Astaroth chciał mieć swój uroczy napis, choć akurat tego nie mogliby stwierdzić z pewnością, szczególnie, że zupełnie nie słyszeli rozmowy dwojga mężczyzn siedzących bezpośrednio przy samym ognisku.
- Wiem - drugie kiwnięcie, po którym jednak odrobinę się poprawił. - To znaczy, teraz już pamiętam. Nie mają zbyt dobrych relacji - nie pytał, raczej stwierdzał fakt, opierając się na tych dosyć szczątkowych informacjach, jakie wyniósł z własnych obserwacji.
Szczególnie z tych wszystkich interakcji, jakie miał z obiema, bądź co bądź, rodzinami. Nie miał zielonego pojęcia, co dokładnie było powodem braku tych obiadków, o których wspomniała Geraldine, ale zdecydowanie coś było na rzeczy.
Nie wnikał w to jednak zbyt głęboko. Nie musiał a nigdy nie miał zbyt dużych zapędów plotkarskich. Wręcz przeciwnie. Raczej był jedną z tych osób, które zapytane o detale, wzruszały ramionami, po czym mówiły, że nie znają szczegółów. Często gęsto nawet wtedy, gdy w rzeczywistości coś tam (a nawet więcej niż coś tam) wiedziały.
Rzecz jasna, nie chował tych informacji przed Yaxleyówną. W przeszłości zazwyczaj mówił jej o wszystkim, o czym wiedział. Teraz zresztą obiecał, że będzie jeszcze bardziej szczery. Jednakże nie zwykł czerpać satysfakcji z bycia przekupą. Jeśli zbierał wiedzę, to miał w tym cel. Zazwyczaj średnio moralny, ale z pewnością nie plotkarski na miarę prowadzenia własnej rubryki w Proroku. W tym wypadku nigdy wcześniej żadnego nie widział. A może powinien?
- Tak właściwie, niespecjalnie by mnie to zdziwiło - odparł, rzucając przelotne spojrzenie w stronę obu mężczyzn, po czym wychylając kubek z alkoholem i już otwierając usta, żeby dodać coś o tym, że tak czy siak, może to mogło dobrze zrobić Astarothowi, ale wtedy...
...no, właśnie. Świniak. Roman i świniak. Musiał interweniować, nawet jeśli (a może wręcz szczególnie?) napotkał przy tym zupełnie pozbawione zrozumienia spojrzenie ze strony jego dziewczyny. Jeszcze chwila a cały misterny plan mógł pójść w pizdu. Zamachnął się jednak różdżką po raz drugi i...
...o panie, jak oni lecieli. To zaklęcie naprawdę zajebiście mu wyszło. W pewnym sensie zaskoczył sam siebie, tłumiąc wybuch śmiechu, gdy spostrzegł, do czego to wszystko doprowadziło.
Bez chwili namysłu, przygryzł wnętrza policzków, powstrzymując się przed szerokim wyszczerzem. Prawdopodobnie, gdyby nagle postanowił ostentacyjnie zacząć suszyć zęby, któraś z ofiar zaklęcia zwróciłaby na to uwagę. Czym innym było bowiem lekkie chichranie się pod nosem, czym innym zaś otwarte czerpanie satysfakcji z całej sytuacji.
A tę ostatnią Roise bez wątpienia miał. Co prawda, nigdy nie założyłby, że swoim pochopnie poprawionym zaklęciem przyczyni się do porwania nie jednej a dwóch osób, jednak zdecydowanie nie zamierzał narzekać. Nie spanikował też, widząc poczynania Romka, który poniekąd (przynajmniej według logiki Greengrassa) był w znacznym stopniu odpowiedzialny za rozwój sytuacji.
Gdyby nie działania Pottera, Lestrange nie znalazłby się w górze, czyż nie? Zdecydowanie tego nie chciał, bez wątpienia wyglądał dokładnie tak jak to ujęła Geraldine: jakby wewnątrz swojej głowy już planował komuś lub kogoś zajebać. Chwilowo jednak większość jego uwagi bez wątpienia była skierowana w stronę uporczywie trzymającego go przyjaciela, który chyba ani myślał puścić.
Tym samym obaj wznosili się coraz wyżej. W teorii po naprawdę ładnym torze lotu, który szedłby eleganckim łukiem od ziemi w kierunku największego z tropikalnych drzew. Tyle tylko, że sposób, w jaki Romulus miotał się to w jedną, to w drugą stronę, dodatkowo obciążony (niedostatecznym) ciężarem drugiego mężczyzny, odrobinę psuł całą finezję.
- O ile dowie się, że to ja - podkreślił bez wahania, unosząc przy tym brew. - A chyba mnie nie wydasz, co? Wiesz, że wtedy wszystkiego się wyprę - nawet nie czuł się winny, zdecydowanie nie.
Szczególnie, że Potter poniekąd sam sobie zawinił. To on wzniósł Corneliusa na wyżyny swego dramatyzmu, Ambroise tego nie planował. Samo tak wyszło. Zupełnie samo się machnęło. Wyczarowało.
- A bo ja wiem? YOLO? - Odparł z przelotnym błyskiem w oku przeznaczonym wyłącznie dla Riny, na którą spojrzał z miną niewiniątka.
Ot, oni także byli wyłącznie obserwatorami, czyż nie? Nie mieli nic wspólnego z tym, co działo się w tej chwili. Jedynie komentowali bieżącą sytuację, robiąc to na tyle cicho, że ich głosy z pewnością tonęły w dźwiękach wydawanych przez dwa odlatujące ludzkie baloniki.
Tak po prawdzie, pytanie, jakie padło z ust jego dziewczyny miało więcej sensu i zasadności niż mógłby powiedzieć na głos, bowiem zdecydowanie nie przemyślał tego, co zrobił. Działał pod wpływem impulsu, skorzystał z sytuacji, działał w afekcie czy coś. W momencie, w którym usłyszał, że Roman zaczyna coraz więcej paplać, ryzykując zupełnym spierdoleniem mu jednej z najważniejszych chwil w życiu, zareagował pierwszym, co przyszło mu do głowy. Zupełnie nie myślał o tym, co będzie, kiedy Romeczek dotrze do palmy.
YOLO. Tak. Zupełnie YOLO. Planował wznieść przyjaciela, nie go opuścić. Wystarczyło, że Romka opuściło wszystko inne. W tym zdrowy rozsądek, w którego istnienie, tak po prawdzie, Ambroise powoli coraz bardziej zaczynał wątpić. Możliwe, że było dosyć sporo prawdy w twierdzeniu, że kto z kim przystawał. A Potter, który bez wątpienia miał dużo do czynienia z szaleńcami w Lecznicy Dusz, miotał się właśnie jak szalony. Przypadek?
- Posłanie ich do jeziora, żeby mieli względnie miękkie lądowanie nie jest zbyt dobrym pomysłem, co nie? - Teoretycznie wcale nie musiał o to pytać.
Doskonale znał odpowiedź i to, że w takim przypadku rzeczywiście obaj mieli zechcieć wyruszyć na polowanie na śmieszka odpowiedzialnego za Latający Cyrk Romy'ego Pottera. Zniszczone ubrania, mokre włosy, rozwalone fryzury. Niby szybko by wyschli, szczególnie przy ognisku, zwłaszcza dodatkowo osuszając się różdżkami. Poza tym w akwenie (chyba) nie żyło nic zbyt inwazyjnego. Nie napotkaliby tam żadnego poirytowanego stworzenia. No, przynajmniej prawdopodobieństwo takiego przebiegu zdarzeń było niskie.
Mimo to, Ambroise w końcu wziął głęboki wdech, żeby uspokoić jakoś zapędy do roześmiania się w głos, po czym ponownie machnął różdżką. Dalej jak najdyskretniej, wciąż dosyć subtelnie i skrycie, rzucił kontrzaklęcie mające na celu przerwanie lotu obu mężczyzn i sprowadzenie ich na dół. Dla dobra wszystkich: pojedynczo, już nie w parze. Roise planował jak najłagodniej opuścić przyjaciół na dwa wolne hamaki.
Translokacja (I) - opuszczenie #1
Translokacja (I) - opuszczenie #2
Naprawdę próbował sprawić, że cały zabieg przebiegnie dokładnie tak płynnie jak wzniesienie ich orłów w górę. Usiłował wyglądać na niewinnego obserwatora, jednocześnie z całej siły skupiając się na tym, żeby zapewnić obu ofiarom (tej celowej i zupełnie przypadkowej) jak najbardziej miękkie lądowanie.
Nie przewidział tylko jednego. Tego, że mężczyźni nie znali jego planów. Wciąż próbowali sami sobie pomóc. A miotanie się i chwytanie palm zdecydowanie miało wpływ na zmianę trajektorii opadania. W momencie, w którym Ambroise zaczął przymierzać się, żeby opuszczać Romulusa, jego towarzysz złapał za drzewo. To poniekąd zmieniło plany Greengrassa, szczególnie, że pod ciężarem Lestrange'a, palma przechyliła się odrobinę, zabujała się u samego czubka. Należało interweniować zanim palmoalpinista zrobi coś głupiego. Roise machnął różdżką i...
...pierwszy mężczyzna dał się sprowadzić na dół. Za to drugi?
Być może Potterem nie wystrzeliło niczym z procy, jednak to, w jaki sposób zachowało się drzewo po zdjęciu części ciężaru, w zupełności wystarczyło, żeby zwalił się jak niedźwiedź, który nie dotarł do ula. Trafił na hamak. A owszem. Tyle tylko, że na ten zajęty. Zaklęcie zostało przerwane. Tylko jego towarzysz dotarł bezpiecznie na swoje miejsce.
Nie próbował wymuszać uśmiechu. Nie robił pocieszającej miny. Nie tego teraz potrzebowali. Próby udawania, że sytuacja jest mniej poważna niż w rzeczywistości byłyby co najmniej zbyteczne. O kant dupy potłuc. Może nawet tej samej, na której Astaroth chciał mieć swój uroczy napis, choć akurat tego nie mogliby stwierdzić z pewnością, szczególnie, że zupełnie nie słyszeli rozmowy dwojga mężczyzn siedzących bezpośrednio przy samym ognisku.
- Wiem - drugie kiwnięcie, po którym jednak odrobinę się poprawił. - To znaczy, teraz już pamiętam. Nie mają zbyt dobrych relacji - nie pytał, raczej stwierdzał fakt, opierając się na tych dosyć szczątkowych informacjach, jakie wyniósł z własnych obserwacji.
Szczególnie z tych wszystkich interakcji, jakie miał z obiema, bądź co bądź, rodzinami. Nie miał zielonego pojęcia, co dokładnie było powodem braku tych obiadków, o których wspomniała Geraldine, ale zdecydowanie coś było na rzeczy.
Nie wnikał w to jednak zbyt głęboko. Nie musiał a nigdy nie miał zbyt dużych zapędów plotkarskich. Wręcz przeciwnie. Raczej był jedną z tych osób, które zapytane o detale, wzruszały ramionami, po czym mówiły, że nie znają szczegółów. Często gęsto nawet wtedy, gdy w rzeczywistości coś tam (a nawet więcej niż coś tam) wiedziały.
Rzecz jasna, nie chował tych informacji przed Yaxleyówną. W przeszłości zazwyczaj mówił jej o wszystkim, o czym wiedział. Teraz zresztą obiecał, że będzie jeszcze bardziej szczery. Jednakże nie zwykł czerpać satysfakcji z bycia przekupą. Jeśli zbierał wiedzę, to miał w tym cel. Zazwyczaj średnio moralny, ale z pewnością nie plotkarski na miarę prowadzenia własnej rubryki w Proroku. W tym wypadku nigdy wcześniej żadnego nie widział. A może powinien?
- Tak właściwie, niespecjalnie by mnie to zdziwiło - odparł, rzucając przelotne spojrzenie w stronę obu mężczyzn, po czym wychylając kubek z alkoholem i już otwierając usta, żeby dodać coś o tym, że tak czy siak, może to mogło dobrze zrobić Astarothowi, ale wtedy...
...no, właśnie. Świniak. Roman i świniak. Musiał interweniować, nawet jeśli (a może wręcz szczególnie?) napotkał przy tym zupełnie pozbawione zrozumienia spojrzenie ze strony jego dziewczyny. Jeszcze chwila a cały misterny plan mógł pójść w pizdu. Zamachnął się jednak różdżką po raz drugi i...
...o panie, jak oni lecieli. To zaklęcie naprawdę zajebiście mu wyszło. W pewnym sensie zaskoczył sam siebie, tłumiąc wybuch śmiechu, gdy spostrzegł, do czego to wszystko doprowadziło.
Bez chwili namysłu, przygryzł wnętrza policzków, powstrzymując się przed szerokim wyszczerzem. Prawdopodobnie, gdyby nagle postanowił ostentacyjnie zacząć suszyć zęby, któraś z ofiar zaklęcia zwróciłaby na to uwagę. Czym innym było bowiem lekkie chichranie się pod nosem, czym innym zaś otwarte czerpanie satysfakcji z całej sytuacji.
A tę ostatnią Roise bez wątpienia miał. Co prawda, nigdy nie założyłby, że swoim pochopnie poprawionym zaklęciem przyczyni się do porwania nie jednej a dwóch osób, jednak zdecydowanie nie zamierzał narzekać. Nie spanikował też, widząc poczynania Romka, który poniekąd (przynajmniej według logiki Greengrassa) był w znacznym stopniu odpowiedzialny za rozwój sytuacji.
Gdyby nie działania Pottera, Lestrange nie znalazłby się w górze, czyż nie? Zdecydowanie tego nie chciał, bez wątpienia wyglądał dokładnie tak jak to ujęła Geraldine: jakby wewnątrz swojej głowy już planował komuś lub kogoś zajebać. Chwilowo jednak większość jego uwagi bez wątpienia była skierowana w stronę uporczywie trzymającego go przyjaciela, który chyba ani myślał puścić.
Tym samym obaj wznosili się coraz wyżej. W teorii po naprawdę ładnym torze lotu, który szedłby eleganckim łukiem od ziemi w kierunku największego z tropikalnych drzew. Tyle tylko, że sposób, w jaki Romulus miotał się to w jedną, to w drugą stronę, dodatkowo obciążony (niedostatecznym) ciężarem drugiego mężczyzny, odrobinę psuł całą finezję.
- O ile dowie się, że to ja - podkreślił bez wahania, unosząc przy tym brew. - A chyba mnie nie wydasz, co? Wiesz, że wtedy wszystkiego się wyprę - nawet nie czuł się winny, zdecydowanie nie.
Szczególnie, że Potter poniekąd sam sobie zawinił. To on wzniósł Corneliusa na wyżyny swego dramatyzmu, Ambroise tego nie planował. Samo tak wyszło. Zupełnie samo się machnęło. Wyczarowało.
- A bo ja wiem? YOLO? - Odparł z przelotnym błyskiem w oku przeznaczonym wyłącznie dla Riny, na którą spojrzał z miną niewiniątka.
Ot, oni także byli wyłącznie obserwatorami, czyż nie? Nie mieli nic wspólnego z tym, co działo się w tej chwili. Jedynie komentowali bieżącą sytuację, robiąc to na tyle cicho, że ich głosy z pewnością tonęły w dźwiękach wydawanych przez dwa odlatujące ludzkie baloniki.
Tak po prawdzie, pytanie, jakie padło z ust jego dziewczyny miało więcej sensu i zasadności niż mógłby powiedzieć na głos, bowiem zdecydowanie nie przemyślał tego, co zrobił. Działał pod wpływem impulsu, skorzystał z sytuacji, działał w afekcie czy coś. W momencie, w którym usłyszał, że Roman zaczyna coraz więcej paplać, ryzykując zupełnym spierdoleniem mu jednej z najważniejszych chwil w życiu, zareagował pierwszym, co przyszło mu do głowy. Zupełnie nie myślał o tym, co będzie, kiedy Romeczek dotrze do palmy.
YOLO. Tak. Zupełnie YOLO. Planował wznieść przyjaciela, nie go opuścić. Wystarczyło, że Romka opuściło wszystko inne. W tym zdrowy rozsądek, w którego istnienie, tak po prawdzie, Ambroise powoli coraz bardziej zaczynał wątpić. Możliwe, że było dosyć sporo prawdy w twierdzeniu, że kto z kim przystawał. A Potter, który bez wątpienia miał dużo do czynienia z szaleńcami w Lecznicy Dusz, miotał się właśnie jak szalony. Przypadek?
- Posłanie ich do jeziora, żeby mieli względnie miękkie lądowanie nie jest zbyt dobrym pomysłem, co nie? - Teoretycznie wcale nie musiał o to pytać.
Doskonale znał odpowiedź i to, że w takim przypadku rzeczywiście obaj mieli zechcieć wyruszyć na polowanie na śmieszka odpowiedzialnego za Latający Cyrk Romy'ego Pottera. Zniszczone ubrania, mokre włosy, rozwalone fryzury. Niby szybko by wyschli, szczególnie przy ognisku, zwłaszcza dodatkowo osuszając się różdżkami. Poza tym w akwenie (chyba) nie żyło nic zbyt inwazyjnego. Nie napotkaliby tam żadnego poirytowanego stworzenia. No, przynajmniej prawdopodobieństwo takiego przebiegu zdarzeń było niskie.
Mimo to, Ambroise w końcu wziął głęboki wdech, żeby uspokoić jakoś zapędy do roześmiania się w głos, po czym ponownie machnął różdżką. Dalej jak najdyskretniej, wciąż dosyć subtelnie i skrycie, rzucił kontrzaklęcie mające na celu przerwanie lotu obu mężczyzn i sprowadzenie ich na dół. Dla dobra wszystkich: pojedynczo, już nie w parze. Roise planował jak najłagodniej opuścić przyjaciół na dwa wolne hamaki.
Translokacja (I) - opuszczenie #1
Rzut O 1d100 - 78
Sukces!
Sukces!
Translokacja (I) - opuszczenie #2
Rzut O 1d100 - 47
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Naprawdę próbował sprawić, że cały zabieg przebiegnie dokładnie tak płynnie jak wzniesienie ich orłów w górę. Usiłował wyglądać na niewinnego obserwatora, jednocześnie z całej siły skupiając się na tym, żeby zapewnić obu ofiarom (tej celowej i zupełnie przypadkowej) jak najbardziej miękkie lądowanie.
Nie przewidział tylko jednego. Tego, że mężczyźni nie znali jego planów. Wciąż próbowali sami sobie pomóc. A miotanie się i chwytanie palm zdecydowanie miało wpływ na zmianę trajektorii opadania. W momencie, w którym Ambroise zaczął przymierzać się, żeby opuszczać Romulusa, jego towarzysz złapał za drzewo. To poniekąd zmieniło plany Greengrassa, szczególnie, że pod ciężarem Lestrange'a, palma przechyliła się odrobinę, zabujała się u samego czubka. Należało interweniować zanim palmoalpinista zrobi coś głupiego. Roise machnął różdżką i...
...pierwszy mężczyzna dał się sprowadzić na dół. Za to drugi?
Być może Potterem nie wystrzeliło niczym z procy, jednak to, w jaki sposób zachowało się drzewo po zdjęciu części ciężaru, w zupełności wystarczyło, żeby zwalił się jak niedźwiedź, który nie dotarł do ula. Trafił na hamak. A owszem. Tyle tylko, że na ten zajęty. Zaklęcie zostało przerwane. Tylko jego towarzysz dotarł bezpiecznie na swoje miejsce.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down