Przez chwilę z ulgą leżał we wraku swojego jestestwa, zrujnowany, fizycznie wycofany. Stało się najgorsze. Co jeszcze mogło go zranić? Wiedział, że realnie, że nic gorszego nie może nadejść. Potem rzeczywiście nic nie nadeszło. Był znany głos i znane objęcia.
Śmierć jest najsprawiedliwszą rzeczą na świecie. Nikt nigdy się od niej nie uwolnił, nawet najbardziej znamienici alchemicy, bowiem wymazanie swojego imienia z historii, nawet gdy powłoka jest żywa, jest tym samym, co śmierć. Ziemia zabiera wszystkich, dobrych, okrutnych, grzeszników. Poza tym na ziemi nie ma sprawiedliwości. Śmierć jest jedynym jeźdźcem, który nie musi wsiadać na konia, bo w końcu dosięgnie każdego. Dla kogo więc jest siodło?
— Żyję. Nie płacz. Żyję — zduszony dźwięk przekrwionego bólem głosu był niemal niesłyszalny w huku pożaru, jaki tworzył dookoła nich bramę śmierci. Ale on nie umarł, nie było nad nim kosy ani sierpa zbieracza ostatecznego żniwa. Zamiast tego zimne, delikatne dłonie Anthony'ego, które gasiły na moment jego płomień.
Morpheusowi często wydawało się, że jego życie brzmi jak bezlitośnie nieszczęśliwy krąg piekieł i czasami tak się czuł, ale prawda była taka, że często był szczęśliwy i kochany. Po prostu nie był tego świadomy w samobiczowaniu przez długi czas i nie zdawał sobie sprawy, że jest taka opcja. To się zdarza. Ludzie o niego dbali. Anthony o niego dbał. Jonathan o niego dbał.
— Nie umieram — powiedział, bardzo nieprzekonująco i zakaszlał, próbując powoli, bardzo powoli, wstać. Świat dookoła nich płonął, a on nie miał czasu, nie miał, chociaż miał go dwa razy więcej niż oni. — To zdarzyło się już wcześniej. Wiedziałem, że to się zdarzy.
Uśmiechnął się do nich, spod potarganych loków, które wpadły mu na czoło i oczy, siwych kolorem i pyłem. To był nieco szalony uśmiech, uśmiech kogoś, komu już brakuje szóstej klepki. Trochę za dużo zębów na radość. Oparł rękę na bruku, a ta drgnęła i ugięła się pod nim, przez co prawie wylądował twarzą na kamieniach. Wytarł wierzchem dłoni krew z nosa, która pociekła mu po raz kolejny i po raz pierwszy jednocześnie.
— Nie da się zwalczyć ognia ogniem — wysyczał przez zaciśnięte zęby, czując fale emocji i adrenaliny, trzęsących jego ciałem. Przemienił floret na nowo w sygnet i, klęcząc jeszcze na ulicy, wcisnął go na palec tak agresywnie, jakby chciał przeciąć metalem skórę. Podparł się na Anthonym, aby wstać na równe nogi, odgarnął włosy z twarzy, zadarł butnie głowę do góry. Maska, postawa zupełnie niepoważna do tego, że przed chwilą jego umysł rozerwała po raz kolejny tortura klątwy.
Podniósł się na nogi. Jonathan widział już tego Morpheusa, pod Fontanną.
Wszystko będzie dobrze.