17.06.2025, 23:45 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.06.2025, 00:06 przez Hannibal Selwyn.)
Błąd, to był błąd… czy to był błąd? - przewaliło się przez głowę Hannibala w panice, gdy Gabriel jakby zapadł się w sobie, zapytany o powód wizyty w Soho, ewidentnie nie chcący zagłębiać się w tłumaczenia i bardzo nieszczęśliwy. Może trzeba było odwołać pytanie, lekkim tonem i prowokacyjnym dotykiem odwrócić jego uwagę i zatrzeć złe wrażenie…
Nowopoznany jednak zaczął deklamować i Hannibal nie zdążył wprowadzić w życie kontroli szkód, porwany melodyjnym, francuskim wierszem…
Znał go!
Miał osiemnaście lat i pierwszy raz oglądał zapełnioną widownię ze sceny w Cancan Carcolh. Trwał wieczór poezji śpiewanej, a piękna dojrzałą, trochę melancholijną pięknością Yvette śpiewała - inny wiersz co prawda, ale tej samej autorki. Hannibal klęczał u jej stóp, z głową na jej kolanach - uderzający kontrast młodziutkiego aktora i dobiegającej pięćdziesiątki śpiewaczki. Jego delikatny, niemal kobiecy głos i jej zmysłowy alt tworzyły niesamowite wrażenie, kiedy dołączył do piosenki w ostatniej zwrotce, podnosząc głowę, patrząc jej w oczy, jakby śpiew jedynie powstrzymywał ich od pocałunku - upojeni energią wspólnego wykonania, bliscy sobie w całkiem niewinny sposób, choć dla publiczności wyglądali, jak para kochanków.
Przygotowując się do tego duetu znalazł w antykwariacie cały tomik wierszy Anny de Noailles i pochłonął go, zachwycony ich zmysłowością.
Teraz, słuchając Gabriela, zatonął na chwilę we wspomnieniach, zapatrzony w niego, ukołysany językiem poezji i miłości, który zawsze zdawał się poluzowywać coś w nim, w środku - i zaciskać jednocześnie coś innego. Recytujący umilkł, a słuchacz wziął drżący, urwany oddech.
- Où pourrions-nous aller pour nous sentir moins tristes ?...- odpowiedział cicho, ostatnim wersem tamtego wiersza, mimo woli intonując go śpiewnie, zgodnie z tamtą melodią, nagle całkiem odarty z cynizmu i bezczelności, odsłonięty w obliczu tego wszystkiego, co poruszało jego artystyczną duszę.
Rozmarzone oczy Hannibala, wielkie i ciemne w półmroku zaułka, napotkały te drugie - pełne bólu, otoczone cieniutką siateczką zmarszczek. Byli tak blisko, że niemal oddychali jednym powietrzem i Selwyn nie miał pojęcia, kiedy i jak to się stało. Cisza przeciągnęła się o uderzenie serca. Jedno. Drugie.
Za dużo. Czy to było za dużo?
- Zabierz mnie do teatru. Chciałbym zobaczyć go teraz, bez blichtru przedstawienia.
Hannibal zagryzł wargę. Bez słowa zgasił papierosa i podążył za Gabrielem. Może jednak nie wygłupił się tak bardzo, jak się obawiał.
Droga, wsparta teleportacją z bezpiecznego, odosobnionego punktu, minęła w większości w milczeniu. Nie rozmawiali, być może nie chcąc psuć nastroju. Kiedy stanęli pod monumentalnym gmachem The Globe, Hannibal pozwolił towarzyszowi przez chwilę nacieszyć oczy widokiem, po czym ujął go za rękę i pociągnął wzdłuż ogrodzenia, za róg. O tej porze brama główna była zamknięta na cztery spusty, ale Selwyn, właściwie wychowany w teatrze i zaznajomiony z nim dogłębnie i intymnie od najwcześniejszych lat, nie potrzebował głównego wejścia. Znalazł przęsło z obluzowanym prętem, który dało się odsunąć tak, żeby przecisnęło się dziecko albo szczupły dorosły. Przelazł, czując się z powrotem beztroski i psotny, jak dzieciak, wymykający się na lody kiedy dorośli nie patrzyli. Wyciągnął dłoń, gotów pomóc Gabrielowi w razie potrzeby.
Za ozdobnym, żeliwnym płotem znajdował się niewielki teren zielony. Młodszy czarodziej zmierzył wzrokiem starszego, starając się ocenić jego sprawność fizyczną.
- Dasz radę się wspiąć na piętro? - zapytał z łobuzerskim uśmiechem, podchodząc do drabinki pożarowej. Dobrze wiedział, które okno na piętrze da się otworzyć prostą Alohomorą, by dostać się do sali bankietowej.
Nie tak wyobrażał sobie tę noc, ale jak dotąd nie żałował niczego.
Odkryj wiadomość pozafabularną
Nowopoznany jednak zaczął deklamować i Hannibal nie zdążył wprowadzić w życie kontroli szkód, porwany melodyjnym, francuskim wierszem…
Znał go!
Miał osiemnaście lat i pierwszy raz oglądał zapełnioną widownię ze sceny w Cancan Carcolh. Trwał wieczór poezji śpiewanej, a piękna dojrzałą, trochę melancholijną pięknością Yvette śpiewała - inny wiersz co prawda, ale tej samej autorki. Hannibal klęczał u jej stóp, z głową na jej kolanach - uderzający kontrast młodziutkiego aktora i dobiegającej pięćdziesiątki śpiewaczki. Jego delikatny, niemal kobiecy głos i jej zmysłowy alt tworzyły niesamowite wrażenie, kiedy dołączył do piosenki w ostatniej zwrotce, podnosząc głowę, patrząc jej w oczy, jakby śpiew jedynie powstrzymywał ich od pocałunku - upojeni energią wspólnego wykonania, bliscy sobie w całkiem niewinny sposób, choć dla publiczności wyglądali, jak para kochanków.
Przygotowując się do tego duetu znalazł w antykwariacie cały tomik wierszy Anny de Noailles i pochłonął go, zachwycony ich zmysłowością.
Teraz, słuchając Gabriela, zatonął na chwilę we wspomnieniach, zapatrzony w niego, ukołysany językiem poezji i miłości, który zawsze zdawał się poluzowywać coś w nim, w środku - i zaciskać jednocześnie coś innego. Recytujący umilkł, a słuchacz wziął drżący, urwany oddech.
- Où pourrions-nous aller pour nous sentir moins tristes ?...- odpowiedział cicho, ostatnim wersem tamtego wiersza, mimo woli intonując go śpiewnie, zgodnie z tamtą melodią, nagle całkiem odarty z cynizmu i bezczelności, odsłonięty w obliczu tego wszystkiego, co poruszało jego artystyczną duszę.
Rozmarzone oczy Hannibala, wielkie i ciemne w półmroku zaułka, napotkały te drugie - pełne bólu, otoczone cieniutką siateczką zmarszczek. Byli tak blisko, że niemal oddychali jednym powietrzem i Selwyn nie miał pojęcia, kiedy i jak to się stało. Cisza przeciągnęła się o uderzenie serca. Jedno. Drugie.
Za dużo. Czy to było za dużo?
- Zabierz mnie do teatru. Chciałbym zobaczyć go teraz, bez blichtru przedstawienia.
Hannibal zagryzł wargę. Bez słowa zgasił papierosa i podążył za Gabrielem. Może jednak nie wygłupił się tak bardzo, jak się obawiał.
Droga, wsparta teleportacją z bezpiecznego, odosobnionego punktu, minęła w większości w milczeniu. Nie rozmawiali, być może nie chcąc psuć nastroju. Kiedy stanęli pod monumentalnym gmachem The Globe, Hannibal pozwolił towarzyszowi przez chwilę nacieszyć oczy widokiem, po czym ujął go za rękę i pociągnął wzdłuż ogrodzenia, za róg. O tej porze brama główna była zamknięta na cztery spusty, ale Selwyn, właściwie wychowany w teatrze i zaznajomiony z nim dogłębnie i intymnie od najwcześniejszych lat, nie potrzebował głównego wejścia. Znalazł przęsło z obluzowanym prętem, który dało się odsunąć tak, żeby przecisnęło się dziecko albo szczupły dorosły. Przelazł, czując się z powrotem beztroski i psotny, jak dzieciak, wymykający się na lody kiedy dorośli nie patrzyli. Wyciągnął dłoń, gotów pomóc Gabrielowi w razie potrzeby.
Za ozdobnym, żeliwnym płotem znajdował się niewielki teren zielony. Młodszy czarodziej zmierzył wzrokiem starszego, starając się ocenić jego sprawność fizyczną.
- Dasz radę się wspiąć na piętro? - zapytał z łobuzerskim uśmiechem, podchodząc do drabinki pożarowej. Dobrze wiedział, które okno na piętrze da się otworzyć prostą Alohomorą, by dostać się do sali bankietowej.
Nie tak wyobrażał sobie tę noc, ale jak dotąd nie żałował niczego.
Hannibal recytuje ostatni wers wiersza "Soir d'été", w wolnym tłumaczeniu: "Gdzie moglibyśmy pójść, żeby poczuć się mniej smutni?..."