18.06.2025, 12:41 ✶
Miles biegła, a jej bieg miał nadany puls przed kowadło.
To było takie głupie, przecież kowadło z fusów nie mogło napierdalać gdzieś na granicy słyszalności.
A jednak.
Ile kroków przypadało na jedno uderzenie? Jak zapierdalało szybko jej serce, kiedy wszystko wokół się rozmazywało, a jej przyświecał tylko jeden cel. To już nawet nie knajpa, nie nie, to skarb, który ukrył się w jej wnętrzu.
Musiała dotrzeć do swojego brata, jakie miała kurwa szczęście w nieszczęściu, że wiedziała absolutnie dokładnie gdzie się znajduje tego dnia i nie trzeba było rozkminiać gdzie go wywiało "służbowo". Nie. Pił. Odpoczywał. Już niedługo! I tak jak zastanawiała się czy w ogóle do niego dołączyć, tak teraz w obliczu nadciągającej nieustępliwie tragedii nie miała żadnych wątpliwości. Można powiedzieć, że spopieliły się szybciej niż otaczające ich kamienice.
Wpadła do środka w spiczastym kapelutku, który wyglądał absurdalnie, ale chronił przed zaklęciem wymierzonym w plecy. Absurdalność podbijała ściskana w ręku miotła wyniesiona z ich mieszkania. Można powiedzieć, że jakieś dziecko zapodziane szykujące się do Haloween, ale cała reszta stroju - przyduży t-shirt, skórzana listonoszówka i wygodne dresy kurewsko nie pasowały do tej czapki. Jebało ją to w krzyż totalnie co myśleli sobie bywalcy, jak komentowali jej highschoolową buzie. Bez makijażu, w ściętych, nieułożonych włosach wyglądała na radosne 16. Chociaż wcale nie była radosna.
Kolejna fartowna sprawa - Alastor był wysoki. Nie było to aż tak trudne wypatrzeć go w tłumie.
Frunęła dzielnie, przepychała się przez mugoli chcących odpocząć po długim tygodniu pracy. Odpocząć... dobre sobie.
– A... Al... Alastor! Alastor tutaj! – krzyknęła machając skrzydłami rękami i w końcu dopadła doń. Niepomna na to, że nie jest sam (nie zauważyła w pierwszym momencie), wczepiła się w jego rękę, jej złote oczy niosły ze sobą drogę którą przebyła gnana jakby ją upiory goniły - nawet jeśli teraz jeszcze tego nie robiły.
– Alastor... to chyba... to chyba dziś. Przepowiednia Morpheusa. Ogień. Mamy przejebane. Napisałam do niego. Do zamku. Napisałam żeby wiedział... Jest kurwa... źle i będzie... gorzej. – raportowała mu nadzwyczaj składnie, łapiąc oddech i łapiąc przede wszystkim spokój. Alastor zawsze wiedział co trzeba robić, więc będąc tu była w najlepszym możliwym miejscu. – Co robimy? – chciała rozejrzeć się po okolicy, jakby też tam z niej miała sczytać odpowiedź na swoje pytanie. Nie wyszło, bo w sumie jej wzrok od razu wpadł na Eden.
– O. Hej. – Tyle dała radę powiedzieć i w sumie pomyśleć też, bo jej mózg na moment odmówił podejmowania jakiejkolwiek aktywności.
To było takie głupie, przecież kowadło z fusów nie mogło napierdalać gdzieś na granicy słyszalności.
A jednak.
Ile kroków przypadało na jedno uderzenie? Jak zapierdalało szybko jej serce, kiedy wszystko wokół się rozmazywało, a jej przyświecał tylko jeden cel. To już nawet nie knajpa, nie nie, to skarb, który ukrył się w jej wnętrzu.
Musiała dotrzeć do swojego brata, jakie miała kurwa szczęście w nieszczęściu, że wiedziała absolutnie dokładnie gdzie się znajduje tego dnia i nie trzeba było rozkminiać gdzie go wywiało "służbowo". Nie. Pił. Odpoczywał. Już niedługo! I tak jak zastanawiała się czy w ogóle do niego dołączyć, tak teraz w obliczu nadciągającej nieustępliwie tragedii nie miała żadnych wątpliwości. Można powiedzieć, że spopieliły się szybciej niż otaczające ich kamienice.
Wpadła do środka w spiczastym kapelutku, który wyglądał absurdalnie, ale chronił przed zaklęciem wymierzonym w plecy. Absurdalność podbijała ściskana w ręku miotła wyniesiona z ich mieszkania. Można powiedzieć, że jakieś dziecko zapodziane szykujące się do Haloween, ale cała reszta stroju - przyduży t-shirt, skórzana listonoszówka i wygodne dresy kurewsko nie pasowały do tej czapki. Jebało ją to w krzyż totalnie co myśleli sobie bywalcy, jak komentowali jej highschoolową buzie. Bez makijażu, w ściętych, nieułożonych włosach wyglądała na radosne 16. Chociaż wcale nie była radosna.
Kolejna fartowna sprawa - Alastor był wysoki. Nie było to aż tak trudne wypatrzeć go w tłumie.
Frunęła dzielnie, przepychała się przez mugoli chcących odpocząć po długim tygodniu pracy. Odpocząć... dobre sobie.
– A... Al... Alastor! Alastor tutaj! – krzyknęła machając skrzydłami rękami i w końcu dopadła doń. Niepomna na to, że nie jest sam (nie zauważyła w pierwszym momencie), wczepiła się w jego rękę, jej złote oczy niosły ze sobą drogę którą przebyła gnana jakby ją upiory goniły - nawet jeśli teraz jeszcze tego nie robiły.
– Alastor... to chyba... to chyba dziś. Przepowiednia Morpheusa. Ogień. Mamy przejebane. Napisałam do niego. Do zamku. Napisałam żeby wiedział... Jest kurwa... źle i będzie... gorzej. – raportowała mu nadzwyczaj składnie, łapiąc oddech i łapiąc przede wszystkim spokój. Alastor zawsze wiedział co trzeba robić, więc będąc tu była w najlepszym możliwym miejscu. – Co robimy? – chciała rozejrzeć się po okolicy, jakby też tam z niej miała sczytać odpowiedź na swoje pytanie. Nie wyszło, bo w sumie jej wzrok od razu wpadł na Eden.
– O. Hej. – Tyle dała radę powiedzieć i w sumie pomyśleć też, bo jej mózg na moment odmówił podejmowania jakiejkolwiek aktywności.