18.06.2025, 15:30 ✶
Hannibal z zachwytem odnotował uśmiech na twarzy Gabriela. Merde, chciałby go wziąć do domu, ale teatr był równie ekscytującą opcją.
Świadom obecności Montbela za sobą, wspiął się z wprawą po drabince, polegając w ciemnościach na pamięci mięśniowej - wejście na pierwsze piętro budziło w nim co prawda dreszcz emocji, ale jeżeli nie patrzył w dół, był w stanie tego dokonać. Nawet lepiej, że nie było wiele widać. Na wysokości wspomnianego okna, celowo przygotowanego przez pracowników technicznych do otwarcia z zewnątrz w razie konieczności, zahaczył się bezpiecznie łokciem o metalowy pręt i wysupłał z kieszeni różdżkę. Szeptem wypowiedział zaklęcie. Zamek w oknie szczęknął i skrzydło uchyliło się z cichym skrzypnięciem.
Wdrapał się na parapet, tylko raz kurczowo łapiąc się futryny z całkiem pozbawionym godności piśnięciem. Będąc wewnątrz odwrócił się i pomógł Gabrielowi, obejmując go mocno i wciągając bezpiecznie do pomieszczenia. Słodki ciężar. Kątem umysłu zarejestrował to, jak zimna była jego skóra i że jego oddech wydawał się nawet nie przyspieszyć podczas wdrapywania się po ścianie - zdumiewająca kondycja, jak na czterdziestolatka. Hannibal był mimo wszystko lekko zdyszany.
- Zimno ci? - zapytał, odrobinę niechętnie wypuszczając gościa z objęć. Noc nie wydawała mu się aż tak chłodna, ale Gabriel był naprawdę zimny w dotyku. Może to niskie ciśnienie.
Wnętrze sali bankietowej, puste i ciemne, sprawiało niesamowite wrażenie. Selwyn powiódł spojrzeniem po pustym stole i dosuniętych krzesłach.
- Lumos! - mruknął i koniec jego różdżki rozświetlił się blado. Przeszedł przez pomieszczenie i odwrócił się w drzwiach. Szerokim gestem zaprosił Gabriela na korytarz.
Ta eskapada mogła być szalona, ale Hannibal nie był idiotą, więc pominął pomieszczenia administracyjne i gabinety z dokumentacją, a skierował ich w stronę Sali Wawrzynowej. Przystanął pod jej drzwiami, w marmurowym, pełnym przepychu holu teatru, uniósł różdżkę i przyjrzał się w jej bladym świetle twarzy towarzysza, z zadowoleniem dostrzegając, że nieco się rozchmurzyła. Świetny pomysł, by tu przyjść - nie sposób włamywać się do teatru zachowując cierpiętniczy wyraz twarzy.
- Do twarzy ci z desperacją - uśmiechnął się czarująco - ale myślę że wolę cię takiego, jak teraz.
Może nie potrzebowali rozmawiać. Może nie potrzebowali się poznawać. Może dobrze było tak, jak teraz - kiedy znali tylko swoje imiona, kiedy łączyły ich tylko francuska poezja i fascynacja teatrem.
Otworzył dwuskrzydłowe drzwi głównej sali The Globe i podał ramię Gabrielowi. Powietrze pachniało kurzem i starym drewnem, dekadami, jeżeli nie wiekami istnienia przybytku sztuki. Puste i mroczne teatralne wnętrza mogły sprawiać liminalne wrażenie - ale nie dla niego. Ta sala była jego domem i przedszkolem, i pracą. Wylewał tu pot, jadł drugie śniadania (i obiady, i czasami kolacje), płakał, tańczył, zawierał przyjaźnie i drzemał w tylnym rzędzie. Przeżył tu swój pierwszy pocałunek - wymuszony rolą, którą grał, skradziony przez Sztukę, albo może złożony jej w ofierze dobrowolnie, bo przecież w końcu zgodził się na to i zrobił to, czerwony na twarzy, zakłopotany i otoczony spojrzeniami współpracowników.
Pozostało niewiele rzeczy, których te ściany nie widziały w jego wykonaniu i teraz, prowadząc swojego nowego znajomego między rzędami foteli w stronę sceny, nie mógł powstrzymać się, by o nich nie pomyśleć. Westchnął i mimowolnie przycisnął rękę Gabriela do swojego boku, czując jej chłód przez cienki materiał koszuli, z każdym krokiem bliżej sceny, bliżej Selwyna-aktora, kolejnego z długiej linii utalentowanych artystów, z których każdy przysiągłby, że to on właśnie jest tym najbardziej wybitnym, mimo, że to Hannibal był oczywistym szczytowym produktem ewolucji tego rodu.
- Zapraszam na scenę. Masz jakieś szczególne życzenia w związku z dzisiejszym zwiedzaniem? - zapytał cicho, trochę prowokacyjnie, przesuwając palcami po wierzchu dłoni Gabriela.
Świadom obecności Montbela za sobą, wspiął się z wprawą po drabince, polegając w ciemnościach na pamięci mięśniowej - wejście na pierwsze piętro budziło w nim co prawda dreszcz emocji, ale jeżeli nie patrzył w dół, był w stanie tego dokonać. Nawet lepiej, że nie było wiele widać. Na wysokości wspomnianego okna, celowo przygotowanego przez pracowników technicznych do otwarcia z zewnątrz w razie konieczności, zahaczył się bezpiecznie łokciem o metalowy pręt i wysupłał z kieszeni różdżkę. Szeptem wypowiedział zaklęcie. Zamek w oknie szczęknął i skrzydło uchyliło się z cichym skrzypnięciem.
Wdrapał się na parapet, tylko raz kurczowo łapiąc się futryny z całkiem pozbawionym godności piśnięciem. Będąc wewnątrz odwrócił się i pomógł Gabrielowi, obejmując go mocno i wciągając bezpiecznie do pomieszczenia. Słodki ciężar. Kątem umysłu zarejestrował to, jak zimna była jego skóra i że jego oddech wydawał się nawet nie przyspieszyć podczas wdrapywania się po ścianie - zdumiewająca kondycja, jak na czterdziestolatka. Hannibal był mimo wszystko lekko zdyszany.
- Zimno ci? - zapytał, odrobinę niechętnie wypuszczając gościa z objęć. Noc nie wydawała mu się aż tak chłodna, ale Gabriel był naprawdę zimny w dotyku. Może to niskie ciśnienie.
Wnętrze sali bankietowej, puste i ciemne, sprawiało niesamowite wrażenie. Selwyn powiódł spojrzeniem po pustym stole i dosuniętych krzesłach.
- Lumos! - mruknął i koniec jego różdżki rozświetlił się blado. Przeszedł przez pomieszczenie i odwrócił się w drzwiach. Szerokim gestem zaprosił Gabriela na korytarz.
Ta eskapada mogła być szalona, ale Hannibal nie był idiotą, więc pominął pomieszczenia administracyjne i gabinety z dokumentacją, a skierował ich w stronę Sali Wawrzynowej. Przystanął pod jej drzwiami, w marmurowym, pełnym przepychu holu teatru, uniósł różdżkę i przyjrzał się w jej bladym świetle twarzy towarzysza, z zadowoleniem dostrzegając, że nieco się rozchmurzyła. Świetny pomysł, by tu przyjść - nie sposób włamywać się do teatru zachowując cierpiętniczy wyraz twarzy.
- Do twarzy ci z desperacją - uśmiechnął się czarująco - ale myślę że wolę cię takiego, jak teraz.
Może nie potrzebowali rozmawiać. Może nie potrzebowali się poznawać. Może dobrze było tak, jak teraz - kiedy znali tylko swoje imiona, kiedy łączyły ich tylko francuska poezja i fascynacja teatrem.
Otworzył dwuskrzydłowe drzwi głównej sali The Globe i podał ramię Gabrielowi. Powietrze pachniało kurzem i starym drewnem, dekadami, jeżeli nie wiekami istnienia przybytku sztuki. Puste i mroczne teatralne wnętrza mogły sprawiać liminalne wrażenie - ale nie dla niego. Ta sala była jego domem i przedszkolem, i pracą. Wylewał tu pot, jadł drugie śniadania (i obiady, i czasami kolacje), płakał, tańczył, zawierał przyjaźnie i drzemał w tylnym rzędzie. Przeżył tu swój pierwszy pocałunek - wymuszony rolą, którą grał, skradziony przez Sztukę, albo może złożony jej w ofierze dobrowolnie, bo przecież w końcu zgodził się na to i zrobił to, czerwony na twarzy, zakłopotany i otoczony spojrzeniami współpracowników.
Pozostało niewiele rzeczy, których te ściany nie widziały w jego wykonaniu i teraz, prowadząc swojego nowego znajomego między rzędami foteli w stronę sceny, nie mógł powstrzymać się, by o nich nie pomyśleć. Westchnął i mimowolnie przycisnął rękę Gabriela do swojego boku, czując jej chłód przez cienki materiał koszuli, z każdym krokiem bliżej sceny, bliżej Selwyna-aktora, kolejnego z długiej linii utalentowanych artystów, z których każdy przysiągłby, że to on właśnie jest tym najbardziej wybitnym, mimo, że to Hannibal był oczywistym szczytowym produktem ewolucji tego rodu.
- Zapraszam na scenę. Masz jakieś szczególne życzenia w związku z dzisiejszym zwiedzaniem? - zapytał cicho, trochę prowokacyjnie, przesuwając palcami po wierzchu dłoni Gabriela.