Morpheus miał ochotę się roześmiać w głos. Tym samym rodzajem śmiechu wypchniętym z trzewi histerią oraz absurdem sytuacji, która go spotkała w tym momencie, jaki go spotkał, gdy podczas pożogi i dramatu, lęku o najbliższych, w skrzynce z kadzidełkami, potrzebnej, aby pozbyć się dziwnego smrodu z Antykwariatu Tessy, znalazł obiekt falliczny. Aromatyzowaną kutasoświeczkę. Tym razem sprawa była dużo mniej obrazoburcza, bowiem dotyczyła po prostu insuliny. Mugolskiej insuliny. Którą Morpheus zdecydowanie miał. Nawet przy sobie.
— Również jestem diabetykiem, proszę pani i korzystam z mugolskiej medycyny — popatrzył konspiracyjnie na Basiliusa, mając nadzieję, że młodszy czarodziej nie weźmie na poważnie jego dalszego monologu. Nie zamierzał okazywać braku szacunku do tak trudnej dziedziny, jaką jest magimedycyna i uzdrawianie oraz różnych alchemicznych specyfików, wykonywanych z precyzją, której on nigdy nie miał w sobie; zawsze był lepszym teoretykiem. Po prostu próbował upewnić kobietę w tym, że jest po jej stronie. — Za chwilę panią poratuję...
Zorientował się wówczas, że nie ma już na sobie wierzchniej szaty, odwiesił ją, aby na chwilę nie stykać się z brudem. Uniósł oczy ku niebu, czy raczej w tym wypadku, ku sufitowi. Uniósł palec wskazujący, w uniwersalnym znaku, aby na niego poczekała i niemal dosłownie zniknął na moment, aby wrócić z niedużym pudełkiem, które wyglądało na nieco tylko większe, niż pokrowiec na pióro wieczne. Zresztą, podobnie się prezentowało, bardzo niemedycznie. Całość była zrobiona z hebanowego drewna, lakierowanego na wysoki połysk, z ręcznie malowanym motywem roślinnym, który został zaczarowany, bowiem gałęzie powoli traciły swoją soczystą, zieloną barwę na rzecz pomarańczów i żółci.
— Wykryto ją u mnie, gdy byłem dzieckiem, nikt nie wie, skąd się wzięła. Wszelkie magiczne eliksiry sprawiały, że czułem się tylko gorzej albo nadymałem jak... jak piłka. Dopiero konsultacja z mugolskim lekarzem przyniosła mi to.
Otworzył pudełeczko niczym Świętego Graala. A tam, obok eleganckiej strzykawki, bardzo niemugolskiej, leżały bardzo mugolskie ampułki oraz wymienne igły.
— Na lewo jest łazienka — wskazał głową pomieszczenie, widząc topniejący sceptycyzm kobiety. Nalepka na szkle leku, opis składu, wszystko się zgadzało. Niepewnie złapała pudełko, zamknęła je, podziękowała Morpheusowi i odeszła. Morpheus wypuścił z siebie długi oddech, jego ramiona wyraźnie opadły na dół, jak przygniecione ciężarem. Zniknęła pozytywna aura. Teraz wyglądał niemal przepraszająco: — Wiem, wiem. Nie powinienem wzbudzać w niej większej nieufności do twojego zawodu.
Rozejrzał się za kimś, kto mógł jeszcze potrzebować pomocy i dojrzał go, starszego mężczyznę w podniszczonym ubraniu, z wyjątkowo długą brodą, której w tym momencie nikt mu nie zazdrościł, bo była przypalona przynajmniej w trzech miejscach. Mężczyzna łypał na innych podejrzliwie wyłupiastymi oczami i nerwowo drapał się po nosie co jakiś czas, to zerkał na zegarek na łańcuszku, to zaczynał stukać palcami po kolanie. Koło niego stała wielka torba, pękająca w szwach pośpiesznie spakowanymi przedmiotami. W drugiej ręce trzymał różdżkę.
— Dobry wieczór, wygląda pan na mocno roztrzęsionego, może przyniosę panu jakiejś odprężającej herbaty lub coś innego? Póki co i tak musimy czekać... — zwrócił się do niego swoim łagodnym głosem Niewymownego, który tłumaczy matce dziecka, że to nie są profetyczne wizje, po prostu syn podsłuchuje ze szklanką zarówno rodziców, jak i sąsiadów.
Charyzma ◉◉◉○○: Przekonanie mężczyzny, aby powiedział, czego potrzebuje
Akcja nieudana
Zwada: Choroba przewlekła (I): Cukrzyca