18.06.2025, 16:26 ✶
No i spadli. Cornelius zdecydowanie ładniej - niech mu będzie - zsunął się w dół jak trochę za ciężka zasłona po przechyleniu drążka karnisza - może trochę za szybko, ale bez większych szkód.
Zrobił to, trzeba przyznać, z jakąś namiastką klasy, i gdyby nie pewność, że było inaczej, mógłbym nawet stwierdzić, iż zwyczajnie uznał, że tak właśnie powinien zejść ze sceny. Szkoda tylko, że nikt nie klaskał.
Natomiast Romulus… Nie spadł, nie opadł, nie zsunął się, nie zlewitował... Romulus się po prostu spierdolił. Tak - spektakularnie spierdolił się w dół, jak worek ziemniaków, który ktoś wrzucił z czwartego piętra, i to nie worek świeżych, apetycznych kartofelków, tylko takich już trochę nadgniłych, miękkich, z kiełkami. Stłumione „mlask!” - i po sprawie. Tak, tak - po sprawie... Czyżby? Oczywiście, że nie, bo czemu nie - przez jeden moment wyglądał, jakby jeszcze obrał tor spadania za Corneliusem, mając wpaść do wolnego hamaka, a w następnym... Już nie. Nie dość, że się spierdolił, to jeszcze idealnie na Prudence i Eliasa, którzy dotąd dzielili sobie siedzisko, jakby celował. Zupełnie tak, jak gdyby zobaczył ich tam i pomyślał sobie: „A co, może przy okazji wpadnę na pogawędkę.”
Odruchowo wciągnąłem dym papierosowy do płuc, krztusząc się trochę przy wydechu. Towarzyszyła mi bardzo głęboka świadomość, że jeśli ten wieczór się nie zakończy jakimś zaklęciem leczniczym, to znaczy, iż nikt nie próbował wystarczająco mocno. Czy żałowałem? Absolutnie nie. To był najzabawniejszy upadek, jaki widziałem od lat, a wieczór był jeszcze młody i dopiero się rozkręcał.
Rozległ się jęk, chrzęst materiału, który nie był stworzony, by utrzymać trzy osoby. Przez chwilę nic nie mówiłem, bo sceny tego typu wymagały ciszy, kontemplacji, może nawet jakiegoś wewnętrznego namaszczenia, ale... Przecież nie można siedzieć wiecznie, kiedy ludzie giną, lub chociaż się kompromitują, prawda?Wiedziałem, że to cyrk - nie ma co się przejmować, ale skoro już los podał mi na srebrnej tacy pretekst, żeby podnieść się i iść po alkohol, to grzechem byłoby z niego nie skorzystać.
Zanim ruszyłem, rzuciłem w stronę Astarotha:
- No to koniec show, co? Idę po coś mocniejszego.
Nie czekając na odpowiedź, podniosłem się z miejsca i ruszyłem w stronę hamaka, gdzie trójka nieszczęśników leżała na kupie i raczej nie wyglądała na w pełni funkcjonalną. Nie dostrzegłem krwi, więc uznałem to za pozytywny znak. Podszedłem bliżej, starając się nie nadepnąć na nic ważnego. Z bliska wyglądało to jeszcze bardziej groteskowo, ale chyba nic nikomu nie było. Wieczór trwał dalej, jednak wewnętrznie uznałem, że jeśli przy następnej rundzie ktoś nie złamie kręgosłupa, to będziemy mogli mówić o cudzie.
- Wsystko spoko? - Zapytałem, jeszcze z odległości, próbując brzmieć jak najbardziej troskliwie, chociaż w środku śmiałem się na samą myśl, jak absurdalnie wyglądała ta cała sytuacja. Nie zdążyłem do nich dotrzeć, zanim Romulus zaczął się podnosić, ale jego słowa były tak głośne, że trudno byłoby nie zrozumieć przekazu. Widziałem już wiele odklejek w jego wykonaniu, ale ta… Ta przebiła wszystko.
Krok po kroku, będąc coraz bliżej, słuchałem, jak rzuca słowami jak sztyletami z gówna nasączonymi jadem - na lewo, na prawo, bełkotliwie, agresywnie. To był mój punkt graniczny. Może chodziło o ten ton głosu, a może po prostu o fakt, że Romulus, mój przyjaciel - jasne, znaliśmy się długo, za długo, żeby udawać, że nie wiedziałem, na co go stać - właśnie dał z siebie pokaz godny najgorszego rodzaju pajaca i stał się tylko tym rozdygotanym, małym człowiekiem z wielkim ego i z gębą pełną jadu. Nie był już nawet groteskowy, był po prostu żenujący, gówno się w nim zagotowało i teraz próbował nim pluć na wszystko wokół, w tym na osobę, którą - byłem tego pewien - ostatnią należało winić za ten cyrk, który mógłby być nawet zabawny, gdyby nie reakcja Pottera. Już dawno przekroczył granicę, ale to, co właśnie powiedział, to nie była frustracja, to nie była głupota - było chamstwo w czystej postaci. Obrzydliwa próba ustawienia kogoś do kąta, upokorzenia pod płaszczykiem urażonej godności - nie, nie zamierzałem tego zostawić. Potraktował Prudence, jakby wparowała bez pytania i zesrała się mu do walizki z jedwabiem.
To była kobieta, z którą spędzałem czas. Może nie mieliśmy tego kontynuować po tym tygodniu, nie planowaliśmy niczego długoterminowego, nie byliśmy parą, nie mieliśmy być związkiem - nie zamierzałem oznajmiać wszem i wobec, że coś nas łączy, ale miałem coś, czego Romulus, jak się właśnie okazało, najwyraźniej nie posiadał - kręgosłup. Zaraz potem próbował się ewakuować. Z podniesionym łbem, jakby mógł być dumny z teatrzyku, jaki odstawił.
Nie zdążył zrobić trzeciego kroku w stronę domu. Zacząłem iść, zanim skończył krzyczeć, bo już po pierwszych słowach wiedziałem, że nie zamierzam tego wysłuchiwać do końca - po prostu sięgnąłem po kołnierz jego koszuli i pociągnąłem - bez ostrzeżenia i zbędnych ceregieli. Złapałem go za kołnierz w tym samym momencie, w którym próbował z godnością odejść - tyle, że on nie miał już żadnej godności, a ja nie miałem już żadnej cierpliwości. Szarpnąłem - tak, żeby zatrzymał się w miejscu natychmiast, zarywając piętami o ziemię. To naprawdę nie był jego najlepszy dzień, jeśli sądził, że mu się upiecze. Pobrudził sobie przy tym te swoje eleganckie buciki, a może je zniszczył - zerwał obcasy? Nie patrzyłem. Kurwa, szkoda, ale to nie była koleżeńska przestroga, nie było w tym miejsca na: „Ej, ogarnij się, stary.”, nie miałem zamiaru wdawać się w dywagacje. Nie zamierzałem odpuszczać, nie miałem w sobie cienia wyrozumiałości, nie teraz.
Zadziałały impulsy - szarpnąłem go w górę i dosłownie oderwałem jego drogie butki od trawy, jakby ważył tyle, co było warte jego napompowane ego. Podniosłem go na kilka centymetrów ponad ziemię, tak żeby poczuł, że nie stoi już na własnych nogach. Nie obchodziło mnie, czy miał zły dzień, złą noc, złe dzieciństwo czy rozjebane czakry - w tej chwili był kawałkiem kutasa na dwóch nogach i musiał to usłyszeć.
- Masz, kulwa, natychmiast szię ogalnąś i pszestaś byś chujem. - Powiedziałem to bardzo spokojnie - aż nienaturalnie spokojnie - nie było w tym warkotu, nie było krzyku, ale każdy, kto miał trochę instynktu samozachowawczego, zrozumiałby, że nie żartuję, bo nie było we mnie ani krzty wyrozumiałości, ani jednego pierdolonego grama, nie po tym, co właśnie odjebał.
- To nie jeszt twój dom, więc nie pieldol, sze kogoś pszyjąłeś. Nie ty ją tu zaplosiłeś, i nie ty decydujesz, kto zasługuje na szacunek. - Syknąłem mu nad uchem, stojąc tak blisko, że czułem jego wodę kolońską. Całe szczęście, ja też nie byłem decyzyjny, bo teraz kazałbym mu wypierdalać, a tak tylko obróciłem go szarpnięciem, dopiero wtedy odstawiając go na ziemię - tak, że mógł zakrztusić się własnym oburzeniem, może wcześniej trochę poddusić kołnierzem, który zaczął się pruć - nie bardziej niż on wcześniej - po czym pchnąłem go do przodu. Raz, konkretnie, w stronę, w którą miał iść - prosto na hamaki. Nie, żeby się przewrócił, tylko poczuł, że właśnie stracił jakiekolwiek prawo do teatralnych wyjść i fochów, i zrozumiał, że ma iść tam, gdzie mu każę.
- Pszeprosisz ją, a potem zamkniesz jadaczkę i siądziesz przy ognisku. - Powiedziałem. Cicho. Wyjątkowo spokojnie. - Albo wpieldolę cię do wody, szebyś ochłonął. - Nie było w tym krzyku - to nie było potrzebne, wszystko siedziało w tonie głosu, moim uścisku, spojrzeniu, którym mógłbym mu wpierdolić, gdybym chciał. To nie był żaden teatrzyk - to była konkretna odpowiedź na konkretne zachowanie - bycie kutasem, gnojenie kobiety, którą - tak, do kurwy nędzy - zaprosiliśmy tu wszyscy, może niektórzy pośrednio, ale byliśmy jednym towarzystwem... Przyjaciół, nie wrogów, a teraz on darł mordę jakby to była jego posiadłość, jego towarzystwo, jego zasady... Tylko, że to nie była jego posiadłość, i nie jego zasady.
Stałem obok, czekałem, nie zamierzałem go trzymać dłużej, ale też nie zamierzałem mu pozwolić się ewakuować. Nie po tym. W tym momencie nie byłem jego przyjacielem - są granice, nawet w przyjaźni, zwłaszcza w przyjaźni - byłem facetem, który właśnie rozliczał kogoś z bycia kutasem. Teraz widziałem przed sobą rozdygotaną, zaplutą wersję Romka, który najwyraźniej zapomniał, że jesteśmy dorośli.
- Pszeproś ją. - Powiedziałem jeszcze raz, ciszej, wolniej, tylko do jego uszu. - I nie pieldol więcej, bo jeśli jeszcze las otwoszysz japę i poleci s niej coś podobnego... Nie będę szię powstszymywał. Lozumiesz? Ma byś, kulwa, miło. - Wycedziłem.
Może nie zrozumiał, ale liczyłem, że przynajmniej zobaczył, iż linia została przekroczona, nie było już „starych czasów”, „żartów”, „tolerowalnej przesady”, była granica. Nie podnosiłem głosu. Nie musiałem - było coś w moim tonie, co wyraźnie dawało do zrozumienia, że nie stoję tu po to, by wysłuchiwać tłumaczeń. Stałem po to, by zakończyć to gówno, zanim zrobi się gorzej, i jeśli miałem rzucić Romulusa jak wór szmat do jeziora, zrobiłbym to bez wahania. Tak po prostu, bo nie miałem zamiaru patrzeć, jak traktuje Prudence - nie na mojej warcie. Nie, kurwa, na mojej.
Zrobił to, trzeba przyznać, z jakąś namiastką klasy, i gdyby nie pewność, że było inaczej, mógłbym nawet stwierdzić, iż zwyczajnie uznał, że tak właśnie powinien zejść ze sceny. Szkoda tylko, że nikt nie klaskał.
Natomiast Romulus… Nie spadł, nie opadł, nie zsunął się, nie zlewitował... Romulus się po prostu spierdolił. Tak - spektakularnie spierdolił się w dół, jak worek ziemniaków, który ktoś wrzucił z czwartego piętra, i to nie worek świeżych, apetycznych kartofelków, tylko takich już trochę nadgniłych, miękkich, z kiełkami. Stłumione „mlask!” - i po sprawie. Tak, tak - po sprawie... Czyżby? Oczywiście, że nie, bo czemu nie - przez jeden moment wyglądał, jakby jeszcze obrał tor spadania za Corneliusem, mając wpaść do wolnego hamaka, a w następnym... Już nie. Nie dość, że się spierdolił, to jeszcze idealnie na Prudence i Eliasa, którzy dotąd dzielili sobie siedzisko, jakby celował. Zupełnie tak, jak gdyby zobaczył ich tam i pomyślał sobie: „A co, może przy okazji wpadnę na pogawędkę.”
Odruchowo wciągnąłem dym papierosowy do płuc, krztusząc się trochę przy wydechu. Towarzyszyła mi bardzo głęboka świadomość, że jeśli ten wieczór się nie zakończy jakimś zaklęciem leczniczym, to znaczy, iż nikt nie próbował wystarczająco mocno. Czy żałowałem? Absolutnie nie. To był najzabawniejszy upadek, jaki widziałem od lat, a wieczór był jeszcze młody i dopiero się rozkręcał.
Rozległ się jęk, chrzęst materiału, który nie był stworzony, by utrzymać trzy osoby. Przez chwilę nic nie mówiłem, bo sceny tego typu wymagały ciszy, kontemplacji, może nawet jakiegoś wewnętrznego namaszczenia, ale... Przecież nie można siedzieć wiecznie, kiedy ludzie giną, lub chociaż się kompromitują, prawda?Wiedziałem, że to cyrk - nie ma co się przejmować, ale skoro już los podał mi na srebrnej tacy pretekst, żeby podnieść się i iść po alkohol, to grzechem byłoby z niego nie skorzystać.
Zanim ruszyłem, rzuciłem w stronę Astarotha:
- No to koniec show, co? Idę po coś mocniejszego.
Nie czekając na odpowiedź, podniosłem się z miejsca i ruszyłem w stronę hamaka, gdzie trójka nieszczęśników leżała na kupie i raczej nie wyglądała na w pełni funkcjonalną. Nie dostrzegłem krwi, więc uznałem to za pozytywny znak. Podszedłem bliżej, starając się nie nadepnąć na nic ważnego. Z bliska wyglądało to jeszcze bardziej groteskowo, ale chyba nic nikomu nie było. Wieczór trwał dalej, jednak wewnętrznie uznałem, że jeśli przy następnej rundzie ktoś nie złamie kręgosłupa, to będziemy mogli mówić o cudzie.
- Wsystko spoko? - Zapytałem, jeszcze z odległości, próbując brzmieć jak najbardziej troskliwie, chociaż w środku śmiałem się na samą myśl, jak absurdalnie wyglądała ta cała sytuacja. Nie zdążyłem do nich dotrzeć, zanim Romulus zaczął się podnosić, ale jego słowa były tak głośne, że trudno byłoby nie zrozumieć przekazu. Widziałem już wiele odklejek w jego wykonaniu, ale ta… Ta przebiła wszystko.
Krok po kroku, będąc coraz bliżej, słuchałem, jak rzuca słowami jak sztyletami z gówna nasączonymi jadem - na lewo, na prawo, bełkotliwie, agresywnie. To był mój punkt graniczny. Może chodziło o ten ton głosu, a może po prostu o fakt, że Romulus, mój przyjaciel - jasne, znaliśmy się długo, za długo, żeby udawać, że nie wiedziałem, na co go stać - właśnie dał z siebie pokaz godny najgorszego rodzaju pajaca i stał się tylko tym rozdygotanym, małym człowiekiem z wielkim ego i z gębą pełną jadu. Nie był już nawet groteskowy, był po prostu żenujący, gówno się w nim zagotowało i teraz próbował nim pluć na wszystko wokół, w tym na osobę, którą - byłem tego pewien - ostatnią należało winić za ten cyrk, który mógłby być nawet zabawny, gdyby nie reakcja Pottera. Już dawno przekroczył granicę, ale to, co właśnie powiedział, to nie była frustracja, to nie była głupota - było chamstwo w czystej postaci. Obrzydliwa próba ustawienia kogoś do kąta, upokorzenia pod płaszczykiem urażonej godności - nie, nie zamierzałem tego zostawić. Potraktował Prudence, jakby wparowała bez pytania i zesrała się mu do walizki z jedwabiem.
To była kobieta, z którą spędzałem czas. Może nie mieliśmy tego kontynuować po tym tygodniu, nie planowaliśmy niczego długoterminowego, nie byliśmy parą, nie mieliśmy być związkiem - nie zamierzałem oznajmiać wszem i wobec, że coś nas łączy, ale miałem coś, czego Romulus, jak się właśnie okazało, najwyraźniej nie posiadał - kręgosłup. Zaraz potem próbował się ewakuować. Z podniesionym łbem, jakby mógł być dumny z teatrzyku, jaki odstawił.
Nie zdążył zrobić trzeciego kroku w stronę domu. Zacząłem iść, zanim skończył krzyczeć, bo już po pierwszych słowach wiedziałem, że nie zamierzam tego wysłuchiwać do końca - po prostu sięgnąłem po kołnierz jego koszuli i pociągnąłem - bez ostrzeżenia i zbędnych ceregieli. Złapałem go za kołnierz w tym samym momencie, w którym próbował z godnością odejść - tyle, że on nie miał już żadnej godności, a ja nie miałem już żadnej cierpliwości. Szarpnąłem - tak, żeby zatrzymał się w miejscu natychmiast, zarywając piętami o ziemię. To naprawdę nie był jego najlepszy dzień, jeśli sądził, że mu się upiecze. Pobrudził sobie przy tym te swoje eleganckie buciki, a może je zniszczył - zerwał obcasy? Nie patrzyłem. Kurwa, szkoda, ale to nie była koleżeńska przestroga, nie było w tym miejsca na: „Ej, ogarnij się, stary.”, nie miałem zamiaru wdawać się w dywagacje. Nie zamierzałem odpuszczać, nie miałem w sobie cienia wyrozumiałości, nie teraz.
Zadziałały impulsy - szarpnąłem go w górę i dosłownie oderwałem jego drogie butki od trawy, jakby ważył tyle, co było warte jego napompowane ego. Podniosłem go na kilka centymetrów ponad ziemię, tak żeby poczuł, że nie stoi już na własnych nogach. Nie obchodziło mnie, czy miał zły dzień, złą noc, złe dzieciństwo czy rozjebane czakry - w tej chwili był kawałkiem kutasa na dwóch nogach i musiał to usłyszeć.
- Masz, kulwa, natychmiast szię ogalnąś i pszestaś byś chujem. - Powiedziałem to bardzo spokojnie - aż nienaturalnie spokojnie - nie było w tym warkotu, nie było krzyku, ale każdy, kto miał trochę instynktu samozachowawczego, zrozumiałby, że nie żartuję, bo nie było we mnie ani krzty wyrozumiałości, ani jednego pierdolonego grama, nie po tym, co właśnie odjebał.
- To nie jeszt twój dom, więc nie pieldol, sze kogoś pszyjąłeś. Nie ty ją tu zaplosiłeś, i nie ty decydujesz, kto zasługuje na szacunek. - Syknąłem mu nad uchem, stojąc tak blisko, że czułem jego wodę kolońską. Całe szczęście, ja też nie byłem decyzyjny, bo teraz kazałbym mu wypierdalać, a tak tylko obróciłem go szarpnięciem, dopiero wtedy odstawiając go na ziemię - tak, że mógł zakrztusić się własnym oburzeniem, może wcześniej trochę poddusić kołnierzem, który zaczął się pruć - nie bardziej niż on wcześniej - po czym pchnąłem go do przodu. Raz, konkretnie, w stronę, w którą miał iść - prosto na hamaki. Nie, żeby się przewrócił, tylko poczuł, że właśnie stracił jakiekolwiek prawo do teatralnych wyjść i fochów, i zrozumiał, że ma iść tam, gdzie mu każę.
- Pszeprosisz ją, a potem zamkniesz jadaczkę i siądziesz przy ognisku. - Powiedziałem. Cicho. Wyjątkowo spokojnie. - Albo wpieldolę cię do wody, szebyś ochłonął. - Nie było w tym krzyku - to nie było potrzebne, wszystko siedziało w tonie głosu, moim uścisku, spojrzeniu, którym mógłbym mu wpierdolić, gdybym chciał. To nie był żaden teatrzyk - to była konkretna odpowiedź na konkretne zachowanie - bycie kutasem, gnojenie kobiety, którą - tak, do kurwy nędzy - zaprosiliśmy tu wszyscy, może niektórzy pośrednio, ale byliśmy jednym towarzystwem... Przyjaciół, nie wrogów, a teraz on darł mordę jakby to była jego posiadłość, jego towarzystwo, jego zasady... Tylko, że to nie była jego posiadłość, i nie jego zasady.
Stałem obok, czekałem, nie zamierzałem go trzymać dłużej, ale też nie zamierzałem mu pozwolić się ewakuować. Nie po tym. W tym momencie nie byłem jego przyjacielem - są granice, nawet w przyjaźni, zwłaszcza w przyjaźni - byłem facetem, który właśnie rozliczał kogoś z bycia kutasem. Teraz widziałem przed sobą rozdygotaną, zaplutą wersję Romka, który najwyraźniej zapomniał, że jesteśmy dorośli.
- Pszeproś ją. - Powiedziałem jeszcze raz, ciszej, wolniej, tylko do jego uszu. - I nie pieldol więcej, bo jeśli jeszcze las otwoszysz japę i poleci s niej coś podobnego... Nie będę szię powstszymywał. Lozumiesz? Ma byś, kulwa, miło. - Wycedziłem.
Może nie zrozumiał, ale liczyłem, że przynajmniej zobaczył, iż linia została przekroczona, nie było już „starych czasów”, „żartów”, „tolerowalnej przesady”, była granica. Nie podnosiłem głosu. Nie musiałem - było coś w moim tonie, co wyraźnie dawało do zrozumienia, że nie stoję tu po to, by wysłuchiwać tłumaczeń. Stałem po to, by zakończyć to gówno, zanim zrobi się gorzej, i jeśli miałem rzucić Romulusa jak wór szmat do jeziora, zrobiłbym to bez wahania. Tak po prostu, bo nie miałem zamiaru patrzeć, jak traktuje Prudence - nie na mojej warcie. Nie, kurwa, na mojej.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)