Karty zgasły, nagłym świstem zamierania płomieni, a Morpheus, jak wiedziony zaklęciem, zrobił kilka kroków w przód, czując gorąc nadal tlących się zgliszczy, drewna, papieru. Nagłe zmiany ciśnienia przywołały nienaturalny podmuch, który przywiał do mężczyzny pył z kart i wir karteluszków. Projektów kolejnych talii, całkowicie sczerniałych od temperatury. Schylił się i z gliszczy wyciągnął metalową formę, trzymając ją przez swoją chustkę, aby nie poparzyć dłoni. Linoryt karty, której już nigdy nikt nie odbije. Koło Fortuny.
Nie była to klasyczna karta. Skrzydlata bogini Fortuna stała na środku koła, że zawiązanymi oczyyma, nie chcąc rozróżniać między królami i chłopami, mężczyznami i kobietami, bogatymi i biednymi. Po każdej stronie koła stała inna postać, jedna po boku, druga siedziała na szczycie z uszami osła, aby wskazywać na ignorancję, trzecia, z ogonem, aby wskazać jej poniżenie, obracał się głową w dół, a pod kołem był zgniatany starzec. To zdecydowanie była talia Visconti-Sforza i chociaż Morpheus nie mógł w ciemności rozczytać napisów, odwróconych lustrzanie, wiedział, że każdej postaci towarzyszył napis, kolejno: Regnabo, Regno, Regnavi i Sum sine regno. Będę panował, panuję, panowałem, nie mam królestwa. Koło miało za to trzy okręgi, z których wewnętrzny to siła twórcza, środkowy to moc transformująca, a zewnętrzny to świat materialny, ta sama symbolika, co w trzech poziomach korony Hierofanta. Format upadku z łaski, po którym następuje odkupienie. Dramatyczne alegorie, postacie były abstrakcjami, a ich bohaterem było samo człowieczeństwo.
Wyrzucił linoryt daleko od siebie, czując, że nie chce widzieć więcej, a przyszłość pcha się do niego, naciera na jego czaszkę. Dogonił grupę, nie myśląc o tej piekielnej Pani Fortunie. O tym, że raz jesteś na wozie, a raz pod wozem. Gdyby nie wyglądało to kretyńsko, pogroziłby płomieniom pięścią, aby przekazały bogom, że mają być albo bardziej specyficzni, albo mniej złośliwi w swoich wizjach i profecjach.
Napotkawszy wzrokiem szwagierkę, Morpheus zwolnił trochę kroku, poprawił włosy, próbował zetrzeć spod nosa, z zarostu, resztkę swojej krwi. Nie było tego dużo, w uszach przestawało mu dzwonić, został tylko odległy pisk, jakby świst. I trochę czerwonej farby, smugi, która ciągnęła się od ciemienia w przypaloną szczecinę brody. Będzie co wyrównywać. Morpheus wyglądał dużo gorzej, niż jak wtedy, kiedy się rozstawali, po ogromnym sukcesie magicznego ratunku kilka godzin temu. Kilka żyć później tak na prawdę.
— Wystarczająco żywi, żebyś nie musiała się przejmować — stwierdził, tak bardzo wesoło, ale tuż za jego oczami nie było już tego blasku, to tylko dogasający ogień odbijał się w czarnych z braku światła tęczówkach, nie życie. — Jak sobie radzisz? Przybywamy z odsieczą.
Bardzo chciał żartować, ale nie podszedł za blisko, żeby nie zauważyła, jak trzęsie mu się ręką i jak nie może tego zatrzymać. Na dodatek miał poczucie, że coś się zbliża, coś nadchodzi, coś bardzo złego, a on nigdy nie ignorował tego dodatkowego głosiku.
— Nie stójmy na zewnątrz, szybko, Henry, panie Lockhart, proszę również. Może trzeba kogoś wesprzeć, pomóc z bandażami, herbatą? — widać było po nim, że stagnacja go martwiła, denerwowała. Musiał działać.
Oto nieustannie obracające się Koło Fortuny, które prowadzi ludzi i ich losy w górę i w dół.