19.06.2025, 01:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.06.2025, 01:30 przez Eden Lestrange.)
Zło naprawdę miało swoją temperaturę. Wyczuwała ją pod skórą - ciężką, lepką, jakby każda sekunda spędzona wśród tego ognia przypominała jej, że nic, absolutnie nic nie zostanie takie, jak było. W nozdrzach czuła więcej niż spaleniznę; czuła gnicie idei. I może właśnie dlatego nie wzdrygnęła się na widok ciał, nie krzyknęła, nie odwróciła wzroku. Bo od dawna wiedziała, że to wszystko musiało kiedyś spłonąć. Po prostu nie spodziewała się, że to będzie aż tak dosłowne.
Cały ten czas szła przez płonące ulice obojętna. Dopiero krzyk kobiety - szarpany, histeryczny, obracający się w pustą ciszę - wrył się jej w kręgosłup. Dźwięk rozrywający powietrze, zbyt ludzki, zbyt prawdziwy. Zaraz potem kolejny - ktoś płakał, ktoś błagał, ktoś uciekał.
Dopiero wtedy poczuła, jak bardzo nie znała tych dźwięków. Jak odległe były jej dotąd te emocje - ten ból, to przerażenie, to niezrozumienie. Jej świat do tej pory nie płonął. Jego tragedie były estetyczne, przefiltrowane przez nagłówki i korespondencje. Nawet kiedy walczyła, nawet kiedy ryzykowała - zawsze było w tym coś sterylnego. A teraz? Teraz ludzie płonęli naprawdę.
Nie znała ich imion. Nie znała ich twarzy. Ale każdy kolejny dźwięk rozdzierał ją bardziej niż poprzedni. Coś pękało, coś się przesuwało - nie gwałtownie, ale nieodwracalnie.
Stała obok Alastora, ale nie słyszała połowy jego słów. Gasimy tyle, ile damy radę. W porządku. Dawała radę przez całe życie. Dawała radę ojcu. Dawała radę jego nazwisku, jego układom, jego przeklętym prezentom. Dawała radę wszystkiemu, bo nie było innego wyboru i w tym momencie też nie sposób było znaleźć alternatywy. Uniosła więc różdżkę, próbując skończyć to, co zaczął Alek - rozproszyć swąd magicznego zepsucia, który ściągał na nich kolejne ściany ognia.
Co dwie różdżki, to nie jedna - nawet jeśli Moody w pojedynkę nie mógł podołać ogniu, Malfoy jak za starych, dobrych czasów stała obok właśnie po to, żeby go asekurować. Nie miała mu za złe, że w obliczu wywracającej żołądkiem tragedii nie stanął na wysokości zadania; ona też nie miała pojęcia, co robi. Ale razem się uzupełniali, bo przecież byli partnerami. Teraz nawet więcej niż w tylko jednym aspekcie.
- Odsuńmy się, zanim to wszystko na nas runie - zarządziła, łapiąc go ciasno za nadgarstek wolną dłonią i ciągnąc kilka kroków wstecz.
Cały ten czas szła przez płonące ulice obojętna. Dopiero krzyk kobiety - szarpany, histeryczny, obracający się w pustą ciszę - wrył się jej w kręgosłup. Dźwięk rozrywający powietrze, zbyt ludzki, zbyt prawdziwy. Zaraz potem kolejny - ktoś płakał, ktoś błagał, ktoś uciekał.
Dopiero wtedy poczuła, jak bardzo nie znała tych dźwięków. Jak odległe były jej dotąd te emocje - ten ból, to przerażenie, to niezrozumienie. Jej świat do tej pory nie płonął. Jego tragedie były estetyczne, przefiltrowane przez nagłówki i korespondencje. Nawet kiedy walczyła, nawet kiedy ryzykowała - zawsze było w tym coś sterylnego. A teraz? Teraz ludzie płonęli naprawdę.
Nie znała ich imion. Nie znała ich twarzy. Ale każdy kolejny dźwięk rozdzierał ją bardziej niż poprzedni. Coś pękało, coś się przesuwało - nie gwałtownie, ale nieodwracalnie.
Stała obok Alastora, ale nie słyszała połowy jego słów. Gasimy tyle, ile damy radę. W porządku. Dawała radę przez całe życie. Dawała radę ojcu. Dawała radę jego nazwisku, jego układom, jego przeklętym prezentom. Dawała radę wszystkiemu, bo nie było innego wyboru i w tym momencie też nie sposób było znaleźć alternatywy. Uniosła więc różdżkę, próbując skończyć to, co zaczął Alek - rozproszyć swąd magicznego zepsucia, który ściągał na nich kolejne ściany ognia.
Rzut PO 1d100 - 59
Sukces!
Sukces!
Co dwie różdżki, to nie jedna - nawet jeśli Moody w pojedynkę nie mógł podołać ogniu, Malfoy jak za starych, dobrych czasów stała obok właśnie po to, żeby go asekurować. Nie miała mu za złe, że w obliczu wywracającej żołądkiem tragedii nie stanął na wysokości zadania; ona też nie miała pojęcia, co robi. Ale razem się uzupełniali, bo przecież byli partnerami. Teraz nawet więcej niż w tylko jednym aspekcie.
- Odsuńmy się, zanim to wszystko na nas runie - zarządziła, łapiąc go ciasno za nadgarstek wolną dłonią i ciągnąc kilka kroków wstecz.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~