19.06.2025, 01:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.06.2025, 01:52 przez Hannibal Selwyn.)
Pozostało niewiele rzeczy, których te ściany nie widziały w jego wykonaniu i właśnie miała nastąpić najbardziej ostateczna z nich.
Hannibal nie zdążył się nawet dobrze przestraszyć kłów, gdy został rzucony na deski sceny.
Pod powiekami rozbłysło, a potem pociemniało, kiedy przywalił w podłogę głową, której nie schował na czas w ramionach, Ciało zabolało w znajomy, wyciskający powietrze z płuc sposób, jak po wyjątkowo spektakularnym upadku, który przecież nie zdarzył mu się już od dawna.
Stęknął głucho, przygnieciony ciężarem Gabriela, wprawnie unieruchamiającego jego ręce, udaremniającego wszelkie próby obrony. Wierzgnął, próbując zrzucić z siebie napastnika, ale ten, sycząc groźby i zapowiedzi, złapał go za włosy i pociągnął, niemal odrywając mu głowę, wyciskając z ofiary kolejny jęk, żałośnie bezsilny. Selwyn spróbował wyszarpnąć się z uścisku, ale było to niemożliwe. Znieruchomiał, czując, jak zalewa go adrenalina - na próżno, bo i tak nie mógł nic zrobić, poza oddychaniem panicznie szybko i sercem walącym, jakby zaraz miało mu wyskoczyć z piersi, tłoczącym krew - donikąd, donikąd, ale już niedługo być może do gardła wampira. Jak to jest być ukąszonym?
Zdecydowanie nie chciał umierać, ale jakie lepsze miejsce na śmierć aktora, niż scena?
- Nnnnghhh… laisse-… moi… - wycharczał z trudem, skręcona tchawica nie pozwalała na wiele więcej. Bez sensu, bo co niby miało się stać, wściekły wampir posłuchałby jego życzenia i puś-...
...-cił.
Podziałało.
Hannibal, zaciskający powieki i czekający już właściwie na swój koniec, poczuł, jak palce agresora wyplątują się z jego włosów, a przygniatające go ciało zsuwa się. Zerwał się, ale zaraz klapnął niezgrabnie na podłogę, jak pijany. Odsunął się niezgrabnie metr czy dwa na czworaka, macając za swoją różdżką, upuszczoną podczas ataku, i rozglądając się po ciemnym wnętrzu sali. Nie dostrzegł jednak żadnego wybawcy na białym koniu bo i skąd koń w teatrze w środku nocy, tylko Gabriela, którego pełen gniewu monolog przeszedł w żałosny płacz.
To była kulminacja dziwnych wydarzeń tego wieczoru. Musiała być - strach było pomyśleć, co jeszcze dziwniejszego mogłoby się zdarzyć. Krwiożerczy wampir, diabli wiedzą jak wiekowy i ewidentnie szurnięty, szlochał skulony na środku sceny, a Selwyn czuł się jak w grotesce. Nie miał pojęcia, co robić - spieprzać jak najdalej? Wezwać jakieś służby?
Istota przed nim mamrotała, pogrążona we własnym bólu.
Kim był ów “on”? Nie wiedział, ale brzmiało to jak zawód miłosny. Czy był podobny do Hannibala? Słyszał opowieści o psychofanach, ogarniętych obsesją na tle swoich idoli, ale zrozpaczonemu wampirowi ewidentnie nie chodziło o niego - całe szczęście.
Zamknął otwarte ze zdziwienia usta. Pomacał pokaźnego guza na potylicy i syknął, czując lepką wilgoć pod palcami. Poczuł, jak drżą mu ręce, jak absurd sytuacji i nowa fala adrenaliny spowodowana raną uderzają mu do głowy, w której i tak trochę się kręciło.
- To ci się, kurwa, prawie udało! - mruknął.
Wampir płakał, najwyraźniej chwilowo nieszkodliwy, i cóż, to nie było tak znowu różne od pijanego z żalu przyjaciela, którego rzuciła dziewczyna, a teraz trzeba było go przytulić i pozwolić emocjom przetoczyć się w spokoju. Hannibal poczuł absurdalny, irracjonalny impuls, by to zrobić, nie był jednak aż tak głupi.
- Uhm… - zaczął zamiast tego ostrożnie, za namową resztek instynktu samozachowawczego utrzymując w miarę bezpieczną odległość i różdżkę w pogotowiu - Może, nie wiem… chcesz porozmawiać?... Tak wiesz… zamiast wpierdolu i okrutnej śmierci?
Hannibal nie zdążył się nawet dobrze przestraszyć kłów, gdy został rzucony na deski sceny.
Pod powiekami rozbłysło, a potem pociemniało, kiedy przywalił w podłogę głową, której nie schował na czas w ramionach, Ciało zabolało w znajomy, wyciskający powietrze z płuc sposób, jak po wyjątkowo spektakularnym upadku, który przecież nie zdarzył mu się już od dawna.
Stęknął głucho, przygnieciony ciężarem Gabriela, wprawnie unieruchamiającego jego ręce, udaremniającego wszelkie próby obrony. Wierzgnął, próbując zrzucić z siebie napastnika, ale ten, sycząc groźby i zapowiedzi, złapał go za włosy i pociągnął, niemal odrywając mu głowę, wyciskając z ofiary kolejny jęk, żałośnie bezsilny. Selwyn spróbował wyszarpnąć się z uścisku, ale było to niemożliwe. Znieruchomiał, czując, jak zalewa go adrenalina - na próżno, bo i tak nie mógł nic zrobić, poza oddychaniem panicznie szybko i sercem walącym, jakby zaraz miało mu wyskoczyć z piersi, tłoczącym krew - donikąd, donikąd, ale już niedługo być może do gardła wampira. Jak to jest być ukąszonym?
Zdecydowanie nie chciał umierać, ale jakie lepsze miejsce na śmierć aktora, niż scena?
- Nnnnghhh… laisse-… moi… - wycharczał z trudem, skręcona tchawica nie pozwalała na wiele więcej. Bez sensu, bo co niby miało się stać, wściekły wampir posłuchałby jego życzenia i puś-...
...-cił.
Podziałało.
Hannibal, zaciskający powieki i czekający już właściwie na swój koniec, poczuł, jak palce agresora wyplątują się z jego włosów, a przygniatające go ciało zsuwa się. Zerwał się, ale zaraz klapnął niezgrabnie na podłogę, jak pijany. Odsunął się niezgrabnie metr czy dwa na czworaka, macając za swoją różdżką, upuszczoną podczas ataku, i rozglądając się po ciemnym wnętrzu sali. Nie dostrzegł jednak żadnego wybawcy na białym koniu bo i skąd koń w teatrze w środku nocy, tylko Gabriela, którego pełen gniewu monolog przeszedł w żałosny płacz.
To była kulminacja dziwnych wydarzeń tego wieczoru. Musiała być - strach było pomyśleć, co jeszcze dziwniejszego mogłoby się zdarzyć. Krwiożerczy wampir, diabli wiedzą jak wiekowy i ewidentnie szurnięty, szlochał skulony na środku sceny, a Selwyn czuł się jak w grotesce. Nie miał pojęcia, co robić - spieprzać jak najdalej? Wezwać jakieś służby?
Istota przed nim mamrotała, pogrążona we własnym bólu.
Kim był ów “on”? Nie wiedział, ale brzmiało to jak zawód miłosny. Czy był podobny do Hannibala? Słyszał opowieści o psychofanach, ogarniętych obsesją na tle swoich idoli, ale zrozpaczonemu wampirowi ewidentnie nie chodziło o niego - całe szczęście.
Zamknął otwarte ze zdziwienia usta. Pomacał pokaźnego guza na potylicy i syknął, czując lepką wilgoć pod palcami. Poczuł, jak drżą mu ręce, jak absurd sytuacji i nowa fala adrenaliny spowodowana raną uderzają mu do głowy, w której i tak trochę się kręciło.
- To ci się, kurwa, prawie udało! - mruknął.
Wampir płakał, najwyraźniej chwilowo nieszkodliwy, i cóż, to nie było tak znowu różne od pijanego z żalu przyjaciela, którego rzuciła dziewczyna, a teraz trzeba było go przytulić i pozwolić emocjom przetoczyć się w spokoju. Hannibal poczuł absurdalny, irracjonalny impuls, by to zrobić, nie był jednak aż tak głupi.
- Uhm… - zaczął zamiast tego ostrożnie, za namową resztek instynktu samozachowawczego utrzymując w miarę bezpieczną odległość i różdżkę w pogotowiu - Może, nie wiem… chcesz porozmawiać?... Tak wiesz… zamiast wpierdolu i okrutnej śmierci?