Długie lata pracy nad klątwołamaniem zadziałały jak malowane. Figurka zbladła, nagle zniknęła złota patyna, odkrywając, jak bezwartościowa w rzeczywistości była, a wraz z pięknym wyglądem, zniknęła petryfikacja. BUM-owcy złapali mężczyznę pod pachy i postawili go w końcu na nogi, dziękując szczodrze i kłaniając się w pas Quintessie, gdy tylko ten był w stanie postawić trzy stabilne kroki. Złodziej oczywiście skorzystał z okazji i teleportował się stróżom prawa sprzed nosa, zresztą, tamci mieli inne problemy.
W tym samym czasie czar Morpheusa złapał za kołnierz zdesperowanego prawnika, jak wredna nauczycielka za maczanie warkoczyków koleżanki w kałamarzu. Magia wyciągnęła go w ostatnim momencie, bowiem zaraz w miejscu, gdzie stał, spadł płonący strop, zawalając się razem z płonącymi dokumentami. Ciągnięty zaklęciem wylądował niemal u stóp Niewymownego, który pomógł mu podnieść się na nogi i w kilku słowach wyjaśnił, co myśli o takiej głupocie. W perspektywie zbyt ostro.
Robiło się coraz większe zamieszanie, a wieszcz miał wrażenie, że jego gardło jest zdarte od modlitw, których nie słyszy żadne bóstwo. Czy tak czuli się mieszkańcy Sodomy i Gomory, gdy aniołowie zesłali na nich pożogę i bliźniacze miasta zapłonęły? Nie miał czasu na te dywagacje, odsalutował Tessie i pognał dalej.
Czas go gonił, nawet jeżeli miał go dwa razy więcej.