Niegdyś kolorowa witryna teraz tonęła w sadzy i pęknięciach, jakby nawet wspomnienia dzieciństwa nie były już bezpieczne w tym świecie. Podniósł rękę powoli, niemal z namaszczeniem, jakby rzucał nie zaklęcie, lecz przekleństwo. Musiał się uspokoić. Nie orientował się, co się dzieje i to go przerażało najbardziej, milczał, bo świat przepływał przez niego, jak kalejdoskop kolejnych obrazów, a nie prawdziwe życie. Jak mugolskie ruchome obrazki, zwane filmami.
To nie był ból, który można opisać ciałem. Nie rwał mięśni, nie wykręcał stawów, nie zostawiał śladów tam, gdzie zwykle szuka się ran. Był głębszy, jakby ktoś dotknął samego środka istnienia, miejsca, o którym człowiek nie wiedział, że może boleć. Jakby ktoś odciął myśl od myśli, zostawiając umysł sam na sam z czymś surowym i nagim, co nie miało języka, tylko obecność, ciężką, obcą, wieczną. Wspomnienie tej chwili nie wracało obrazem, lecz przestrzenią, milczącym pokojem, w którym zgasło światło, a cisza przytulała się do gardła zbyt mocno, by oddychać. Czuł się wtedy jak miejsce po katastrofie, puste, ale wciąż pełne echa. Pamiętał to jako oddzielenie od siebie, rozstanie z czymś, co czyniło go człowiekiem, jakby przez chwilę był jedynie formą bólu, bez początku i końca.
To nie była tortura zadana ciału, lecz duszy, z której ktoś zedrze skórę, a potem każe jej trwać, słuchać i pamiętać.
Wdech. Wydech.
Odbierał powietrze, zabierał je. Najskuteczniejszy sposób, aby zatrzymać ogień. Zabrać to, daje mu życie. Czy właśnie tak umrze on sam? Bez tlenu, po tym, jak zamiast ciepła, zacznie przynosić zniszczenie i łaską okaże się odebranie mu oddechu? Pewnie tak.
Translokacja ◉◉◉○○: Zabieram tlen z przestrzeni i zaduszam jego brakiem ogień.
Sukces!
Ogień nie zgasł nagle.
Nie był nawet pewien, kiedy przestał być ogniem. Najpierw tylko przygasł od środka, jakby coś w nim przypomniało sobie o końcu. Jeszcze tańczył, jeszcze próbował, ale już bez przekonania. Powietrze uciekło, wypchnięte zaklęciem, jak sens z rozmowy z wieszczami i jasnowidzami, powoli, nieubłaganie. Z każdą chwilą płomień robił się cięższy, bardziej milczący, aż w końcu nie został z niego żar, lecz wspomnienie żaru, ciepło tak słabe, że można by je pomylić z chłodem.
Zabawki patrzyły w ciemniejące niebo przez rozbite, pokryte sadzą szkło witryny resztkami twarzy. Czasem tylko drgnął któryś z porcelanowych palców, jakby chciał pomachać, pożegnać się, zapytać, czy to naprawdę już. Ich kolory nadal łuszczyły się, od żaru, który umierał.
Miś ze zwęglonym uchem osuwał się powoli na bok, w kupkę spopielonych przyjaciół z wystawy, jak człowiek, który zbyt długo czekał na cud. Lalka w sukience z cekinami, stopionymi w jeden kawałek plastiku, miała jeszcze w oczach coś na kształt światła, ale tylko na moment, zanim wszystko zgasło.
Czy to naprawdę było zwycięstwo kogokolwiek?