20.06.2025, 18:03 ✶
Nie spodziewał się tego. Stał przez chwilę sztywno, jakby otumaniony, zszokowany. Właśnie uściskał go Anthony Shafiq we własnej osobie. Ubrudzony farbą i smołą, też przeżywający tą noc cholernie ciężko. Wszyscy, którzy nie byli Śmierciożercami coś dziś tracili. Henry uświadomił to sobie, rezygnując przez chwilę z myślenia o tym, jak bogacze mogli sobie łatwiej z tym wszystkim poradzić. No bo pewnie, że odbudowa miała być dla nich łatwiejsza, ale teraz, w tym momencie, gdy wszystko się waliło, a nigdzie nie było bezpiecznie... klasa nie grała roli.
Dlatego po chwili, ostrożnie odwzajemnił gest. Przytulił się do Shafiqa i natychmiast poczuł to obce sobie straszliwe uczucie. To, czego sieroty takie jak on były pozbawione. Czego nie mogły czuć, dlatego, że po prostu nie było to im już dane. Chodziło o obecność rodzica. Ojca. To było chwilowe. Anthony Shafiq nie był Paulem Lockhartem, a Henry nawet nie miał pojęcia, jak to by było przytulać właśnie jego. A jednak ta noc była dziwna, pełna cierpienia, zła, dymu i bólu. Nie dało się wytrwać będąc samotnym. Nie sposób było sobie poradzić z przygniatającym ciężarem wszechobecnej śmierci.
W ojcowskim objęciu Shafiqa czuł, jak jego bariera doszczętnie się kruszyła. Wydarły mu się ciche słowa, słyszalne tylko dla Anthony'ego. Myśl, którą wypierał przez całą noc.
– Tak bardzo się boję – wyszeptał słabo. Myślał o tym, co by powiedział mu w tej sytuacji ojciec. Z tego, co wiedział, Paul na pewno by nie wyskoczył z czymś w stylu "weź się w garść". Był podobno wrażliwy, dobry dla innych. Opiekuńczy. Jak Henry mógł to czuć? Tęsknić za kimś, kogo nawet nie znał?
Odsunął się od Anthony'ego i opuścił wzrok. Głupio mu było z tymi wszystkimi emocjami, które po sobie pokazał. Tylko jak dało się być chłodnym i profesjonalnym w takiej sytuacji?
– Zaraz przyjdę – powiedział Tessie Longbottom. Czuł, że łzy spływały mu po twarzy, więc szybko otarł je rękawem.
Shafiq nie był w stanie wejść do środka, ale Henry był w stanie jeszcze chwilę z nim porozmawiać przed wejściem. Zamienić kilka słów, podziękować, dodać sobie nawzajem otuchy. Kilka pożarów ugaszono, domy zostały ocalone, być może nawet wraz z życiami. Pocieszało to człowieka choć odrobinę. Że może nie wszystko jeszcze było kompletnie stracone. Że może po nocy nastanie świt, a wraz z nim, jeszcze przed odbudową, chwila na ochłonięcie. Trzeba było tylko przeżyć do tego momentu, dotrwać, by oglądać następne dni.
Potem Henry pożegnał się z Anthonym. Miał nadzieję, że następne zdjęcia, które miał mu zrobić mogły znaleźć się co najwyżej w rubryczce z wywiadami w Proroku. Niby dziennikarz powinien się cieszyć, jak coś ważnego dzieje się na jego oczach, ale Henry już modlił się, by ta ważna rzecz rychło się skończyła.
Kiedy został przedstawiony przez Selwyna w takich superlatywach, na jego twarzy nawet na chwilę zabłąkał się uśmiech. Może mógł być chociaż zadowolony z siebie i swojej pracy?
– To nic wielkiego, naprawdę – odparł skromnie. – Cieszę się, że mogłem pomóc. Naprawdę. Mam nadzieję, że te zdjęcia przydadzą się, by może... może coś zmienić.
Już nie czuł, że robił propagandę. Nie, to było coś innego. Morpheus mówił o badaniach nad przeciwzaklęciami, a ci ludzie... byli dobrzy. Czynili dobro, kiedy sytuacja tego wymagało. Kiedy łatwiej było schować głowę w piasek, dać się sparaliżować lękowi i uniknąć odpowiedzialności za świat dookoła. Nie, ci ludzie nie mówili "dajcie temu płonąć". Byli inni. Przynosili nadzieję na lepsze jutro.
Dlatego po chwili, ostrożnie odwzajemnił gest. Przytulił się do Shafiqa i natychmiast poczuł to obce sobie straszliwe uczucie. To, czego sieroty takie jak on były pozbawione. Czego nie mogły czuć, dlatego, że po prostu nie było to im już dane. Chodziło o obecność rodzica. Ojca. To było chwilowe. Anthony Shafiq nie był Paulem Lockhartem, a Henry nawet nie miał pojęcia, jak to by było przytulać właśnie jego. A jednak ta noc była dziwna, pełna cierpienia, zła, dymu i bólu. Nie dało się wytrwać będąc samotnym. Nie sposób było sobie poradzić z przygniatającym ciężarem wszechobecnej śmierci.
W ojcowskim objęciu Shafiqa czuł, jak jego bariera doszczętnie się kruszyła. Wydarły mu się ciche słowa, słyszalne tylko dla Anthony'ego. Myśl, którą wypierał przez całą noc.
– Tak bardzo się boję – wyszeptał słabo. Myślał o tym, co by powiedział mu w tej sytuacji ojciec. Z tego, co wiedział, Paul na pewno by nie wyskoczył z czymś w stylu "weź się w garść". Był podobno wrażliwy, dobry dla innych. Opiekuńczy. Jak Henry mógł to czuć? Tęsknić za kimś, kogo nawet nie znał?
Odsunął się od Anthony'ego i opuścił wzrok. Głupio mu było z tymi wszystkimi emocjami, które po sobie pokazał. Tylko jak dało się być chłodnym i profesjonalnym w takiej sytuacji?
– Zaraz przyjdę – powiedział Tessie Longbottom. Czuł, że łzy spływały mu po twarzy, więc szybko otarł je rękawem.
Shafiq nie był w stanie wejść do środka, ale Henry był w stanie jeszcze chwilę z nim porozmawiać przed wejściem. Zamienić kilka słów, podziękować, dodać sobie nawzajem otuchy. Kilka pożarów ugaszono, domy zostały ocalone, być może nawet wraz z życiami. Pocieszało to człowieka choć odrobinę. Że może nie wszystko jeszcze było kompletnie stracone. Że może po nocy nastanie świt, a wraz z nim, jeszcze przed odbudową, chwila na ochłonięcie. Trzeba było tylko przeżyć do tego momentu, dotrwać, by oglądać następne dni.
Potem Henry pożegnał się z Anthonym. Miał nadzieję, że następne zdjęcia, które miał mu zrobić mogły znaleźć się co najwyżej w rubryczce z wywiadami w Proroku. Niby dziennikarz powinien się cieszyć, jak coś ważnego dzieje się na jego oczach, ale Henry już modlił się, by ta ważna rzecz rychło się skończyła.
Kiedy został przedstawiony przez Selwyna w takich superlatywach, na jego twarzy nawet na chwilę zabłąkał się uśmiech. Może mógł być chociaż zadowolony z siebie i swojej pracy?
– To nic wielkiego, naprawdę – odparł skromnie. – Cieszę się, że mogłem pomóc. Naprawdę. Mam nadzieję, że te zdjęcia przydadzą się, by może... może coś zmienić.
Już nie czuł, że robił propagandę. Nie, to było coś innego. Morpheus mówił o badaniach nad przeciwzaklęciami, a ci ludzie... byli dobrzy. Czynili dobro, kiedy sytuacja tego wymagało. Kiedy łatwiej było schować głowę w piasek, dać się sparaliżować lękowi i uniknąć odpowiedzialności za świat dookoła. Nie, ci ludzie nie mówili "dajcie temu płonąć". Byli inni. Przynosili nadzieję na lepsze jutro.