Morpheus, w emocjach, nie mógł powstrzymać skrzywienia na widok operacji, jakie wykonywała na swojej polowej pacjentce Ginny. Może były to zbyt wrażliwe zmysły, wystawiane na próbę, ale miał wrażenie, że dźwięk metalu wyciąganego z mięsa w nodze był słyszalny na całej ulicy, mokry, mlaszczący, dziwny. Zdecydowanie nienaturalny. I krew, ta świeża barwa, taka żywa, a jednocześnie odbierająca życie. Zaczął patrzeć gdzieś indziej, zwłaszcza, jak poczuł, że poparzona koleżanka bardziej uwiesza się na nim i wydaje z siebie mocno niepokojące odgłosy.
— Może przesuniemy się, lepiej, żeby nie...
Raczej nie był to promień trzeciego oka, ale kto wie, bo Morpheus ledwie zdążył popchnąć kobietę bliżej muru, a ta już się o niego opierała, oddając zawartość żołądka z daleka od otwartej rany swojej współpracownicy. Jeśli była jedna rzecz na świecie, którą kochali bogowie, była to tragedia, z płonącymi skrzydłami i bohaterami, którzy upadają na kolana. Może właśnie dlatego nikt już nie odpowiadał na jego modlitwy. Niczym oglądający pchli cyrk, bogowie zasiadali w przeklętych chmurach płonącego Londynu; w końcu prastare rzeczy mają przedziwne pragnienia.
Pilnował kobiety i, tak samo jak Hannibal, przerywał strumień ludzi, tych, którzy zamiast uciekać, zatrzymywali się i gapili, jak sroka w gnat. W tym przypadku całkiem dosłownie, bo mógł się założyć o swoją ulubioną talię kart, że tam gdzieś było widać biel kości pomiędzy krwią i mięśniami. O tym też nie chciał myśleć, ale zgodnie z zasadami natrętnych wyobrażeń, właśnie to utkwiło mu w mózgu.
— Ma się pani gdzie teleportować? — zapytał, gdy przestała wymiotować, a ona pokręciła głową. — Pójdziemy do Nory Nory, tam zorganizujemy pomoc, żeby mogła się pani transportować do św. Munga, dobrze? Koleżanka później dołączy...
Zasalutował Ginnie i Hannibalowi dłonią. Morpheus znał się dość dobrze na sztuce ucieczki, tego wymagała jego praca i wiedział doskonale, że wszelkie urazy powodują znaczące podwyższenie ryzyka rozszczepienia podczas teleportacji, nie zamierzał więc pozostawić nerwowej kobiety samej sobie. Jeszcze wpadłaby na jakiś kretyński pomysł.
— Proszę się nie dać zabić, do zobaczenia po drugiej stronie Końca Świata — uśmiechnął się smutno do dwójki tymczasowych kompanów niedoli i poprowadził młódkę do przybytku należącego do najsłodszej czarownicy Wielkiej Brytanii, aby podzielić się informacjami, dowiedzieć czegokolwiek o kimkolwiek.
Czuł, jak przerażenie wnika mu ciemnymi palcami pod skórę, nawet jeżeli ukrywał je w pozornej nonszalancji.