09.02.2023, 22:27 ✶
Daisy nie lubiła takich spraw. Nawet nie dlatego, że zawsze była jakaś cudza tragedia. A ona rzadko potrafiła się w nią wczuć na tyle, by zacząć współczuć ofiarom a nie denerwować się, bo w swoim szlochu i zawodzeniu zaczynali ją drażnić. No spłonął im dom, ale przeżyli, nie? Poza tym mieli magię. Jak dobrze pójdzie to najwyżej do jutra uda się wszystko naprawić. Daisy nie lubiła takich spraw, bo coraz częściej zamieszani byli w nie Śmierciożercy i Lord Voldemort – a ona wolała się trzymać od Śmierciożerców i Lorda Voldemorta tak daleko, jak tylko daleko mogła. To była chyba kwestia instynktu samozachowawczego, który gdy pojawiały się najmniejsze wzmianki o nich, bił na alarm by od całej sprawy trzymać się tak daleko, jak tylko się dało.
Ale od tej sprawy trzymać się szczególnie daleko nie mogła. Najgorsze w pracy dziennikarki było to, że nie dało się zawsze unikać takich spraw. Szła obok Darcy’ego, zastanawiając się, po co w ogóle było palić jakiś dom. Argumenty w rodzaju: bo mieszkała tam mugolaczka niespecjalnie trafiały do głowy Daisy. Zawsze od razu wychodziło jej, że to po prostu prywatne porachunki ubrane w szaty jakichś dziwnych ideologii.
- Pewnie niewiele – zgodziła się z bratem. – A nawet jak widzieli, to przecież chwilę później pojawili się tu brygadziści i ściągnęli ją z nieba. Może pomyśleli, że coś im się ubzdurało albo to były jakieś dziwne… fajerwerki? Zorza polarna? – wymieniała, nawet nie zastanawiając się, że zorza polarna w Anglii dopiero wywołałaby poruszenie w mugolskim świecie.
Uniosła na niego pytający wzrok, gdy zaczął podsłuchiwać rozmowę brygadzistów. Sama w tym czasie dyskretnie sprawdziła aparat w torbie. Nie chciała wyciągać go w tej chwili i robić zdjęć, bo była przekonana, że za moment zjawi się przed nimi jakiś wściekły pracownik ministerstwa magii i resztę rozmowy będzie musiała mu tłumaczyć, że tylko wykonywała swoją pracę tak jak on wykonywać swoją a czarodziejski świat ma prawo wiedzieć, dziennikarska wolność słowa i takie tam. Za każdym razem było to samo.
- Zacznijmy od sąsiadów – zaproponowała. – Do brygadzistów przejdziemy jak już zrobię kilka zdjęć. Możliwe, że któryś z nich sam do nas nawet podbiegnie. I bardzo dobrze, że nikt nie zginął. Najchętniej to bym pogadała z tym sąsiadem, który uratował tego dzieciaka, ale pewnie… eee… pewnie nie bardzo będziemy mieli jak, co? Ani on nie będzie chciał z nami rozmawiać, ani to chyba dla niego bezpieczne.
To też irytowało Daisy w Śmierciożercach. Znaleźć się na ich potencjalnej liście do zlikwidowania było dziwnie łatwo. Wystarczyło jakieś nieopatrzne słowo lub nawet przypadkowe działanie. Wzdrygnęła się, znowu myśląc o tym, że pewnie większość ich ofiar była poszkodowana ze zwykłej zemsty a nie przez jakieś górnolotne pierdolenie o czystości krwi.
- Ja bym szła najpierw do sąsiadów. Potem zdjęcie. I brygadziści – opisała kolejność, która przyszła jej do głowy. – No chyba, że to ty chciałbyś zrobić teraz zdjęcie. Mogę dać ci aparat – zaproponowała. Gotowa była nawet sama odciągać uwagę brygadzistów, byle tylko Darcy miał dobre zdjęcie i mniej kłopotów, gdyby te miały nadciągnąć. – Patrz, tamta sąsiadka wygląda na gadatliwą – rzuciła, wskazując bratu podbródkiem jedną ze stojących na uboczu wiedźm.
Ale od tej sprawy trzymać się szczególnie daleko nie mogła. Najgorsze w pracy dziennikarki było to, że nie dało się zawsze unikać takich spraw. Szła obok Darcy’ego, zastanawiając się, po co w ogóle było palić jakiś dom. Argumenty w rodzaju: bo mieszkała tam mugolaczka niespecjalnie trafiały do głowy Daisy. Zawsze od razu wychodziło jej, że to po prostu prywatne porachunki ubrane w szaty jakichś dziwnych ideologii.
- Pewnie niewiele – zgodziła się z bratem. – A nawet jak widzieli, to przecież chwilę później pojawili się tu brygadziści i ściągnęli ją z nieba. Może pomyśleli, że coś im się ubzdurało albo to były jakieś dziwne… fajerwerki? Zorza polarna? – wymieniała, nawet nie zastanawiając się, że zorza polarna w Anglii dopiero wywołałaby poruszenie w mugolskim świecie.
Uniosła na niego pytający wzrok, gdy zaczął podsłuchiwać rozmowę brygadzistów. Sama w tym czasie dyskretnie sprawdziła aparat w torbie. Nie chciała wyciągać go w tej chwili i robić zdjęć, bo była przekonana, że za moment zjawi się przed nimi jakiś wściekły pracownik ministerstwa magii i resztę rozmowy będzie musiała mu tłumaczyć, że tylko wykonywała swoją pracę tak jak on wykonywać swoją a czarodziejski świat ma prawo wiedzieć, dziennikarska wolność słowa i takie tam. Za każdym razem było to samo.
- Zacznijmy od sąsiadów – zaproponowała. – Do brygadzistów przejdziemy jak już zrobię kilka zdjęć. Możliwe, że któryś z nich sam do nas nawet podbiegnie. I bardzo dobrze, że nikt nie zginął. Najchętniej to bym pogadała z tym sąsiadem, który uratował tego dzieciaka, ale pewnie… eee… pewnie nie bardzo będziemy mieli jak, co? Ani on nie będzie chciał z nami rozmawiać, ani to chyba dla niego bezpieczne.
To też irytowało Daisy w Śmierciożercach. Znaleźć się na ich potencjalnej liście do zlikwidowania było dziwnie łatwo. Wystarczyło jakieś nieopatrzne słowo lub nawet przypadkowe działanie. Wzdrygnęła się, znowu myśląc o tym, że pewnie większość ich ofiar była poszkodowana ze zwykłej zemsty a nie przez jakieś górnolotne pierdolenie o czystości krwi.
- Ja bym szła najpierw do sąsiadów. Potem zdjęcie. I brygadziści – opisała kolejność, która przyszła jej do głowy. – No chyba, że to ty chciałbyś zrobić teraz zdjęcie. Mogę dać ci aparat – zaproponowała. Gotowa była nawet sama odciągać uwagę brygadzistów, byle tylko Darcy miał dobre zdjęcie i mniej kłopotów, gdyby te miały nadciągnąć. – Patrz, tamta sąsiadka wygląda na gadatliwą – rzuciła, wskazując bratu podbródkiem jedną ze stojących na uboczu wiedźm.