09.02.2023, 22:36 ✶
Patrick westchnął przeciągle. Jedynym, czego w tej chwili był pewien, to tego, że miał straszliwego pecha. Naprawdę straszliwego, skoro zamiast aportować się bezpiecznie koło domu dziadków, aportował się na bagnach. We mgle już nawet nie próbował znaleźć właściwej drogi. Po prostu szedł, licząc na to, że nie kręcił się bezowocnie w kółko. Szukał miejsca, w którym magia zacznie wreszcie działać i będzie mógł się znowu aportować (jak miał nadzieję, tym razem bezpiecznie).
Całe szczęście, że nie był tchórzem, bo gdyby był, zacząłby panikować już dawno, w chwili, w której zobaczył po raz pierwszy zielonkawą maź oblepiającą obumarłe gałęzie i poczuł unoszący się w powietrzu nieprzyjemny zapach. A histerii, histerii dostałby krótko później, gdy jeden z jego butów wbił się w rozmokłą ziemię trochę bardziej, dobitnie pokazując, że ziemia pozostawała tu mokra, bagnista a w pobliżu mogły być nawet jakieś grzęzawiska. Całe szczęście także, że jego wyobraźnia nie działała na podwyższonych obrotach a w każdym wynurzającym się z mgły konturze drzewa, kamienia, krzaka nie widział nic poza drzewem, kamieniem, krzakiem. Poza tym, zajęty był myśleniem o tym, jak wytłumaczy swoje spóźnienie czekającym na niego dziadkom. Nie chciał ich niepokoić opowieścią o błędnej aportacji i plątaniu się bez ładu i składu po bagnach.
Steward znowu westchnął przeciągle. Gdyby był paranoikiem, uznałby, że głaz, który mijał, wyglądał tak, jakby oglądał go już po raz piąty. A to źle wróżyło w kwestii dojścia dokądkolwiek. Ale nie był paranokiem, a wszystkie głazy były jego zdaniem w jakiś sposób do siebie podobne. Mimo to nie powstrzymał się przed zaklęciem pod nosem.
I jakoś tak niedługo później dostrzegł i dom, i poruszające się światło. W pierwszej chwili, poczuł nawet przypływ endorfin. Ucieszyła go myśl, że dostrzega we mgle kogoś poruszającego się ze światłem, bo to by oznaczało, że całkiem niedaleko od niego magia znowu działała. Ale przypływ endorfin nie trwał długo. Był na jakichś mglistych bagniskach. Prędzej zobaczyłby tu zwodnika, który próbował skupić na sobie jego uwagę niż żywego człowieka. Gdyby jeszcze miał magię… Patrick może i próbowałby iść w jego kierunku, ale bez niej był niemalże bezradny, bo siła jego pięści byłaby w stanie powalić żywego człowieka, ale nie na wiele się zdawała w starciu z demonem.
Takie mniej więcej miał myśli, gdy kierował się w stronę drewnianego domu. Liczył, że być może, w jego wnętrzu, znajdzie coś, co pomoże mu w wydostaniu się z tego przeklętego miejsca (albo przynajmniej w zrozumieniu, gdzie był i jak mógł się stąd wydostać).
Szedł ostrożnie. Nie śpieszył się. Patrzył pod nogi. Już raz zdarzyło mu się skręcić kostkę podczas Ostary. Wolał by podobny wypadek nie przydarzył mu się w takim miejscu. Tu nawet nie wiedziałby, jak wezwać pomoc.
Całe szczęście, że nie był tchórzem, bo gdyby był, zacząłby panikować już dawno, w chwili, w której zobaczył po raz pierwszy zielonkawą maź oblepiającą obumarłe gałęzie i poczuł unoszący się w powietrzu nieprzyjemny zapach. A histerii, histerii dostałby krótko później, gdy jeden z jego butów wbił się w rozmokłą ziemię trochę bardziej, dobitnie pokazując, że ziemia pozostawała tu mokra, bagnista a w pobliżu mogły być nawet jakieś grzęzawiska. Całe szczęście także, że jego wyobraźnia nie działała na podwyższonych obrotach a w każdym wynurzającym się z mgły konturze drzewa, kamienia, krzaka nie widział nic poza drzewem, kamieniem, krzakiem. Poza tym, zajęty był myśleniem o tym, jak wytłumaczy swoje spóźnienie czekającym na niego dziadkom. Nie chciał ich niepokoić opowieścią o błędnej aportacji i plątaniu się bez ładu i składu po bagnach.
Steward znowu westchnął przeciągle. Gdyby był paranoikiem, uznałby, że głaz, który mijał, wyglądał tak, jakby oglądał go już po raz piąty. A to źle wróżyło w kwestii dojścia dokądkolwiek. Ale nie był paranokiem, a wszystkie głazy były jego zdaniem w jakiś sposób do siebie podobne. Mimo to nie powstrzymał się przed zaklęciem pod nosem.
I jakoś tak niedługo później dostrzegł i dom, i poruszające się światło. W pierwszej chwili, poczuł nawet przypływ endorfin. Ucieszyła go myśl, że dostrzega we mgle kogoś poruszającego się ze światłem, bo to by oznaczało, że całkiem niedaleko od niego magia znowu działała. Ale przypływ endorfin nie trwał długo. Był na jakichś mglistych bagniskach. Prędzej zobaczyłby tu zwodnika, który próbował skupić na sobie jego uwagę niż żywego człowieka. Gdyby jeszcze miał magię… Patrick może i próbowałby iść w jego kierunku, ale bez niej był niemalże bezradny, bo siła jego pięści byłaby w stanie powalić żywego człowieka, ale nie na wiele się zdawała w starciu z demonem.
Takie mniej więcej miał myśli, gdy kierował się w stronę drewnianego domu. Liczył, że być może, w jego wnętrzu, znajdzie coś, co pomoże mu w wydostaniu się z tego przeklętego miejsca (albo przynajmniej w zrozumieniu, gdzie był i jak mógł się stąd wydostać).
Szedł ostrożnie. Nie śpieszył się. Patrzył pod nogi. Już raz zdarzyło mu się skręcić kostkę podczas Ostary. Wolał by podobny wypadek nie przydarzył mu się w takim miejscu. Tu nawet nie wiedziałby, jak wezwać pomoc.