Nie spodziewający się takiej złości i frustracji w sobie, skierowanej przez różdżkę z włókna ze smoczego serca, na złodziejaszka, aż zatrzymał się w pół kroku, kiedy bandyta oderwał się od torby szewca i poleciał plecami na inny budynek, odbijając się od niego jak szmaciana lalka. Na szczęście dla Morpheusa wstał, bo nie kazał niczyim kościom tańczyć ani krwi zawrócić w krwioobiegu, chociaż ta myśl, że powstała, przeraziła go najbardziej. Fakt, że jego różdżka go posłuchała, oznaczał, że był pewny swojej decyzji. Szewc uciekł, zabierając swoje przyziemne bogactwa i Morpheus przez chwilę nie mógł stwierdzić, przed kim uciekał.
Nie zdążył się obrócić, aby przyjrzeć się dokładnie właścicielce głosu, gdy zaklęcie powaliło go na kolana. Uderzył kolanami o bruk, lecz tego nie zauważył. Kiedyś myślał, że urażone ego, duma, bolą najbardziej. Że najbardziej boli złamane serce. Mylił się.
Nie mógł oddychać, nie dlatego, że brakowało powietrza, ale dlatego, że nie było już w nim sensu. Rzeczy przestawały znaczyć to, czym były, ziemia nie była ziemią, ciało nie było ciałem, a myśl tylko tłukła się o ściany, jak ptak zapomniany w pustym domu. Każda chwila trwała zbyt długo, ale nie było czasu, tylko powtarzające się odczucie, bez treści, bez celu. Ból nie bolał, on unieważniał. Wszystko. Nie było w ciele Morpheusa komórki, która by nie cierpiała, ten ból wykraczał poza ciało. Poza pojmowanie stawał się jedyną rzeczą, jaka istniała. Jedynym wyjściem z bólu, było zanurzenie się w bólu. Pod wpływem klątwy, wszystko w nim wrzało, w poczuciu utraty, która nie znała końca. Tak jak wtedy, gdy próbował nie myśleć o nim przez cały dzień, a potem wystarczył znajomy zapach perfum. Tak samo teraz, wystarczył szept bólu, a Morpheus znów miał dwadzieścia lat i znów go tracił. To nie było cierpienie zadane przez różdżkę, lecz przez niego samego, wyciągnięte w najbardziej groteskowej formie przez klątwę, która rozgrzewała do czerwoności jego układ nerwowy. To była prawda, która przyszła nagle i całkowicie, bez filtrów, bez litości. Wszystko, czego nie przeżył do końca, wszystko, co odłożył na później, kochał go zbyt cicho, odchodził zbyt głośno, nigdy nie powiedział tego, co trzeba. Klątwa tylko to wydobyła. Pokazała mu, że najbardziej boli to, czego nie da się cofnąć.
Usłyszał swoje imię, nie, to nie było jego imię, chociaż jego umysł zakwalifikował tak znajomy dźwięk. Somnia. Anthony. Lecz zanim trafiły do niego, pogrążonego w agonii, znajome kroki anam cary, usłyszał swój własny głos, a później trucht, ktoś go dotknął. To on sam. Instrukcja, padająca zbyt znajomym głosem, bo czasu niewiele: Wiem, jak boli, dasz radę. Przenieś się i idź do Fontanny Szczęśliwego Losu. Już czas. Drżące dłonie wyłuskały zza koszuli zmieniacz czasu i zaczęły go przekręcać. Pamiętał fontannę, więc na tym się skupił. Pamiętał, że widział wtedy Jonathana. Czyli musiał być niedaleko, co zresztą potwierdziło wołanie: Morphy!. Na chwilę ogarnął go spokój. Przeżyje, jeszcze do tego momentu, przeżyje.
Przeszłość nigdy w pełni nie odchodzi. Krew rozrzedza się, ale nigdy w pełni nie oczyszcza.
Przewaga:
Zmieniacz Czasu (0): Morpheus otwiera pętlę czasową i przenosi się do końcówki fazy I.