21.06.2025, 09:48 ✶
– Wspaniale! – Nawet mimo warstwy farby na twarzy, Anthony wciąż potrafił mieć czarujący uśmiech. To przychodziło naturalnie, latami praktyki i prawdziwie nie musiał się już nad tym zastanawiać. – Jestem bardzo rad, że się rozumiemy... Zapraszam panie Lockhart. – Kurtuazyjnie wskazał mu drogę. Na środku ulicy. Na środku spalonej ulicy.
Ta noc była szalona, a oni byli jej aktorami, rzuconymi bez większego scenariusza w sam środek najgorętszej akcji.
Anthony pozostał jednak w tej pozie szampańskiego nastroju, w tej lekkości, na moment na chwilę, w zapomnieniu, że Jonathan go nienawidzi, a Morpheus pragnie umrzeć, że całe jego życie płonęło na jego własnych oczach.
– Aramisie? Porthosie? Znalazłem nam d’Artagnana! Teraz, gdy jesteśmy w komplecie, myślę ruszajmy do królowej Quintessy, czyszcząc drogę między ulicami. Oczywiście, młody muszkieterze Twe trudy będą wynagrodzone w złocie, nie zapominaj jednak naszej maksymy... – ślina nie chciała przecisnąć się przez zaciśnięte gardło, choć na twarzy pozostała twarz, którą założył na tę okazję. – Jeden za wszystkich, wszyscy za...– westchnął odwracając wzrok w dal, ku drodze, którą mieli do przebycia, którą mieli oczyścić, rozjaśnić nadzieją, oblać kojącą wodą, osłonić tych, którzy potrzebowali. Spojrzał w dal bo przecież tak dobrze mu to wychodziło, nawet nie zauważył tego momentu, tak mocno miał go ukorzenionego w swoich nawykach. Zdawał sobie sprawę ze swojej nieprzydatności na pierwszej linii frontu, nie było jednak drogi odwrotu. Trzeba było przeć przed siebie. Trzeba było... jeśli nie pomagać, to chociaż nie przeszkadzać. Trzeba było wytrwać, bo przedstawienie musiało trwać.
Nabrał powietrze w płuca, by dokończyć. To zdanie musiało paść:
– ...wszyscy za jednego.
Ta noc była szalona, a oni byli jej aktorami, rzuconymi bez większego scenariusza w sam środek najgorętszej akcji.
Anthony pozostał jednak w tej pozie szampańskiego nastroju, w tej lekkości, na moment na chwilę, w zapomnieniu, że Jonathan go nienawidzi, a Morpheus pragnie umrzeć, że całe jego życie płonęło na jego własnych oczach.
– Aramisie? Porthosie? Znalazłem nam d’Artagnana! Teraz, gdy jesteśmy w komplecie, myślę ruszajmy do królowej Quintessy, czyszcząc drogę między ulicami. Oczywiście, młody muszkieterze Twe trudy będą wynagrodzone w złocie, nie zapominaj jednak naszej maksymy... – ślina nie chciała przecisnąć się przez zaciśnięte gardło, choć na twarzy pozostała twarz, którą założył na tę okazję. – Jeden za wszystkich, wszyscy za...– westchnął odwracając wzrok w dal, ku drodze, którą mieli do przebycia, którą mieli oczyścić, rozjaśnić nadzieją, oblać kojącą wodą, osłonić tych, którzy potrzebowali. Spojrzał w dal bo przecież tak dobrze mu to wychodziło, nawet nie zauważył tego momentu, tak mocno miał go ukorzenionego w swoich nawykach. Zdawał sobie sprawę ze swojej nieprzydatności na pierwszej linii frontu, nie było jednak drogi odwrotu. Trzeba było przeć przed siebie. Trzeba było... jeśli nie pomagać, to chociaż nie przeszkadzać. Trzeba było wytrwać, bo przedstawienie musiało trwać.
Nabrał powietrze w płuca, by dokończyć. To zdanie musiało paść:
– ...wszyscy za jednego.
Koniec sesji