21.06.2025, 10:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.06.2025, 10:26 przez Anthony Shafiq.)
Słowa płynęły. Emocje dziwne, nieintuicyjne, surowe, zaklęte w niezrealizowanym nigdy marzeniu. Świat płonął, ale też feniksy miały to do siebie, by odradzać się z popiołów. Czy i oni będą jak te mityczne stworzenia? Czy strzepną popiół z własnych skrzydeł i odnajdą siebie w swoim nowym życiu?
Podążył za Henrykiem, wcale nie chciał pozostawić ich samych, nie chciał zostać sam na ulicy, wobec chaosu, który trwał. Ingerencje Morpheusa i Jonathana odnosiły skutek, ten budynek był bezpieczny, wciąż jednak Londyn - całe miasto, bez względu na to czy po magicznej czy mugolskiej stronie płonął przy akompaniamencie skołowanych, rozszarpanych przerażeniem gardeł.
Chciał schronić się razem z nimi, ale od progu uderzył w niego zapach. Straszliwy, pokryty teoretycznie ostrą, gryzącą wonią kadzideł i próbami wygnania go, wciąż jednak klątwa pozostawała w mocy, a płaczące czernią ściany sprawiały, że całe to schronienie śmierdziało ohydniej niż spalone domostwa i ich zawartość.
Reakcja była zbyt silna, a żelazna wola nie była w stanie tego przykryć. Zachwiał się i co prędzej powrócił na zewnątrz, a jego ciało wzięło nad nim górę, gdy torsje wywinęły żołądek na drugą stronę. Kiedy jadł ostatnio? 10? 12 godzin temu? Ślina i żółć spływały umęczonych warg, kręgosłup zwinął się w obronnym geście, gdy kolanami sięgnął bruku. Dłońmi wsparł się o chłodną ścianę antykwariatu próbując jakkolwiek skupić się na spaleniźnie, na zapachu, który nie wywoływał w nim takiej reakcji.
Może dobrze, że nie był w stanie wejść do środka. Może dobrze, że ich świat pozostawał ich światem, a brama okazywała się nie do przebycia. Może dobrze dla nich, że pozostał z tyłu. Odsunął się krok od przestrzeni, która brudem nie odbiegała ni jak od brudu wszystkiego co go otaczało. Oparł się o ścianę, ale rychło drżące kolana odmówiły mu posłuszeństwa i osunął się i tak na ziemię. Ukrył twarz w dłoniach i nie zauważył nawet, że ktokolwiek wyjrzał za nim na zewnątrz, że ktokolwiek pamiętał. To nie był koniec drogi... Gdy skończą, trzeba będzie iść dalej. Musiał zebrać siły.
Wszyscy musieli.
Podążył za Henrykiem, wcale nie chciał pozostawić ich samych, nie chciał zostać sam na ulicy, wobec chaosu, który trwał. Ingerencje Morpheusa i Jonathana odnosiły skutek, ten budynek był bezpieczny, wciąż jednak Londyn - całe miasto, bez względu na to czy po magicznej czy mugolskiej stronie płonął przy akompaniamencie skołowanych, rozszarpanych przerażeniem gardeł.
Chciał schronić się razem z nimi, ale od progu uderzył w niego zapach. Straszliwy, pokryty teoretycznie ostrą, gryzącą wonią kadzideł i próbami wygnania go, wciąż jednak klątwa pozostawała w mocy, a płaczące czernią ściany sprawiały, że całe to schronienie śmierdziało ohydniej niż spalone domostwa i ich zawartość.
Reakcja była zbyt silna, a żelazna wola nie była w stanie tego przykryć. Zachwiał się i co prędzej powrócił na zewnątrz, a jego ciało wzięło nad nim górę, gdy torsje wywinęły żołądek na drugą stronę. Kiedy jadł ostatnio? 10? 12 godzin temu? Ślina i żółć spływały umęczonych warg, kręgosłup zwinął się w obronnym geście, gdy kolanami sięgnął bruku. Dłońmi wsparł się o chłodną ścianę antykwariatu próbując jakkolwiek skupić się na spaleniźnie, na zapachu, który nie wywoływał w nim takiej reakcji.
Może dobrze, że nie był w stanie wejść do środka. Może dobrze, że ich świat pozostawał ich światem, a brama okazywała się nie do przebycia. Może dobrze dla nich, że pozostał z tyłu. Odsunął się krok od przestrzeni, która brudem nie odbiegała ni jak od brudu wszystkiego co go otaczało. Oparł się o ścianę, ale rychło drżące kolana odmówiły mu posłuszeństwa i osunął się i tak na ziemię. Ukrył twarz w dłoniach i nie zauważył nawet, że ktokolwiek wyjrzał za nim na zewnątrz, że ktokolwiek pamiętał. To nie był koniec drogi... Gdy skończą, trzeba będzie iść dalej. Musiał zebrać siły.
Wszyscy musieli.
Koniec sesji
Zawada: Snob - z powodu Karty lokacji Quintessy, Anthony nie może wejść do środka, bo strasznie tam śmierdzi.