21.06.2025, 15:40 ✶
Miałem ochotę kopnąć Benjy’ego w jaja. Prosto, celnie, bez litości. Bo nic mnie tak nie wkurwiało jak to, kiedy ktoś brutalnie, bez ostrzeżenia, ucinał mi skrzydła w locie. A on właśnie to robił. Traktował mnie jak szmacianą lalkę, jakbym był niczym więcej tylko pierwszym lepszym pomiotem. I robił to nie byle kto, ale mój przyjaciel. MÓJ. PRZYJACIEL. Przez wielkie, pierdolone litery. A teraz?
Teraz występował w roli rycerzyka z przeterminowanych snów o Prudence. O niej. O tej idiotce, tej pozbawionej wdzięku karykaturze czarownicy, która nie rozumiała ani stylu, ani ironii, ani mnie. I była niedoszłą morderczynią. A on – Benek – stał po JEJ stronie. Jej! Zamiast mojej.
To była zdrada. Prawdziwa, męska, najgorsza. Gorsza niż zdrada z łoża, gdyż to była zdrada z serca. On srał na naszą historię, sikał prosto na wspomnienia z Hogwartu, a wszystko dlatego, że gdzieś tam głęboko wciąż czuł swoje dziecięce zauroczenie do tej pierdolniętej, emocjonalnie niekompetentnej Bletchley. A teraz miał czelność patrzeć mi w oczy, jakby miał rację. Jakby jego mięśnie znaczyły więcej niż moja racja. Nawet mnie nie wysłuchał, nawet nie pomyślał, tylko rwał... mój kołnierzyk.
I łamał przy tym serce. Nie pierwszy raz, ale teraz... teraz to było inne. Bo kazał mi ją przeprosić. Kazał mi. Ją. Przeprosić.
A gdzie, do kurwy nędzy, były JEJ przeprosiny?! Gdzie były słowa skruchy za to, że o włos nie zabiła mnie dzień wcześniej?! Że potraktowała mnie jak worek treningowy dla swoich chorób psychicznych i pokładów tłumionej nienawiści?! Nagle wszyscy mieli amnezję? Wszyscy zapomnieli, że to JA byłem ofiarą?! Bo przecież Romek zawsze dramatyzuje, Romek przesadza, Romek sobie coś ubzdurał... Jasne.
Jeszcze tego brakowało, ale Cornelius naprawdę ustawiał mnie do pionu... Nie znosiłem tego. Próbowałem walczyć z nim na argumenty, ale zawsze musiało być na jego. Ambroise popatrzył na mnie z tą swoją cichą dezaprobatą, w imię jakiejś ogólnej wyższej elegancji moralnej, po czym wyznał, że to zrobił, że lewitował mnie, bo coś tam. A ja? Ja niby miałem siedzieć cicho i pokornie kiwać głową? Byłem w rozsypce, a oni rozgniatali mnie jeszcze bardziej. Jeden po drugim... Miałem być spokojny?! Miałem przeprosić?! Skulić głowę?!
Nie. Chyba im się coś przywidziało.
– Mimo wszystko nie rozumiem, czemu mi nie wierzycie... Może tym razem to nie była ona, ale wcześniej... ZALEDWIE WCZORAJ... PRÓBOWAŁA. MNIE. ZABIĆ – warknąłem przez zaciśnięte zęby.
Nikt nie drgnął. Nikt nie spojrzał z litością. Tylko ta ich obojętność, a nawet ta spokojna, stoicka wrogość w stosunku do mnie, ta cisza – lepka i obleśna, jakby moje cierpienie nie było wygodne. Jakbym im tylko psuł wieczór. Ja, Romek. Człowiek problem. Bohater tragedii, którego nikt nie chciał oglądać w trzecim akcie. Ba, wręcz grożono wyrzuceniem mnie z naszej ostoi, z naszego domu, spod bezpiecznych ramion ciotki Ulki.
Czułem, jak krew pulsuje mi w skroniach. Czułem, jak palce zaciskają się na różdżce. I wtedy zrobiłem to. Odwróciłem się błyskawicznie i wbiłem koniec różdżki w szczękę Benjy’ego, dokładnie tam, gdzie mięśnie zaczynały napięcie. Nie bolało. Jeszcze. Ale był impuls, była groźba. Z drugiej dłoni, spokojniejszej, elegancko wypielęgnowanej, wysunąłem wahadełko. Mosiężne, piękne, precyzyjnie wyważone. Moje osobiste narzędzie czułego wpływu.
– Benek... – szepnąłem słodko, cicho, z aksamitnym jadem. – Może porozmawiamy jak dorośli? Ty popatrzysz na to wahadełko, a ja... a ja spróbuję sprawić, że znów poczujesz, kto tu ma rację. Kto zasługuje na wiarę. Na lojalność. Na CIEBIE.
Uśmiechnąłem się. Powoli. Jak kot, który jeszcze nie zagryzł myszy, ale już wie, że to tylko kwestia chwili. Czułem magię pod skórą, czułem, jak drży w powietrzu. Jeszcze sekundę. Jeszcze pół sekundy... i zrobię z niego swojego skrzata domowego. Z uczuciami albo bez. A potem… może faktycznie dałoby się wyleczyć go z tej cholernej fascynacji Bletchleyówną. Operacja mentalna. Reset. Hipnoterapia. Jednym słowem: uwolnienie, a tym samym oświecenie.
| Rzucam na zauroczenie w celu zwrócenia uwagi Benka na wahadełko.
Teraz występował w roli rycerzyka z przeterminowanych snów o Prudence. O niej. O tej idiotce, tej pozbawionej wdzięku karykaturze czarownicy, która nie rozumiała ani stylu, ani ironii, ani mnie. I była niedoszłą morderczynią. A on – Benek – stał po JEJ stronie. Jej! Zamiast mojej.
To była zdrada. Prawdziwa, męska, najgorsza. Gorsza niż zdrada z łoża, gdyż to była zdrada z serca. On srał na naszą historię, sikał prosto na wspomnienia z Hogwartu, a wszystko dlatego, że gdzieś tam głęboko wciąż czuł swoje dziecięce zauroczenie do tej pierdolniętej, emocjonalnie niekompetentnej Bletchley. A teraz miał czelność patrzeć mi w oczy, jakby miał rację. Jakby jego mięśnie znaczyły więcej niż moja racja. Nawet mnie nie wysłuchał, nawet nie pomyślał, tylko rwał... mój kołnierzyk.
I łamał przy tym serce. Nie pierwszy raz, ale teraz... teraz to było inne. Bo kazał mi ją przeprosić. Kazał mi. Ją. Przeprosić.
A gdzie, do kurwy nędzy, były JEJ przeprosiny?! Gdzie były słowa skruchy za to, że o włos nie zabiła mnie dzień wcześniej?! Że potraktowała mnie jak worek treningowy dla swoich chorób psychicznych i pokładów tłumionej nienawiści?! Nagle wszyscy mieli amnezję? Wszyscy zapomnieli, że to JA byłem ofiarą?! Bo przecież Romek zawsze dramatyzuje, Romek przesadza, Romek sobie coś ubzdurał... Jasne.
Jeszcze tego brakowało, ale Cornelius naprawdę ustawiał mnie do pionu... Nie znosiłem tego. Próbowałem walczyć z nim na argumenty, ale zawsze musiało być na jego. Ambroise popatrzył na mnie z tą swoją cichą dezaprobatą, w imię jakiejś ogólnej wyższej elegancji moralnej, po czym wyznał, że to zrobił, że lewitował mnie, bo coś tam. A ja? Ja niby miałem siedzieć cicho i pokornie kiwać głową? Byłem w rozsypce, a oni rozgniatali mnie jeszcze bardziej. Jeden po drugim... Miałem być spokojny?! Miałem przeprosić?! Skulić głowę?!
Nie. Chyba im się coś przywidziało.
– Mimo wszystko nie rozumiem, czemu mi nie wierzycie... Może tym razem to nie była ona, ale wcześniej... ZALEDWIE WCZORAJ... PRÓBOWAŁA. MNIE. ZABIĆ – warknąłem przez zaciśnięte zęby.
Nikt nie drgnął. Nikt nie spojrzał z litością. Tylko ta ich obojętność, a nawet ta spokojna, stoicka wrogość w stosunku do mnie, ta cisza – lepka i obleśna, jakby moje cierpienie nie było wygodne. Jakbym im tylko psuł wieczór. Ja, Romek. Człowiek problem. Bohater tragedii, którego nikt nie chciał oglądać w trzecim akcie. Ba, wręcz grożono wyrzuceniem mnie z naszej ostoi, z naszego domu, spod bezpiecznych ramion ciotki Ulki.
Czułem, jak krew pulsuje mi w skroniach. Czułem, jak palce zaciskają się na różdżce. I wtedy zrobiłem to. Odwróciłem się błyskawicznie i wbiłem koniec różdżki w szczękę Benjy’ego, dokładnie tam, gdzie mięśnie zaczynały napięcie. Nie bolało. Jeszcze. Ale był impuls, była groźba. Z drugiej dłoni, spokojniejszej, elegancko wypielęgnowanej, wysunąłem wahadełko. Mosiężne, piękne, precyzyjnie wyważone. Moje osobiste narzędzie czułego wpływu.
– Benek... – szepnąłem słodko, cicho, z aksamitnym jadem. – Może porozmawiamy jak dorośli? Ty popatrzysz na to wahadełko, a ja... a ja spróbuję sprawić, że znów poczujesz, kto tu ma rację. Kto zasługuje na wiarę. Na lojalność. Na CIEBIE.
Uśmiechnąłem się. Powoli. Jak kot, który jeszcze nie zagryzł myszy, ale już wie, że to tylko kwestia chwili. Czułem magię pod skórą, czułem, jak drży w powietrzu. Jeszcze sekundę. Jeszcze pół sekundy... i zrobię z niego swojego skrzata domowego. Z uczuciami albo bez. A potem… może faktycznie dałoby się wyleczyć go z tej cholernej fascynacji Bletchleyówną. Operacja mentalna. Reset. Hipnoterapia. Jednym słowem: uwolnienie, a tym samym oświecenie.
| Rzucam na zauroczenie w celu zwrócenia uwagi Benka na wahadełko.
Rzut PO 1d100 - 17
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut PO 1d100 - 61
Sukces!
Sukces!