21.06.2025, 21:45 ✶
– Jesteś już zjarany, Roise. Ja potrzebuję znacznie więcej, żeby się zjarać – oznajmiłem z całą powagą czarodzieja, który właśnie wyciągał kolejnego skręta jak ostatnią deskę ratunku. W tej sytuacji nie było miejsca na kompromisy. Do tego, co zamierzaliśmy zrobić, a raczej: co właśnie robiliśmy, potrzebny był luz. A luz przy wczorajszych wizjach na karku mógł pojawić się tylko w zielonej oprawie. Proszę bardzo, Merlinie, cycata Morgano, zapalmy to! Na chwałę sztuki, eksperymentu i Greengrassa, z którym zgrywaliśmy się jak dwa zaklęte bąbelki w eliksirze ogłupiająco-kreatywnym. Dwóch wizjonerów to nie duet. To twórcza apokalipsa.
Zapaliłem. Wziąłem pierwszy, długi, teatralny wdech, jakbym inhalował się samą ideą nieskończoności, i dopiero potem odważyłem się skomentować Roise’owy poemat absurdu.
– Rudej nie zdążyłem skosztować. Nim doszło do pierwszej randki, to, cóż… Londyn stanął w ogniu. W efekcie, teraz płoną mi gacie. Rzecz jasna, emocjonalnie – wyznałem z melancholijnym westchnieniem. Bo, szczerze? Chciałem. Chciałem ją skosztować – w sensie romantycznym, półromantycznym, półcielesnym. A może nie tylko pół. Miała boskie poczucie humoru. Takie jak moje. Czyli perfekcyjne. I te nogi... ach, te nogi. Prześladowały mnie w snach, póki nie zostały wyparte przez koszmary z jeżynami.
– Ale spokojnie. To się jeszcze naprawi. Tylko musisz, Roise, zrozumieć jedną rzecz: moją nowo nabytą niechęć do jeżyn. Wczoraj w tym lesie byłem trzeźwy. Bez wspomagaczy. A działy się rzeczy niebywałe. Przeskoki scen, jak w teatrze awangardy. I nagle: Prudence i ja, uwięzieni w klatce z kolczastych jeżyn. Pachniało słodko, zbyt słodko. Mdło. Kolce ostre jak krytyka mojej pierwszej książki. Ona była w szoku, nie mówiła nic. Chciałem jej pomóc, ale nie było z nią kontaktu. A ja? Zamierzałem jak zawsze kontrolować sytuację. Zatrzasnąłem tymi krzakami jak wariat. Jacyś obłąkani ludzie chcieli nas pożreć. Tak wynikało z rozmowy, którą słyszałem, więc… stwierdziłem, że będę udawał wariata. Ale ja się ukułem – i HYC! – wszystko zniknęło. Jeżyny, ludzie, klatka. Został tylko ciemny las. Suchary pod nogami. I ja. Krwawiłem. Jeżynowym sokiem. Gęstym, słodkim, tak dojrzałym, że aż… kuszącym. Jakby to była krew. Jakby wampiry właśnie to czuły, kiedy mówiły, że pachniesz pięknie. To… to było za dużo. Wampiry, krew i empatia do nich?! JA?! Nie mogłem tego unieść, Roise. I wtedy je znienawidziłem. Jeżyny. A zaraz później również Prudence. Bo rzuciła się na mnie z kijem, który okazał się różdżką. Zrobioną z jeżyn. I wbiła mi ją dokładnie tu – wskazałem to miejsce teatralnym gestem i wzdrygnąłem się jak bohater tragiczny, który dopiero co przeszedł przez piekło. Właściwie, to nic nie przesadzałem. Jak Morganę kochałem, tak było. – To nas przerzuciło z powrotem. Rana zniknęła. Ale trauma została. A ona zrobiła to… z premedytacją. Widziałem to w jej oczach. Bardzo chciała to zrobić. Roise, ja myślałem, że umieram. Serio. Że to koniec. I nikt nie będzie nawet miał mnie gdzie pochować, bo zostanie po mnie tylko zapach jeżyn.
Zaciągnąłem się ziołem jeszcze raz, tym razem już drżącą ręką. Nie radziłem sobie z tą samotnością, a teraz jeszcze te wizje, dźwięki, jeżynowe fantazmaty i Prudence z twarzą jak z reklamy eliksiru na złość. Prudence nie mogłem się pozbyć ze swojego życia, ale jeżyny...
– Więc… Błagam cię. Nie wybieraj jeżyn. Wybierz cokolwiek. Cokolwiek innego. Jabłka, śliwki, nawet rabarbar. Byle nie jeżyny – poprosiłem już niemal szeptem, tak zupełnie serio, jakby od tego zależało moje ocalenie.
Zamilkłem. Wypuściłem dym powoli, oglądając go, jak się skręca i faluje w powietrzu. Chyba serio przeżyłem traumę.
– A ten piasek, Roise… boski. Pełna profeska. Mówiłem ci, że jestem chujowy z transmutacji, ale ty… ty osiągnąłeś stan plaży. Mój drogi, to już nie eksperyment. To stan świadomości – dodałem, przesypując przez palce złoty, miękki piasek. Był jak obietnica ciepła, relaksu i tego, że świat jeszcze może być miły. Może. Kto wie?
Zamknąłem oczy. Piasek szeptał do mnie. Autentycznie. Zanurz w nas stopy, Romeczku. Zanurz i zapomnij o wszystkim, co cię gryzie... Oj tak. Byłem gotowy. Na plażę. Na odlot. Na nowy rozdział. Byle bez jeżyn. Za to z drinkami... Świat full of drinków!
– Roise… Mam genialny pomysł. Robimy bar. Ale nie taki bar, co stoi. Tylko bar, co pływa. Zrobimy go z dwóch dmuchanych materacy i lustra. Barmanem będzie zaklęty narwal z depresją, którego będziemy próbowali rozbawić. Będzie podawał drinki w kokosach, ale każdy z tych drinków będzie zawierał losowe wspomnienie! I nie, nie wiesz, czyje!
Wspomnień miałem w głowie wiele. Opowieści moich pacjentów, ale mogliśmy wlać do drinków nasze wspomnienia. Każdy po kropelce. Dla funu, dla zabawy. Wiadomo.
Zapaliłem. Wziąłem pierwszy, długi, teatralny wdech, jakbym inhalował się samą ideą nieskończoności, i dopiero potem odważyłem się skomentować Roise’owy poemat absurdu.
– Rudej nie zdążyłem skosztować. Nim doszło do pierwszej randki, to, cóż… Londyn stanął w ogniu. W efekcie, teraz płoną mi gacie. Rzecz jasna, emocjonalnie – wyznałem z melancholijnym westchnieniem. Bo, szczerze? Chciałem. Chciałem ją skosztować – w sensie romantycznym, półromantycznym, półcielesnym. A może nie tylko pół. Miała boskie poczucie humoru. Takie jak moje. Czyli perfekcyjne. I te nogi... ach, te nogi. Prześladowały mnie w snach, póki nie zostały wyparte przez koszmary z jeżynami.
– Ale spokojnie. To się jeszcze naprawi. Tylko musisz, Roise, zrozumieć jedną rzecz: moją nowo nabytą niechęć do jeżyn. Wczoraj w tym lesie byłem trzeźwy. Bez wspomagaczy. A działy się rzeczy niebywałe. Przeskoki scen, jak w teatrze awangardy. I nagle: Prudence i ja, uwięzieni w klatce z kolczastych jeżyn. Pachniało słodko, zbyt słodko. Mdło. Kolce ostre jak krytyka mojej pierwszej książki. Ona była w szoku, nie mówiła nic. Chciałem jej pomóc, ale nie było z nią kontaktu. A ja? Zamierzałem jak zawsze kontrolować sytuację. Zatrzasnąłem tymi krzakami jak wariat. Jacyś obłąkani ludzie chcieli nas pożreć. Tak wynikało z rozmowy, którą słyszałem, więc… stwierdziłem, że będę udawał wariata. Ale ja się ukułem – i HYC! – wszystko zniknęło. Jeżyny, ludzie, klatka. Został tylko ciemny las. Suchary pod nogami. I ja. Krwawiłem. Jeżynowym sokiem. Gęstym, słodkim, tak dojrzałym, że aż… kuszącym. Jakby to była krew. Jakby wampiry właśnie to czuły, kiedy mówiły, że pachniesz pięknie. To… to było za dużo. Wampiry, krew i empatia do nich?! JA?! Nie mogłem tego unieść, Roise. I wtedy je znienawidziłem. Jeżyny. A zaraz później również Prudence. Bo rzuciła się na mnie z kijem, który okazał się różdżką. Zrobioną z jeżyn. I wbiła mi ją dokładnie tu – wskazałem to miejsce teatralnym gestem i wzdrygnąłem się jak bohater tragiczny, który dopiero co przeszedł przez piekło. Właściwie, to nic nie przesadzałem. Jak Morganę kochałem, tak było. – To nas przerzuciło z powrotem. Rana zniknęła. Ale trauma została. A ona zrobiła to… z premedytacją. Widziałem to w jej oczach. Bardzo chciała to zrobić. Roise, ja myślałem, że umieram. Serio. Że to koniec. I nikt nie będzie nawet miał mnie gdzie pochować, bo zostanie po mnie tylko zapach jeżyn.
Zaciągnąłem się ziołem jeszcze raz, tym razem już drżącą ręką. Nie radziłem sobie z tą samotnością, a teraz jeszcze te wizje, dźwięki, jeżynowe fantazmaty i Prudence z twarzą jak z reklamy eliksiru na złość. Prudence nie mogłem się pozbyć ze swojego życia, ale jeżyny...
– Więc… Błagam cię. Nie wybieraj jeżyn. Wybierz cokolwiek. Cokolwiek innego. Jabłka, śliwki, nawet rabarbar. Byle nie jeżyny – poprosiłem już niemal szeptem, tak zupełnie serio, jakby od tego zależało moje ocalenie.
Zamilkłem. Wypuściłem dym powoli, oglądając go, jak się skręca i faluje w powietrzu. Chyba serio przeżyłem traumę.
– A ten piasek, Roise… boski. Pełna profeska. Mówiłem ci, że jestem chujowy z transmutacji, ale ty… ty osiągnąłeś stan plaży. Mój drogi, to już nie eksperyment. To stan świadomości – dodałem, przesypując przez palce złoty, miękki piasek. Był jak obietnica ciepła, relaksu i tego, że świat jeszcze może być miły. Może. Kto wie?
Zamknąłem oczy. Piasek szeptał do mnie. Autentycznie. Zanurz w nas stopy, Romeczku. Zanurz i zapomnij o wszystkim, co cię gryzie... Oj tak. Byłem gotowy. Na plażę. Na odlot. Na nowy rozdział. Byle bez jeżyn. Za to z drinkami... Świat full of drinków!
– Roise… Mam genialny pomysł. Robimy bar. Ale nie taki bar, co stoi. Tylko bar, co pływa. Zrobimy go z dwóch dmuchanych materacy i lustra. Barmanem będzie zaklęty narwal z depresją, którego będziemy próbowali rozbawić. Będzie podawał drinki w kokosach, ale każdy z tych drinków będzie zawierał losowe wspomnienie! I nie, nie wiesz, czyje!
Wspomnień miałem w głowie wiele. Opowieści moich pacjentów, ale mogliśmy wlać do drinków nasze wspomnienia. Każdy po kropelce. Dla funu, dla zabawy. Wiadomo.