21.06.2025, 22:11 ✶
– Cześć! – przywitałem się, odkładając pióro na biurko. Nie zdążyłem wstać, bo weszła trochę znienacka, więc tylko ruchem dłoni wskazałem miejsce naprzeciwko siebie. Od razu zauważyłem, że była spięta, cholernie spięta, więc uśmiechnąłem się, korzystając z tych moich najspokojniejszych, ciepłych uśmiechów. Takich, które w moim przypadku mogły równie dobrze należeć do psychopaty, ale… nie dziś. Dziś byłem ten dobry. Ten z herbatką.
– Nie ukrywam, że byłem trochę zaskoczony, jak pojawiło się twoje nazwisko w moim grafiku... Ale hej, super, że jesteś, Bren — stwierdziłem z niekłamaną ulgą, robiąc wszystko, by się nie rozgadać o tym, jak bardzo ostatnio wszystko płonęło – metaforycznie, dosłownie i zawodowo. Czas miałem napięty do granic rozsądku i jeszcze trochę dalej, ale jak zwykle wyrabiałem się. Cud, magia, talent, organizacja i miłość do ludzi. A może po prostu dobry kalendarz. I seksowna asystentka. W duecie robiły cuda.
Zauważyłem, jak trzyma się sztywno. Spodziewałem się tego. Po pożarze Londynu wielu czarodziejów nosiło w sobie ogień, który już dawno powinien zgasnąć, a jednak wracał. W snach, w uliczkach, w zapachu przypalonego papieru. W jednym spojrzeniu na palenisko było traumy od groma. Brennie musiało być trudniej niż większości. Bo znałem ją. Wiedziałem, że to nie jest ktoś, kto łatwo prosi o pomoc. A już z pewnością nie magipsychiatrę!
– Pamiętam, że nie przepadasz za kontaktami z… kimś takim jak ja. Głowy, emocje, wspomnienia, hipnozy... Bleee, wiem. Ale nie zrobię nic, czego byś nie chciała. I na pewno nie zrobię nic bez twojej zgody. Możesz mi zaufać, serio – powiedziałem już spokojniej, może nawet łagodniej, choć gdzieś między słowami było czuć tę naszą znajomą nutkę kumpelstwa. Przynajmniej z mojej strony. Nigdy nie zapomniałem przecież tej jednej lekcji szermierki, po której stwierdziłem, że to nie dla mnie. Broń była piękna, ale wymagała skupienia i skrupulatności, których w duecie brakowało mojemu charakterowi.
– Nim przejdziemy do konkretów, muszę tylko wiedzieć: jak ta trauma się objawia? W jakich sytuacjach, jak długo, co ją uruchamia? Potrzebuję jakiejś mapy po tym problemie. Inaczej mogę cię co najwyżej wyprowadzić na manowce, a oboje wiemy, że nie mamy na to czasu ani nerwów, ani chęci.
Wyprostowałem się w fotelu, nie naruszając jednak tej atmosfery luzu, którą starałem się zbudować. W tej przestrzeni miała czuć się bezpieczna, nie oceniana. Nawet jeśli w środku siedział żar i popiół.
– Przede wszystkim wyluzuj. Tutaj jesteś bezpieczna. Nie ma ognia. Nie ma krzyków. A każde wejście do głowy to opcja tylko za obopólną zgodą. Wiem, że to brzmi oficjalnie, ale chcę, żebyś wiedziała: jesteś tu nie po to, żeby coś wytrzymywać. Jesteś po to, żeby sobie pomóc. A kto wie? Może hipnoza nie będzie potrzebna – odparłem, bo wcale nie musiało to być zabiegiem koniecznym. Czasami wystarczała rozmowa albo eliksiry.
Zawahałem się przez sekundę, zanim dorzuciłem jeszcze:
– A tak jeszcze w ramach wstępu: czy jesteś w stanie wypowiedzieć słowo Voldemort na głos? Nie musisz od razu. Po prostu chcę wiedzieć, gdzie jesteśmy na tej mapie lęku.
Uśmiechnąłem się znowu. Nie tak, jak psychopata. Raczej jak ktoś, kto naprawdę chce pomóc. Bo chciałem.
!Trauma Ognia
– Nie ukrywam, że byłem trochę zaskoczony, jak pojawiło się twoje nazwisko w moim grafiku... Ale hej, super, że jesteś, Bren — stwierdziłem z niekłamaną ulgą, robiąc wszystko, by się nie rozgadać o tym, jak bardzo ostatnio wszystko płonęło – metaforycznie, dosłownie i zawodowo. Czas miałem napięty do granic rozsądku i jeszcze trochę dalej, ale jak zwykle wyrabiałem się. Cud, magia, talent, organizacja i miłość do ludzi. A może po prostu dobry kalendarz. I seksowna asystentka. W duecie robiły cuda.
Zauważyłem, jak trzyma się sztywno. Spodziewałem się tego. Po pożarze Londynu wielu czarodziejów nosiło w sobie ogień, który już dawno powinien zgasnąć, a jednak wracał. W snach, w uliczkach, w zapachu przypalonego papieru. W jednym spojrzeniu na palenisko było traumy od groma. Brennie musiało być trudniej niż większości. Bo znałem ją. Wiedziałem, że to nie jest ktoś, kto łatwo prosi o pomoc. A już z pewnością nie magipsychiatrę!
– Pamiętam, że nie przepadasz za kontaktami z… kimś takim jak ja. Głowy, emocje, wspomnienia, hipnozy... Bleee, wiem. Ale nie zrobię nic, czego byś nie chciała. I na pewno nie zrobię nic bez twojej zgody. Możesz mi zaufać, serio – powiedziałem już spokojniej, może nawet łagodniej, choć gdzieś między słowami było czuć tę naszą znajomą nutkę kumpelstwa. Przynajmniej z mojej strony. Nigdy nie zapomniałem przecież tej jednej lekcji szermierki, po której stwierdziłem, że to nie dla mnie. Broń była piękna, ale wymagała skupienia i skrupulatności, których w duecie brakowało mojemu charakterowi.
– Nim przejdziemy do konkretów, muszę tylko wiedzieć: jak ta trauma się objawia? W jakich sytuacjach, jak długo, co ją uruchamia? Potrzebuję jakiejś mapy po tym problemie. Inaczej mogę cię co najwyżej wyprowadzić na manowce, a oboje wiemy, że nie mamy na to czasu ani nerwów, ani chęci.
Wyprostowałem się w fotelu, nie naruszając jednak tej atmosfery luzu, którą starałem się zbudować. W tej przestrzeni miała czuć się bezpieczna, nie oceniana. Nawet jeśli w środku siedział żar i popiół.
– Przede wszystkim wyluzuj. Tutaj jesteś bezpieczna. Nie ma ognia. Nie ma krzyków. A każde wejście do głowy to opcja tylko za obopólną zgodą. Wiem, że to brzmi oficjalnie, ale chcę, żebyś wiedziała: jesteś tu nie po to, żeby coś wytrzymywać. Jesteś po to, żeby sobie pomóc. A kto wie? Może hipnoza nie będzie potrzebna – odparłem, bo wcale nie musiało to być zabiegiem koniecznym. Czasami wystarczała rozmowa albo eliksiry.
Zawahałem się przez sekundę, zanim dorzuciłem jeszcze:
– A tak jeszcze w ramach wstępu: czy jesteś w stanie wypowiedzieć słowo Voldemort na głos? Nie musisz od razu. Po prostu chcę wiedzieć, gdzie jesteśmy na tej mapie lęku.
Uśmiechnąłem się znowu. Nie tak, jak psychopata. Raczej jak ktoś, kto naprawdę chce pomóc. Bo chciałem.
!Trauma Ognia