22.06.2025, 08:46 ✶
Klatka, do której próbował zajrzeć Alexander, nie eksponowała ozdobnego kolorowego ptaka, którego pieśni chciałoby się słuchać. Nie było w niej ślicznego trofeum usidlonego dla czyjejś sadystycznej przyjemności. Na kraty, o które biła skrzydłami Helloise, narzucono zasłonę, klatkę usunięto w kąt. Pod spodem nie biły o pręty drobne skrzydełka słowika czy skowronka, małego smutnego śpiewaka wziętego w niewolę. To klatka na nieprzewidywalne zwierzę, którego nie udało się poddać tresurze.
Helloise nie skończyła wcale tej nocy jako łakomy kąsek rozszarpany przez stwory z mroków. Wręcz przeciwnie: to ona skonsumowała tę noc. Oblazła pierwszego Śmierciożercę jak szarańcza i skosztowała na języku tego wypełzłego z ognia, wykrwawiającego się mordercy.
Klatka, do której próbował zajrzeć Alexander, kryła zwierzę zaślepione apetytem. Głodne i nienasycone, goniące za kaprysem. Wściekłe i rozdrażnione, gdy nie mogło mieć tego, czego chciało.
Helloise wyszła w tę noc, między te kobiety wywleczone na ulice przez bydlęta, odarte przemocą z godności, ale nie była jedną z ofiar. To ona przemieniła oprawców w ofiary. Jej ręka splotła pod różdżką czar, który gadzimi zębami pokąsał rękę dopuszczającą się gwałtu.
Klatka, do której próbował zajrzeć Alexander, podzwaniała od uderzeń ospałych skrzydeł wspominających, z jaką siłą podrywał je kiedyś gniew. Czaił się tam zwierz opity i ogłupiały, ale wciąż pamiętający, jak to jest kąsać.
Helloise nie straciła strzępów spódnicy w akcie przemocy. Dłoń jej Śmierciożercy znalazła tę drogę tylko dlatego, że ona mu ją pokazała. Ona poprowadziła jego rękę po sobie, tak daleko, że to na niego spadł ciężar protestu.
Klatka, do której próbował zajrzeć Alexander, wabiła i kusiła, aby uchylić zarzuconą na nią zasłonę. Spróbować włożyć rękę między te karty, choćby wyrokiem miało być zaklinowanie się w nich.
Helloise była kąsającym, nie kąsanym. Nie chciała od Mulcibera współczucia. Rzuciła mu wcześniejsze słowa z taką obojętną lekkością nie po to, aby zapłakał nad jej losem. Rozrzuciła je między nimi jak piach gryzący oczy, aby schować się w tym pyle. Schroniła się wygodnie za plecami czarnej bezosobowej figury, którą Alexander zdążył oskarżyć w głowie o cały wachlarz przemocy. Bo to była jego decyzja. Ja nie mam nic wspólnego z tą maską. Nigdy bym sama tego nie wybrała. Nigdy bym nie kryła się w ten sposób. Weszłabym z uniesioną głową i ogłosiła swoje imię. Nie znam wstydu. Nie znam strachu.
Prawda była tymczasem taka, że gdy on wręczył jej maskę, podziękowała mu. Nie musiał używać przemocy, nie przyprowadził jej tu na żadnej smyczy. Nie podobało jej się ukrywać, ale nie odezwała się słowem sprzeciwu, gdy wymazywała swoją twarz. Przyjęła niechciane ograniczenie ze smętną wdzięcznością. Chowając siebie, chowała jego. Ułożyła te decyzje nie wokół własnego impulsywnego widzi mi się, które kierowało nią na co dzień, lecz wokół niego — i ciążyła jej myśl, jak łatwo jej to przyszło, jak mocno ją wyhamowało. Zrzuciła więc na Śmierciożercę winę, żeby rozmydlić tę słabostkę. To jego decyzja.
Nie protestowała, gdy Mulciber zatrzymał jej rękę i nadał jej nowy kierunek. Podczas tej krótkiej wędrówki wyciągała palce po jego skórze, jakby po drodze chciała zabrać go dla siebie jak najwięcej. Uniosła głowę, żeby spojrzeć na maskę, spod której nie sposób było dojrzeć obserwujących ją oczu — a nie wątpiła, że to właśnie robią. I zaśmiała się bezgłośnie, niemal pogardliwie — samym drżeniem ramion i świstem wypuszczanego przez nos powietrza. To nie jej zależało na załataniu jego ran. A o ileż przyjemniej przecież było zwiedzać krzywizny męskiej ręki i tropić pod palcami linie żył niż grzebać wokół brzydko porwanego ciała.
Przestała się śmiać, gdy poczuła runę. Znalazła pod palcami jego więzienie, mimo że nie prosiła, aby się tak przed nią obnażał. Nie była przygotowana na to, że przypadkowy Śmierciożerca wyłoniony z czarnej masy wciśnie jej rękę między pręty swojej klatki.
— Co to? — zapytała głucho, gdy zaznajomiła się z kształtem. Nie odważyła się spuścić na to przedramię oczu. Patrzyła na niego: maska w maskę. — Płotek... czy krata? — Zamierzasz przeskoczyć przez nią czy to wyznacza twój kres?
Nie znała run — to prawda — lecz mimo to jej ignorancka intuicja złożyła bliznę w przeszkodę. Runa była obrzydliwa, a jednak Helloise nie mogła oderwać od niej palców. Wiodła po niej kciukiem w tę i z powrotem, z każdym powtórzeniem dociskając paznokieć nieco mocniej. Skąd to masz? Jakby mogła zdrapać ją, warstwa po warstwie, i skonsumować istotę mężczyzny pod maską. Skoro raz już ktoś wniknął w niego tędy, przerwał go w tym miejscu, może dzięki temu jej łatwiej będzie wyłuskać z cienia człowieka i obejrzeć go sobie. Kim jesteś?
Tak trudno było jej przeniknąć przez korowód czarnych postaci, który przemaszerował przed nią tej nocy. Mogła unurzać się w ich krwi tam, gdzie ktoś w odwecie zerwał kontur cienia, lecz poza krwią nie pozostało w jej rękach nic — tym łakomiej więc syciła się runą.
— Ty ich nie słyszysz. To nie znaczy, że nikt ich nie pamięta. Nie jestem samotna. — Nie byłam. Cofnęła ręce i złożyła je na kolanach. — Lubiły ze mną rozmawiać, a ja lubiłam słuchać. Czasem wciąż one… — Słowa rozmyły się stopniowo, jakby myśli czarownicy podryfowały powoli w innym kierunku, zostawiając końcówkę na wpół wypowiedzianą.
Kobieta odwróciła się, nie podejmując już ponownie tematu, jakby zapomniała, że kiedykolwiek jakiś istniał. Zaczęła przeglądać flakony z eliksirami, lecz palcem bezwiednie kreśliła runę na swoim udzie, nie potrafiąc wyrzucić jej z głowy. Zawartość szkieł mieniła się kolorami i mieszała w jej oczach. Próbowała przypomnieć sobie głosy Kniei, lecz zewsząd atakowały ją warkoty śmierciożerczych raportów. Knieja była za płotkiem czy za kratą? Zielonkawa zawartość wybranej flaszeczki zafalowała, gdy Helloise ją uniosła. Falowało jej w gardle. Odwróciła buteleczkę w poziom: tak, że „Z” na etykietce zaczęło przypominać runę wydrapywaną na nodze przez materiał spódnicy.
— Musisz wypić.
Zacisnęła niesforną dłoń w pięść. Dopiero gdy upewniła się, że palce zbudziły się z transu, odszukała czystą szklaną fiolkę. Odkorkowała eliksir zatrzymujący krwawienia i wymierzyła — na tyle, na ile umiała — porcję mającą pomóc na ranę Śmierciożercy, po czym wyciągnęła ją do niego dłonią lepką od jego własnej krwi.
// rzucam WOP na to, czy uda się wycelować z dawką
// zużywam z tego posta eliksir zatrzymujący krwawienia nr 2 (krytyczne 100)
Helloise nie skończyła wcale tej nocy jako łakomy kąsek rozszarpany przez stwory z mroków. Wręcz przeciwnie: to ona skonsumowała tę noc. Oblazła pierwszego Śmierciożercę jak szarańcza i skosztowała na języku tego wypełzłego z ognia, wykrwawiającego się mordercy.
Klatka, do której próbował zajrzeć Alexander, kryła zwierzę zaślepione apetytem. Głodne i nienasycone, goniące za kaprysem. Wściekłe i rozdrażnione, gdy nie mogło mieć tego, czego chciało.
Helloise wyszła w tę noc, między te kobiety wywleczone na ulice przez bydlęta, odarte przemocą z godności, ale nie była jedną z ofiar. To ona przemieniła oprawców w ofiary. Jej ręka splotła pod różdżką czar, który gadzimi zębami pokąsał rękę dopuszczającą się gwałtu.
Klatka, do której próbował zajrzeć Alexander, podzwaniała od uderzeń ospałych skrzydeł wspominających, z jaką siłą podrywał je kiedyś gniew. Czaił się tam zwierz opity i ogłupiały, ale wciąż pamiętający, jak to jest kąsać.
Helloise nie straciła strzępów spódnicy w akcie przemocy. Dłoń jej Śmierciożercy znalazła tę drogę tylko dlatego, że ona mu ją pokazała. Ona poprowadziła jego rękę po sobie, tak daleko, że to na niego spadł ciężar protestu.
Klatka, do której próbował zajrzeć Alexander, wabiła i kusiła, aby uchylić zarzuconą na nią zasłonę. Spróbować włożyć rękę między te karty, choćby wyrokiem miało być zaklinowanie się w nich.
Helloise była kąsającym, nie kąsanym. Nie chciała od Mulcibera współczucia. Rzuciła mu wcześniejsze słowa z taką obojętną lekkością nie po to, aby zapłakał nad jej losem. Rozrzuciła je między nimi jak piach gryzący oczy, aby schować się w tym pyle. Schroniła się wygodnie za plecami czarnej bezosobowej figury, którą Alexander zdążył oskarżyć w głowie o cały wachlarz przemocy. Bo to była jego decyzja. Ja nie mam nic wspólnego z tą maską. Nigdy bym sama tego nie wybrała. Nigdy bym nie kryła się w ten sposób. Weszłabym z uniesioną głową i ogłosiła swoje imię. Nie znam wstydu. Nie znam strachu.
Prawda była tymczasem taka, że gdy on wręczył jej maskę, podziękowała mu. Nie musiał używać przemocy, nie przyprowadził jej tu na żadnej smyczy. Nie podobało jej się ukrywać, ale nie odezwała się słowem sprzeciwu, gdy wymazywała swoją twarz. Przyjęła niechciane ograniczenie ze smętną wdzięcznością. Chowając siebie, chowała jego. Ułożyła te decyzje nie wokół własnego impulsywnego widzi mi się, które kierowało nią na co dzień, lecz wokół niego — i ciążyła jej myśl, jak łatwo jej to przyszło, jak mocno ją wyhamowało. Zrzuciła więc na Śmierciożercę winę, żeby rozmydlić tę słabostkę. To jego decyzja.
Nie protestowała, gdy Mulciber zatrzymał jej rękę i nadał jej nowy kierunek. Podczas tej krótkiej wędrówki wyciągała palce po jego skórze, jakby po drodze chciała zabrać go dla siebie jak najwięcej. Uniosła głowę, żeby spojrzeć na maskę, spod której nie sposób było dojrzeć obserwujących ją oczu — a nie wątpiła, że to właśnie robią. I zaśmiała się bezgłośnie, niemal pogardliwie — samym drżeniem ramion i świstem wypuszczanego przez nos powietrza. To nie jej zależało na załataniu jego ran. A o ileż przyjemniej przecież było zwiedzać krzywizny męskiej ręki i tropić pod palcami linie żył niż grzebać wokół brzydko porwanego ciała.
Przestała się śmiać, gdy poczuła runę. Znalazła pod palcami jego więzienie, mimo że nie prosiła, aby się tak przed nią obnażał. Nie była przygotowana na to, że przypadkowy Śmierciożerca wyłoniony z czarnej masy wciśnie jej rękę między pręty swojej klatki.
— Co to? — zapytała głucho, gdy zaznajomiła się z kształtem. Nie odważyła się spuścić na to przedramię oczu. Patrzyła na niego: maska w maskę. — Płotek... czy krata? — Zamierzasz przeskoczyć przez nią czy to wyznacza twój kres?
Nie znała run — to prawda — lecz mimo to jej ignorancka intuicja złożyła bliznę w przeszkodę. Runa była obrzydliwa, a jednak Helloise nie mogła oderwać od niej palców. Wiodła po niej kciukiem w tę i z powrotem, z każdym powtórzeniem dociskając paznokieć nieco mocniej. Skąd to masz? Jakby mogła zdrapać ją, warstwa po warstwie, i skonsumować istotę mężczyzny pod maską. Skoro raz już ktoś wniknął w niego tędy, przerwał go w tym miejscu, może dzięki temu jej łatwiej będzie wyłuskać z cienia człowieka i obejrzeć go sobie. Kim jesteś?
Tak trudno było jej przeniknąć przez korowód czarnych postaci, który przemaszerował przed nią tej nocy. Mogła unurzać się w ich krwi tam, gdzie ktoś w odwecie zerwał kontur cienia, lecz poza krwią nie pozostało w jej rękach nic — tym łakomiej więc syciła się runą.
— Ty ich nie słyszysz. To nie znaczy, że nikt ich nie pamięta. Nie jestem samotna. — Nie byłam. Cofnęła ręce i złożyła je na kolanach. — Lubiły ze mną rozmawiać, a ja lubiłam słuchać. Czasem wciąż one… — Słowa rozmyły się stopniowo, jakby myśli czarownicy podryfowały powoli w innym kierunku, zostawiając końcówkę na wpół wypowiedzianą.
Kobieta odwróciła się, nie podejmując już ponownie tematu, jakby zapomniała, że kiedykolwiek jakiś istniał. Zaczęła przeglądać flakony z eliksirami, lecz palcem bezwiednie kreśliła runę na swoim udzie, nie potrafiąc wyrzucić jej z głowy. Zawartość szkieł mieniła się kolorami i mieszała w jej oczach. Próbowała przypomnieć sobie głosy Kniei, lecz zewsząd atakowały ją warkoty śmierciożerczych raportów. Knieja była za płotkiem czy za kratą? Zielonkawa zawartość wybranej flaszeczki zafalowała, gdy Helloise ją uniosła. Falowało jej w gardle. Odwróciła buteleczkę w poziom: tak, że „Z” na etykietce zaczęło przypominać runę wydrapywaną na nodze przez materiał spódnicy.
— Musisz wypić.
Zacisnęła niesforną dłoń w pięść. Dopiero gdy upewniła się, że palce zbudziły się z transu, odszukała czystą szklaną fiolkę. Odkorkowała eliksir zatrzymujący krwawienia i wymierzyła — na tyle, na ile umiała — porcję mającą pomóc na ranę Śmierciożercy, po czym wyciągnęła ją do niego dłonią lepką od jego własnej krwi.
// rzucam WOP na to, czy uda się wycelować z dawką
Rzut PO 1d100 - 59
Sukces!
Sukces!
// zużywam z tego posta eliksir zatrzymujący krwawienia nr 2 (krytyczne 100)
dotknij trawy