22.06.2025, 13:14 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.06.2025, 20:04 przez Hannibal Selwyn.)
Zostaw mnie.
Nigdy już nie znajdę nikogo takiego.
Nigdy już się nie zakocham.
Jak ona mogła mi to zrobić! Nigdy już nie będę szczęśliwy! Skończę ze sobą!
Słyszał to już wiele razy, rzucane w gniewie i żalu przepowiednie, odzwierciedlające czarne myśli odrzuconych kochanków. Najwyraźniej wampiry nie różniły się pod tym względem od ludzi. Przespacerował się po scenie, zbierając myśli. Jedna z desek skrzypnęła pod jego stopami. W zamyśleniu nacisnął ją ponownie. Skrzyp. Było mu szkoda Gabriela, który najwyraźniej przeżywał właśnie załamanie nerwowe. Skrzyp. Który chciał go jeszcze chwilę temu rozsmarować po podłodze. Zszedł z obluzowanej deski i ruszył w dalszy obchód, teraz balansując na krawędzi sceny z niewymuszoną gracją tancerza. Kiedy i dlaczego podczas tej nocnej eskapady zrodziło się poczucie komitywy z mężczyzną - wampirem - który deklamował poezję na środku brudnego zaułka Soho, był gotów włamywać się do teatru przez okno jak dzieciak, nie ugryzł go, a teraz rozpaczał, że jest potworem?..
Nie ugryzł go.
Z pożądania, jakie mogło tlić się w ciele Hannibala wobec całkiem przystojnego nieznajomego nie pozostało wiele, ból rozbitej głowy i akompaniament żałosnych szlochów skutecznie ostudził jego zapał. Ale czuł, że było - mogło być - między nimi więcej. Porozumienie, wrażliwość artystyczna, beztroska.
Może jednak nie było dobrze tak, jak teraz. Może potrzebowali porozmawiać. Może potrzebowali się poznać.
Hannibal doszedł do końca rampy i spojrzał ze swojego całkiem niepozornego miejsca na scenie na rzędy foteli. Często ćwiczył dla pustej widowni, ale rzadko był całkowicie sam - zwykle kręcili się tu pracownicy techniczni, inni aktorzy, reżyser, scenarzysta. Teraz był jeden z tych momentów, kiedy nikt, ale to absolutnie nikt nie widział, co Hannibal - robi? - odgrywa?
Poza Gabrielem, oczywiście.
Który nie ugryzł go. Chociaż chciał. Chociaż był wściekły i miał go jak na widelcu, obezwładnionego, perfekcyjna przekąska o północy. A to znaczyło, że się powstrzymał.
A to znaczyło, że miał kontrolę.
A to znaczyło, że… może nie był aż takim potworem, za jakiego się uważał?
Selwyn wykonał pół piruetu i wrócił do wampira - teraz stanowiącego kupkę nieszczęścia mniej więcej na środku sceny. Nieumarły nie chciał rozmawiać i dawał temu głośno wyraz. Ale Hannibal nie pierwszy raz to słyszał i wiedział, że prędzej, czy później, łzy się wyczerpią i przestaną płynąć. A wtedy jest duża szansa, że popłyną słowa.
- Hej - szepnął, moszcząc się w miarę wygodnie na podłodze - Żadnej przemocy już teraz, dobrze?
Usiadł tuż obok, blisko, tak, że jego biodro i udo stykały się z plecami Gabriela. I czekał.
Nigdy już nie znajdę nikogo takiego.
Nigdy już się nie zakocham.
Jak ona mogła mi to zrobić! Nigdy już nie będę szczęśliwy! Skończę ze sobą!
Słyszał to już wiele razy, rzucane w gniewie i żalu przepowiednie, odzwierciedlające czarne myśli odrzuconych kochanków. Najwyraźniej wampiry nie różniły się pod tym względem od ludzi. Przespacerował się po scenie, zbierając myśli. Jedna z desek skrzypnęła pod jego stopami. W zamyśleniu nacisnął ją ponownie. Skrzyp. Było mu szkoda Gabriela, który najwyraźniej przeżywał właśnie załamanie nerwowe. Skrzyp. Który chciał go jeszcze chwilę temu rozsmarować po podłodze. Zszedł z obluzowanej deski i ruszył w dalszy obchód, teraz balansując na krawędzi sceny z niewymuszoną gracją tancerza. Kiedy i dlaczego podczas tej nocnej eskapady zrodziło się poczucie komitywy z mężczyzną - wampirem - który deklamował poezję na środku brudnego zaułka Soho, był gotów włamywać się do teatru przez okno jak dzieciak, nie ugryzł go, a teraz rozpaczał, że jest potworem?..
Nie ugryzł go.
Z pożądania, jakie mogło tlić się w ciele Hannibala wobec całkiem przystojnego nieznajomego nie pozostało wiele, ból rozbitej głowy i akompaniament żałosnych szlochów skutecznie ostudził jego zapał. Ale czuł, że było - mogło być - między nimi więcej. Porozumienie, wrażliwość artystyczna, beztroska.
Może jednak nie było dobrze tak, jak teraz. Może potrzebowali porozmawiać. Może potrzebowali się poznać.
Hannibal doszedł do końca rampy i spojrzał ze swojego całkiem niepozornego miejsca na scenie na rzędy foteli. Często ćwiczył dla pustej widowni, ale rzadko był całkowicie sam - zwykle kręcili się tu pracownicy techniczni, inni aktorzy, reżyser, scenarzysta. Teraz był jeden z tych momentów, kiedy nikt, ale to absolutnie nikt nie widział, co Hannibal - robi? - odgrywa?
Poza Gabrielem, oczywiście.
Który nie ugryzł go. Chociaż chciał. Chociaż był wściekły i miał go jak na widelcu, obezwładnionego, perfekcyjna przekąska o północy. A to znaczyło, że się powstrzymał.
A to znaczyło, że miał kontrolę.
A to znaczyło, że… może nie był aż takim potworem, za jakiego się uważał?
Selwyn wykonał pół piruetu i wrócił do wampira - teraz stanowiącego kupkę nieszczęścia mniej więcej na środku sceny. Nieumarły nie chciał rozmawiać i dawał temu głośno wyraz. Ale Hannibal nie pierwszy raz to słyszał i wiedział, że prędzej, czy później, łzy się wyczerpią i przestaną płynąć. A wtedy jest duża szansa, że popłyną słowa.
- Hej - szepnął, moszcząc się w miarę wygodnie na podłodze - Żadnej przemocy już teraz, dobrze?
Usiadł tuż obok, blisko, tak, że jego biodro i udo stykały się z plecami Gabriela. I czekał.