Dostrzegała spojrzenia, jakie rzuca jej załoga – i nie dziwiła się wcale. Była już do tego przyzwyczajona przez ostatnie miesiące od wypadku z Limbo, po tym, jak jej zdjęcia były prezentowane w gazetach, razem z trójką innych nieszczęśników. Przywykła do tego, że gdy szła Pokątną, ludzie zerkają na nią, szepczą, czasami pokazują sobie palcami; że patrzą się na nią, gdy siedziała w restauracji. Niektórzy z zaciekawieniem, większość jednak ze strachem. Czasami ktoś podchodził i chciał porozmawiać, zwłaszcza po wywiadzie, którego udzieliła. Ale zwykle miała miejsce i przestrzeń dla siebie. Ludzie byli tylko migającymi twarzami, o których mogła zaraz zapomnieć, bo znikali jej z oczu, a tutaj – musieli z nią przebywać na jednym pokładzie. Victoria nie podawała dłoni nieznajomym, trzymała je przy sobie, starając się emanować tym swoim upiornym zimnem w jak najmniejszej odległości, zresztą przy Hestii stała tak, by młodsza koleżanka nie czuła nadmiernego dyskomfortu. Dla marynarzy jednak musiał to być bardzo nerwowy dzień – a skoro byli przesądni i już czuli, że ostatnie wydarzenia zwiastują nieszczęście, to co musieli sobie myśleć, mając przynajmniej trzy kobiety na pokładzie (a jak wiadomo baba na statku też równa się nieszczęście), w tym jeszcze jedna była tym dziwadłem, które wylazło z Limbo w jednym kawałku… Czy to było nieszczęście do sześcianu?
Na szmer, który zapanował po słowach Gerry, wśród załogi, Victoria zareagowała jedynie spojrzeniem, które gładko prześlizgnęło się po nieznajomych jej ludziach. Poza tym – nadal stała w swoim miejscu, niby ta niewzruszona statua, w mundurze o długich rękawach, z rękoma założonymi na piersi tak, że w promieniach wschodzącego słońca widać było srebrzyste blizny na wierzchu jej lewej dłoni. A gdy kapitan statku wylazł ze swojej kajuty i się przedstawił, kiwnęła na przywitanie głową. Nie miała problemu też z tym, by się go słuchać, póki płynęli. Nie zamierzała nawet ukrywać, że pływanie statkami to nie jest coś, czego była miłośniczką, a po ostatnich wydarzeniach – wręcz czuła, że ich nie lubiła. Ale jednak praca co i rusz wciskała ją na ich pokłady.
Victoria, można było odnieść wrażenie, że uparcie milczała, zwłaszcza wtedy, gdy Anders rzucił jej wymowne spojrzenie, gdy mówił o dowodzeniu. Prawda jednak była taka, że myślała. Laurent odezwał się pierwszy, wdając się z kapitanem w rozmowę, a ona analizowała – w tym była dobra. W nie rzucaniu się, heh, na głęboką wodę od razu, wolała przemyśleć sprawę, obrócić każdą rzecz kilka razy w głowie i wyciągnąć jakieś wnioski, a teraz jeszcze nadal zbierała informacje. Ten ciąg myślowy przerwał Prewett gdy zbliżył się do nich i odezwał do ciągle milczącej Hestii. Lestrange uznała, że brygadzistka musi być onieśmielona, postanowiła więc nieco ułatwić jej ten kontakt z resztą grupy… a przynajmniej z Laurentem. Nie zamierzała jednak mówić za nią więcej niż całkowite podstawy.
– Hestia jest tutaj ze mną, można powiedzieć, że za nią odpowiadam – powiedziała równie cicho. Może nie do końca tak było, że za nią odpowiadała, na pewno nie zamierzała jej wydawać żadnych rozkazów, nawet jeśli faktycznie była na stanowisku ponad brygadzistami. Ale tak, czuła się za nią odpowiedzialna – jako ta starsza koleżanka, aurorka.
[a]Chwilę później odchrząknęła lekko, a zaraz po tym zaczęła kaszleć, czując to nieznośne drapanie w gardle, które zaczęło się od cholernej Spalonej Nocy i wdychania przez kilka godzin tego gówna, które krążyło w powietrzu, uniosła aż dłoń, by zakryć sobie usta. Dopiero po tym przemówiła.
– Skoro tak trudno ocenić, co sprawiło, że te bestie w ogóle znowu się pojawiły, to może obmyślimy sobie dwa warianty planu? Na wypadek, gdyby rzeczywiście były tylko zagubione i wystarczyłoby je tylko odgonić, żeby nie powtórzyć ostatnich błędów i nie atakować bez potrzeby? Ale gdyby jednak okazało się, że nie są tylko głodne i przestraszone… Cóż, wtedy zależy chyba jakby się zachowywały. Tak sądzę. Nie jestem na pewno za tym, by od razu je atakować, jeśli jest szansa- – urwała zdanie w trakcie, czując nową falę drapania w gardle i kaszlu. Wydusiła z siebie jeszcze tylko krótkie i ciche – przepraszam – i odwróciła się tyłem do reszty, próbując nabrać oddech. Prawda była taka, że nie miała jeszcze fizycznie czasu zająć się tym problemem wystarczająco dobrze, a w jeden dzień te wszystkie objawy przecież nie miną, zwłaszcza, że uzdrowiciele sami do końca nie byli pewni co dokładnie się dzieje.