Tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu - sytuacja rozwijała się. Rewolucja trwała. Kolejne osoby opowiadały się po jednej bądź drugiej stronie. Wszystko stawało się coraz bardziej widoczne, coraz mocniej odczuwalne. Przybierało na sile. Nie dało się pozostać wobec tego obojętnym. Nie dało się tego nie zauważyć. Nowa rzeczywistość miała narodzić się przy akompaniamencie przelewanej litrami krwi osób, które stawiały wszystkiemu temu opór. Nie chciały zaakceptować zmian, które były nieuniknione.
Theon Yaxley nie był fanatykiem. Daleko było mu do tego miana. Będąc we wszystko to zaangażowanym od dawna, stronę konfliktu wybrał w oparciu o przekonania bliskich sobie osób. Rodziny. Przyjaciół. Znajomych. Pod uwagę brał wartości, w zgodzie z którymi był wychowywany. Nie bez znaczenia było ponadto dla niego to, kto konkretnie opowiadał się po stronie Czarnego Pana. Choć po czątkowo grono jego popleczników nie było szczególnie liczne, to zaliczały się do niego osoby, które posiadały spore środki i niemałe wpływy. Były w stanie poniekąd kreować otaczającą nas rzeczywistość. Dużo rozsądnie było działać razem z nimi, niż przeciwko nim aktywnie występować.
Nazwijmy to pragmatyzmem wynikającym z wiary.
Albo zwyczajnym tchórzostwem.
Im bardziej się w to wszystko zaglębiał, im więcej cegiełek dokładał od siebie, tym bardziej się nad wszystkim zastanawiał. Dostrzegał efekty prowadzonych działań, toczącej się wojny. Widział jak odbijało się to na życiu każdego czarodzieja. Niezależnie od statusu, niezależnie od pochodzenia. Choć daleki był od powiedzenia sobie pas, od wycofania się, wzięcia własnych nóg za pas, coraz mniej było w nim z żołnierza, który posłusznie wykonywał każde kolejne polecenie. Bez pytań. Bez wątpliwości. Bez zastrzeżeń.
Bezmyślnie.
Analizował wszystko. Zastanawiał się nad konsekwencjami. Nad tym czy nie można było podejść do tego inaczej.
Z wolna hodował swoje własne sumienie, karmiąc je kolejnymi wątpliwościami.
Poczuciem winy wynikającym z tego, że również sam w tym wszystkim uczestniczył nie będąc w stanie znaleźć innego rozwiązania. Innej drogi, ale równie skutecznej. Mogącej doprowadzić do celu, który był jasny. Zrozumiały.
Czasami trzeba było podnieść różdżkę w imię wyższych celów.
Poświęcić się dla większego dobra.
Ktoś przecież musiał wziąć ten ciężar na swoje barki.
Na Pokątnej zjawił się z czystą głową. Wyrzucając uprzednio to wszystko z jej wnętrza; ze swoich myśli. Starając się skupić na tym, co miało znaczenie. Był tutaj po to, żeby działać. Wykonać zadanie. Podążając w ślad za swoim towarzyszem, starał się go ubezpieczać. W pogotowiu trzymał swoją różdżkę, gotów z niej skorzystać, gdyby zaszła taka potrzeba. Interweniować. Idealnie nadawał się do tej roli. Dobry w czarach ofensywnych oraz defensywnych, radzący sobie całkiem nieźle, kiedy chodziło o pojedynki. A przecież nawet nie korzystał z tego na co dzień, zawodowo.
- Znów coś wyciekło? - padło z jego strony, kiedy Corvus zawyrokował, że nic tutaj po nich. W głosie wybrzmiała irytacja. Nie był to pierwszy taki przypadek. Czasami jakaś informacja wypłynęła. Innym razem w grę wchodziło przeczucie. Ewentualnie zwykły łut szczęścia. Nie wszystko udawało się idealnie. Nie każdy plan udawało się zrealizować. Niestety.
Rozejrzał się po wnętrzu w poszukiwaniu jakiś śladów, wskazówek. Pobieżnie. Na dokładniejsze oględziny nie mieli czasu. Nie mogli sobie pozwolić. Cholera jedna wie czy nieruchomość nie znajdywała się pod obserwacją; czy zaraz nie zjawią się tutaj aurorzy bądź brygadziści. Co prawda mieli w ich szeregach swoich ludzi, ale niczego nie można było wykluczyć. Działać trzeba było z głową.
Podszedł do stołu, zerknął na fotel. Zainteresował się tym co leżało na komodzie. Gdyby tutaj się takowy znajdywał, zajrzałby pewnie do wnętrza śmietnika, ale przecież nie będzie teraz zaglądał do każdego pomieszczenia w celu znalezienia takowego. Na chwilę spuścił z oczu swojego towarzysza. Nie spodziewał się żadnych niespodzianek. Albo przynajmniej - nie takich jak ta, która tutaj na nich czekała.
O tym, że coś jest nie tak, poinformował go odgłos ciała zderzającego się z podłogą. Odwrócił się szybko, rzucając na ziemię jakąś figurkę, która ledwie co znalazła się w jego dłoni. Wysunął różdżkę, gotów posłać w kierunku intruza pierwsze zaklęcie jakie przyjdzie mu do głowy. Expelliarmus. Drętwota. Expulso. Cokolwiek. Żadnego intruza tylko nie było. Jedynie książka. Zniszczona. Nadgryziona upływającym czasem. Wyglądająca na taką, którą właściciel czytał wielokrotnie. Nie kojarzył tytułu. Nie znał też autora. Czyżby twórczość mugolska? Nieszczególnie by go to zdziwiło, jeśli pod uwagę wziąć to, co wiedział na temat osoby, która była celem ataku.
- Alice in... - zaczął, dotykając palcem tytułu. Przesuwając litera po literze. I właśnie w tym momencie również popełnił cholerny błąd. Ten sam, który przytrafił się nieprzytomnemu towarzyszowi. Biały królik (skąd tu się wziął biały królik?), zaczął pierw podskakiwać w przejściu prowadzącym na korytarz, a następnie rzucił się pędem w jego kierunku, znikając w jednym z nieoświetlonych pomieszczeń.