23.06.2025, 11:22 ✶
Gdy tylko otrzymała list od Leviathana, miała ochotę zmiąć go w kulkę i wrzucić do ogniska. List, nie mężczyznę, chociaż kto wie...? Ale zamiast tego po prostu stawiła się w Londynie, tam gdzie miała spotkać się z Rowlem. Byłaby głupia, gdyby nie przyjęła zlecenia od swojego "męża" i jego znajomego, o którym wiedziała nie tylko tyle, że jest obrzydliwie bogaty, ale i że ma serce po dobrej stronie. Laurent Prewett - to imię i nazwisko było jej dobrze znane. Należała przecież do Artemis i chociaż sama nie miała do tej pory nic wspólnego z latającymi końmi czy samym New Forest, to wiedziała tyle, że pomimo antypatii do Leviathana Prewettowi należało pomóc.
Bez zbędnych i ciepłych przywitań po prostu aportowali się do miejsca docelowego. Faye była przygotowana, dużo bardziej niż wtedy w rezerwacie, gdy zaatakowały ich Licha. Nie miała klatek, bo po co, ale miała duży plecak a w nim zapewne masę pomniejszonych sprzętów, które się im przydadzą. Łapanie latających koni nie było łatwym zadaniem, szczególnie jeżeli - tak jak Faye - kiepsko się latało na miotle. Ale istniało wiele innych sposób, dodatkowo słyszała, że te abraksany Prewettów były piekielnie inteligentne. To był duży plus, chociaż jeżeli uciekły, to równie dobrze mogły się obrazić i wystraszyć jednocześnie. Na dwoje babka wróżyła, wiedziała jednak jedno: musiała zrobić wszystko, by te wróciły do siebie.
Faye była ubrana nad wyraz wygodnie. Wysokie buty, materiałowe spodnie i zwykły t-shirt bez żadnych nadruków. Ciemne, stonowane kolory, a rudawe włosy związała w kok. Na widok Laurenta się lekko uśmiechnęła, chociaż widać było na jej twarzy zaskoczenie, gdy zobaczyła jak wylewny i uprzejmy potrafi być Leviathan. Pokręciła lekko głową, jakby chciała powiedzieć nie.
- Dziwną masz definicję słowa "proszę" - mruknęła zgryźliwie, lecz ten ton szybko został rozwiany, gdy podszedł do niej Laurent. Uniosła nieco brwi, zaskoczona tymi manierami, bo - nie ukrywajmy - nie była do nich przyzwyczajona. Ale to było miłe. Naprawdę miła odmiana po tym wszystkim, co ją ostatnio otaczało. - Faye Travers. Przejdźmy na "ty", będzie łatwiej.
Obdarzyła Laurenta naprawdę przyjemnym i ciepłym uśmiechem. To nie była jego wina, że zadawał się z - w jej mniemaniu - bufonami i pajacami. Z kategorią ludzi, do której zaliczała Leviathana. Ich stosunki były bardzo, bardzo napięte i sama nie do końca rozumiała, dlaczego. Ale mniejsza już o to. Faye przestąpiła z nogi na nogę.
- Powiesz mi dokładnie, co tu się stało? I czy ktoś widział, w którą stronę poleciały abraksany? Ile ich było, jak duże są, czy były młode? Jakie masz z nimi stosunki i czy będziesz potrafił przemówić do nich, jeżeli nie zechcą wrócić? Nie chcę używać przemocy, to bardzo inteligentne stworzenia, myślałam więc, że najlepiej będzie po prostu je wytropić i spróbować... Metody marchewki zamiast kija - zaczęła od razu, bo nie mieli czasu do stracenia. Już normalne konie były cholernie pamiętliwe, a co dopiero te magiczne.
Bez zbędnych i ciepłych przywitań po prostu aportowali się do miejsca docelowego. Faye była przygotowana, dużo bardziej niż wtedy w rezerwacie, gdy zaatakowały ich Licha. Nie miała klatek, bo po co, ale miała duży plecak a w nim zapewne masę pomniejszonych sprzętów, które się im przydadzą. Łapanie latających koni nie było łatwym zadaniem, szczególnie jeżeli - tak jak Faye - kiepsko się latało na miotle. Ale istniało wiele innych sposób, dodatkowo słyszała, że te abraksany Prewettów były piekielnie inteligentne. To był duży plus, chociaż jeżeli uciekły, to równie dobrze mogły się obrazić i wystraszyć jednocześnie. Na dwoje babka wróżyła, wiedziała jednak jedno: musiała zrobić wszystko, by te wróciły do siebie.
Faye była ubrana nad wyraz wygodnie. Wysokie buty, materiałowe spodnie i zwykły t-shirt bez żadnych nadruków. Ciemne, stonowane kolory, a rudawe włosy związała w kok. Na widok Laurenta się lekko uśmiechnęła, chociaż widać było na jej twarzy zaskoczenie, gdy zobaczyła jak wylewny i uprzejmy potrafi być Leviathan. Pokręciła lekko głową, jakby chciała powiedzieć nie.
- Dziwną masz definicję słowa "proszę" - mruknęła zgryźliwie, lecz ten ton szybko został rozwiany, gdy podszedł do niej Laurent. Uniosła nieco brwi, zaskoczona tymi manierami, bo - nie ukrywajmy - nie była do nich przyzwyczajona. Ale to było miłe. Naprawdę miła odmiana po tym wszystkim, co ją ostatnio otaczało. - Faye Travers. Przejdźmy na "ty", będzie łatwiej.
Obdarzyła Laurenta naprawdę przyjemnym i ciepłym uśmiechem. To nie była jego wina, że zadawał się z - w jej mniemaniu - bufonami i pajacami. Z kategorią ludzi, do której zaliczała Leviathana. Ich stosunki były bardzo, bardzo napięte i sama nie do końca rozumiała, dlaczego. Ale mniejsza już o to. Faye przestąpiła z nogi na nogę.
- Powiesz mi dokładnie, co tu się stało? I czy ktoś widział, w którą stronę poleciały abraksany? Ile ich było, jak duże są, czy były młode? Jakie masz z nimi stosunki i czy będziesz potrafił przemówić do nich, jeżeli nie zechcą wrócić? Nie chcę używać przemocy, to bardzo inteligentne stworzenia, myślałam więc, że najlepiej będzie po prostu je wytropić i spróbować... Metody marchewki zamiast kija - zaczęła od razu, bo nie mieli czasu do stracenia. Już normalne konie były cholernie pamiętliwe, a co dopiero te magiczne.