23.06.2025, 12:32 ✶
Cassian szedł obok Brenny, z dłońmi wsuniętymi w kieszenie szaty, krokiem spokojnym i wyważonym. Milczał długo, zerkając spod ciemnych brwi na korytarze Hogwartu – znajome, a jednak jakby za każdym razem inne. Gdy Brenna mówiła, przyglądał się jej kątem oka z lekkim, nieco rozbawionym wyrazem twarzy, który szybko przygasał, gdy wspominała o zagrożeniach.
– Mapki, książeczki, instrukcje… a potem i tak każdy znalazłby własną ścieżkę i pułapkę – odezwał się w końcu cicho, z typowym dla siebie tonem zamyślonego dystansu. – Hogwart chyba właśnie na tym polega, Brenno. Że nie da się przygotować na wszystko. Nawet na panią od numerologii.
Zatrzymał się na moment przy jednym z zakrętów, rzucając ciche Lumos by rozświetlić różdżką najbliższy schowek. Gdy zaklęcie nie dało żadnego rezultatu, wznowił marsz.
– Ale przyznaję, standardy bezpieczeństwa mogłyby być wyższe. Czasem zastanawiam się, czy ten zamek nie jest żywym organizmem, który testuje nas na własny sposób. Jakby sprawdzał, kto da radę przeżyć pierwsze miesiące.
Kącik jego ust drgnął w cień ironii, choć w oczach czaiła się autentyczna troska.
– Może masz rację. Może po prostu błąkają się po korytarzach, bo boją się zapytać o drogę. W takim razie szukamy nie tylko uczniów, ale i odwagi, której im brakło. Może powinniśmy spróbować na wyższych piętrach? Lub przy kuchni – czasem głód bywa silniejszy od strachu.
Przystanął na chwilę przy jednym z portretów, odchrząknął i skinął głową do uwiecznionego na nim czarodzieja w turbanie.
– Dobry człowieku, czy widział pan dwójkę dzieciaków? Pierwszoklasiści, nieco zagubieni? Blond i rudy, w szkolnych szatach?
Portret odburknął coś niezrozumiałego o „smętnych czasach, gdy nawet duchy nie mają spokoju”, na co Cassian pokręcił głową i ruszył dalej.
– Nawet obrazy mają już dość tej gonitwy. Póki co znaleźliśmy tylko echo własnych kroków i twoich trosk – dodał z lekkim, ciepłym uśmiechem, który miał na celu choć trochę rozładować napięcie.
– Mapki, książeczki, instrukcje… a potem i tak każdy znalazłby własną ścieżkę i pułapkę – odezwał się w końcu cicho, z typowym dla siebie tonem zamyślonego dystansu. – Hogwart chyba właśnie na tym polega, Brenno. Że nie da się przygotować na wszystko. Nawet na panią od numerologii.
Zatrzymał się na moment przy jednym z zakrętów, rzucając ciche Lumos by rozświetlić różdżką najbliższy schowek. Gdy zaklęcie nie dało żadnego rezultatu, wznowił marsz.
– Ale przyznaję, standardy bezpieczeństwa mogłyby być wyższe. Czasem zastanawiam się, czy ten zamek nie jest żywym organizmem, który testuje nas na własny sposób. Jakby sprawdzał, kto da radę przeżyć pierwsze miesiące.
Kącik jego ust drgnął w cień ironii, choć w oczach czaiła się autentyczna troska.
– Może masz rację. Może po prostu błąkają się po korytarzach, bo boją się zapytać o drogę. W takim razie szukamy nie tylko uczniów, ale i odwagi, której im brakło. Może powinniśmy spróbować na wyższych piętrach? Lub przy kuchni – czasem głód bywa silniejszy od strachu.
Przystanął na chwilę przy jednym z portretów, odchrząknął i skinął głową do uwiecznionego na nim czarodzieja w turbanie.
– Dobry człowieku, czy widział pan dwójkę dzieciaków? Pierwszoklasiści, nieco zagubieni? Blond i rudy, w szkolnych szatach?
Portret odburknął coś niezrozumiałego o „smętnych czasach, gdy nawet duchy nie mają spokoju”, na co Cassian pokręcił głową i ruszył dalej.
– Nawet obrazy mają już dość tej gonitwy. Póki co znaleźliśmy tylko echo własnych kroków i twoich trosk – dodał z lekkim, ciepłym uśmiechem, który miał na celu choć trochę rozładować napięcie.